Co robię PO NAPADZIE

  1. Próbuję wrócić do normalnego jedzenia

Ten punkt jest pierwszym, a zarazem – najbardziej surrealistycznym punktem, kiedy przychodzi zmierzyć się z rzeczywistością po napadzie. Poziom insuliny w organizmie szaleje (trochę informacji o tym znajdziecie w zakładce „Suche fakty – DLACZEGO PRZECZYSZCZANIE NIE ODCHUDZA„) i płata figle razem z rozstrojonym układem pokarmowym – przez te skoki sama nie wiem, czy jestem głodna na serio, czy tylko mi się wydaje. Brzuch boli i nie wiem, czy lepiej jeść, czy dać sobie odpocząć. Do tego dochodzą myśli typu „jak to zjadłam” albo „skoro znowu nawaliłam” „…to teraz można iść na całość”. I w ogóle myślę tylko o potrzebie nażarcia się znowu – „za karę”, że jestem głupia, że nienawidzę jedzenia. A przecież jeść trzeba. Tylko że… normalnie. Czyli że co robię?

  • piję dużo wody

Pijąc wodę, zapełniam zaraz po napadzie żołądek (NIE WOLNO PIĆ PO TO, ŻEBY TO POTEM ZWRÓCIĆ!!!!! podobno to najbardziej wyniszcza przewód pokarmowy). Daję sobie (dzięki napiciu się wody) kilka sekund na ochłonięcie. Orzeźwiająca woda naprawdę pomaga mi wziąć się w garść. Poza tym, uzupełnia elektrolity. Nawadnia ciało, odwodnione wymiotowaniem. Pomaga na nowo rozkręcić się układowi trawiennemu. Pomaga zniwelować zaparcia i wzdęcia. Woda jest dobra. Bardzo dobra. Wodę trzeba pić!

  • NIE GŁODUJĘ

To kusi zawsze. No bo, „skoro wszystko zepsułam, to czas na kompensację głodówką”. O nie! Nie tędy droga!! Ja już wiem, że głodówka to pierwszy krok do kolejnego napadu - wywołanego prawdziwym wilczym głodem. A jeśli nie do napadu, to na pewno do jeszcze większego osłabienia organizmu. Dlatego staram się jeść zdrowo (nie śmieciowo – zdrowy może być i chleb z masłem [tak!!!!!] i makaron z sosem, jeśli zrobię go sama i nafaszeruję dobrymi składnikami). Zdrowo, ale lekko. A co najważniejsze – jem wtedy, kiedy znowu jestem głodna i staram się wsłuchiwać w potrzeby mojego ciała.  Nie wrzucam w siebie ciężkich potraw przez najbliższe 24 godziny. Na przykład, następnego dnia po wieczornym napadzie, zamiast porannej owsianki, serwuję sobie kaszę mannę na mleku. Jest lżejsza, nie ciąży na żołądku. A jeżeli wcale nie chce mi się jeść, to robię owsiankę i pakuję w pudełko na wynos – pożywne śniadanie zjadam w drodze na uczelnię albo na uczelni. Na drugie śniadanie wjeżdża zazwyczaj jakaś lekka przekąska w stylu owoc. A potem obiad z dużą ilością warzyw. Najlepiej ciepła zupa i lekkie drugie danie. I tak dalej… Ale nigdy nie głodzę się przez cały dzień. To głupie i niebezpieczne. I prowadzi do kolejnych napadów.

Moje mini pomysły na zdrowe posiłki znajdziecie w zakładce „Przepisy” – ostatnio wrzuciłam tam np. pomysły na pyszne śniadania.

  • w ogóle jem dużo warzyw 

Warzywa, podobnie jak woda, zapełniają żołądek. Wielki talerz pełen brokułów, kalarepy i prażonych nasion dyni, podany z jajkiem sadzonym (może być i bez tłuszczu ;) ) to moja mała propozycja i przykład na to, jak wepchnąć w siebie możliwie dużą ilość witamin, błonnika i mikroelementów, utraconych przy oczyszczaniu, najeść się, ale nie czuć ciążenia na brzuchu. Na dodatek, kombinacja magnezu, potasu, chromu i innych składników, pomaga uciszyć moje zachcianki na słodkie/słone przekąski. Więcej o relacji zachcianki – zapotrzebowanie na poszczególne składniki znajdziecie na przykład tutajtutaj albo tutaj.

12165855_10206968098433578_1737844381_n

2. Staram się wrócić do sportu.

Nie chodzi o kompulsywne odpracowanie zjedzonych kalorii. Jeżeli chcesz ćwiczyć z takim nastawieniem, to po prostu wyjdź na spacer, ale nie ćwicz za wszelką ceną na siłowni. Nie rób tysiąca przysiadów i brzuszków, bo to też jest objaw bulimii (bulimia sportowa). Ja (chyba?) nigdy bulimii sportowej nie miałam a po napadach zazwyczaj siada mi motywacja do ćwiczeń. Dlatego przemawia do mnie po napadzie dodatkowe zmotywowanie się do ćwiczeń. Sport to endorfiny, relaks i pobudzenie na nowo metabolizmu, układu trawiennego i zniwelowanie wzdęć. Jakkolwiek żałośnie się nie czuję i jak żałośnie nisko nie opada moja motywacja, to po samym wysiłku czuję się doskonale. Wystarczy, że zmuszę się, aby odpalić na youtube jakieś ćwiczenia albo po prostu wybiec z domu. Nagle wraca chęć do życia i witalność.

12025461_10206876308338883_1655290658_n

3. Uspokajam myśli i wychodzę do ludzi.

Zbawiennie działają na mnie wszelkie sposoby spędzania czasu ze znajomymi. Nawet wspólna nauka albo oglądanie filmu. Ważna jest rozmowa. Przed napadem często przychodzi dziwny, na początku niewinny moment wyizolowania „mam ochotę pobyć sama, to nic złego, nie dam się tym napadowym myślom, które za mną chodzą, dam radę… tylko nie chce mi się teraz z nikim gadać” – mówię sobie. A potem zamykam się w czterech kątach i robię armagedon w kuchni. I w moim żołądku. Samotność to sprzymierzeniec bulimii – gdy tylko dojdziemy do siebie po napadzie, jak najszybciej powinniśmy wyjść do ludzi. Nie musimy im mówić o bulimii. Mówmy o czymkolwiek (najlepiej mówmy o swoich emocjach).

Nie mniej ważna od rozmowy z innymi (a nawet ważniejsza) jest dla mnie rozmowa z samą sobą – mówię do siebie z miłością, czułością i szacunkiem. Mówię do siebie na głos, stojąc przed lustrem albo przeprowadzam monolog tylko w głowie, zamykając oczy. Powtarzam sobie, że „nic się nie stało”, „wszystko będzie dobrze”, „to nie żadna tragedia”, „nic nie zmarnowałam”, że „jutro też jest dzień i mam szansę nadal iść do przodu, podjąć walkę z chorobą, zamiast wracać do błędnego koła napadów i wymiotowania”. Bo to jest prawda. I nagle wierzę, że ZNOWU dam radę. Choćby się wydawało, że się wali i pali – nie tylko ja przecież przechodzę przez takie piekło. I Ty też nie. Nie jesteś pierwsza i ostatnia, której „znowu się nie udało”. Ale to nic, bo masz szansę nauczyć się na swoich błędach. Obserwuj się. Uwierz, że dasz radę i walcz. Mi się to udaje –  mimo małych potknięć, które nadal czasami robię, wstaję i idę dalej. Jest coraz łatwiej.

A na uspokojenie myśli najlepiej działa na mnie czytanie (np. czytanie mojego bloga, szczególnie moich „postów S.O.S.„, ale też innych stron i mojej „instrukcji obsługi „). Po napadzie zawsze patrzę w przeszłość. Zaraz po tym, pełna nadziei i pewności w moje siły, patrzę w przyszłość – tak wiele przeszłam. Tak wiele przede mną. Każde potknięcie to szansa na powstanie. Każdy błąd to szansa na naukę, którą niedługo nazwę doświadczeniem. Ale uwaga ;) Jeżeli jesteś na początku swojej walki z bulimią, to patrzenie w przeszłość możesz przynieść odwrotny skutek – zaczniesz się nad sobą użalać „o jaka ja beznadziejna”. Nie tędy droga. Nie jesteś beznadziejna, głupia, słaba. To prawda, że choroba znowu zwyciężyła, ale Twoją siłą jest chociażby to, że czytasz ten post i chcesz się z tego świństwa podnieść.

Życzę Ci, Czytelniku, wytrwałości i cierpliwości. Wierzę, że dasz radę. Tylko uspokój myśli i powoli realizuj powyższe kroki. A może coś innego będzie dla Ciebie bardziej właściwe? Najlepiej będzie, jeśli wypracujesz swoje metody i to ich się będziesz trzymać.

[edit październik 2016 r.]: Powiem Ci jedno, Czytelniku Kochany – wpis był pisany w czasie teraźniejszym rok temu, ale już od dłuższego czasu nie sięgam po te rady. Miewam kryzysy, ale generalnie jest super. Ty też dasz radę. Trzymaj się!

Powodzenia!

Powyższy wpis jest fragmentem wpisu z dnia 19.10.2015 r.

19 października 2015 r.

Walczę i wygram

(źródła obrazków: zdjęcia własne)

Print Friendly

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>