„Wszystko zepsułam. Muszę zacząć od początku”

„Wszystko zepsułam i teraz muszę zaczynać od początku” – to cytat ze mnie. Cytat, który pojawiał się w moich myślach tysiące razy podczas przechodzenia terapii u psychologa i na długo później, gdy „walczyłam” z bulimią sama. Sama zresztą pisałam tu wiele razy, że nie można patrzeć na każdą „wpadkę” bulimiczną z takiej perspektywy. Że błędy to nie porażki, a raczej lekcje, z których powinno wyciągać się wnioski i iść dalej w zaparte. I się nie poddawać. Dziś, po długiej nieobecności na blogu, chciałabym tę myśl trochę rozwinąć i ugryźć temat z nieco innej, szerszej perspektywy.

O tym, że takie myślenie jest zupełnie bez sensu w odniesieniu do jakiejkolwiek postaci pracowania nad sobą i ulepszania siebie, „odkryłam” kilka dni temu. Lekcją pokory i cierpliwości w tym kontekście był dla mnie powrót do jogi po 3-tygodniowej przerwie. W tym czasie jakoś zaniedbałam poranne praktyki. Ciało domagało się powrotu do rozciągania i wysiłku innego niż orbitrek, czy ćwiczenia na siłowni… więc przedwczoraj powróciłam na matę. Zanim zaczęłam pierwszą praktykę, myślałam sobie, że nie będzie ona tak przyjemna, jak to bywało wcześniej, bo moje ciało straciło przez ten czas wypracowaną gibkość. Nic bardziej mylnego. Może i podnosząc nogę w psie z głową do dołu nie jestem w stanie zbliżyć się do wymarzonego wyprostu w takim stopniu, w jakim miało to miejsce dwa tygodnie temu, ale jednocześnie moja noga nie zatrzymuje się w koślawym wygięciu nad pośladkiem, co działo się na samym początku mojej przygody z jogą. O tak. Joga to świetna nauka pokory i cierpliwości. Poza tym, doskonale uspokaja. Cieszę się, że do niej wróciłam. I cieszę się, że pozwoliła mi dojść do wniosków, którymi chcę się dziś podzielić.

Jasne, że czasami myślenie „wszystko zepsułam i muszę wszystko zacząć od początku” ma pokrycie w rzeczywistości – np. gdy układasz domek z kart. Ktoś otwiera okno i domek się wali (a może raczej – rozsypuje). Tylko że praca nad sobą to nie budowanie domku z kart. To budowanie domu – cegła po cegle, a zaczyna się od fundamentów. Otwarcie okna nas nie powali, jeśli pracujemy nad sobą konsekwentnie i wytrwale. Cegła po cegle. Mało który huragan jest przecież w stanie zburzyć fundamenty domu. Co to oznacza? A to, że nie powinniśmy przesadzać z reakcjami, gdy coś nam się nie udaje i nie powinniśmy skrajnie reagować na małe niepowodzenia.

Jak to mawia mój mądry M, w trudnych chwilach trzeba wyjść z siebie i spojrzeć na sytuację z szerszej perspektywy. Skupienie się na małym elemencie całej układanki nie ma najmniejszego sensu i może nas tylko zdołować. Co więcej, wypowiadanie destrukcyjnych myśli (albo ich formułowanie w głowie) przekłada się na nasze zachowania. Dlatego trzeba obchodzić się ze swoimi myślami ostrożnie, zrobić krok do tyłu i na małe niepowodzenie spojrzeć „z góry”. Nie warto demonizować potknięć, które w naturalny sposób wpisują się w absolutnie każdą drogę ku jakiemuś celowi.

Żaden sukces, ani żaden długotrwały rezultat nie przyjdzie z dnia na dzień. Niestety, inne wrażenie możemy wynieść, przeglądając zakłamane i sfotoszopowane zdjęcia w Internecie, czy przekazy medialne w ogólności. Tak w zasadzie, to taki podprogowy, zakłamany przekaz dostajemy zewsząd – w głowach mamy taki obrazek współczesnego dobrostanu: ludzie są szczęśliwi, śliczni i mają mnóstwo sukcesów – tak jakby od zawsze. Nie oglądamy drogi do sukcesu, nikt nam jej nie pokazuje. Oglądamy tylko rezultat. A w życiu nie ma przecież fotoszopa. Jeżeli chcemy coś osiągnąć, musimy sobie to wypracować. Najlepiej systematyczną pracą – tak, żeby budować fundamenty pod nasz dom. Szybkie rozwiązania i zastępowanie wytrwałości i pracy słomianym zapałem bliższe jest budowaniu domku z kart. Pośpiech i potrzeba osiągnięcia perfekcyjnego rezultatu OD ZARAZ w niczym nam nie mogą pomóc. Mogą raczej zaszkodzić i nadwyrężyć nerwy.

Powyższe rozkminki mają takie same znaczenie dla słomianego zapału przy wychodzeniu z zaburzeń odżywiania, co dla przeanalizowania naszych szans na sukces w każdej innej dziedzinie życia nastawionej na rozwój. Związek, przyjaźń, edukacja, zdrowe ciało i zdrowy umysł – to wszystko wymaga spokojnego, stopniowego dokładania cegiełek. A nie papierowych, chwilowych, fotogenicznych rozwiązań.

Pomyślałam sobie, że pomału dojrzewam do kolejnego kroku w stronę wywalenia perfekcjonizmu z mojego życia. Taka niepozorna joga uczy mnie, że choćby moje asany wyglądały jak odbicie z krzywego zwierciadła asan pokazywanych przez instruktorkę, to ważne, jak ja czuję się w tej pozycji. Ważne, jak ja widzę swoje postępy. Ważne, że za kilka tygodni będę mogła zbliżyć głowę do kolan o kolejny centymetr, wygiąć się o kilka stopni dalej w tył albo wytrzymać dłużej bez telepania się w innej pozycji. Chodzi o to, że nawet koślawe starania dają rezultaty. Ale te rezultaty będę mogła zobaczyć dopiero wtedy, gdy nie ustąpię i będę wytrwale pracować na dobre samopoczucie, spokój umysłu i gibkość – bo to właśnie jest cel, który towarzyszy moim praktykom jogi. Czy to przypadkiem nie jest uniwersalny wniosek? Chyba jest. A co najważniejsze – ten wniosek działa jak jakaś magiczna maść i dosłownie koi perfekcjonistyczny umysł. Podoba mi się ten stan.

Jeżeli chcecie spróbować swoich sił w jodze, polecam blog i kanał na YT Gosi Mostowskiej.

Pozdrawiam ciepło w ten jesienny dzień.

 

17. września 2017 r.

(już nie) Walczę i wygram

Źródło obrazka: https://pl.pinterest.com/pin/AR6wbZU6ZwRx21sUr-BWHosYZnREM7ID-gXxPTAM-UE9hIZ1b7E3zqM/

Print Friendly

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>