Świadectwo. Kolejny wpis, o którego napisaniu nie marzyłam, gdy zaczynałam walczyć z bulimią.

Nie wiem, od czego zacząć. I tak nie byłabym w stanie ubrać w słowa tego, co ostatnio podziało się w moim życiu. Mogę Wam powiedzieć jedno – potwierdzam oficjalnie, że jestem urodzona pod szczęśliwą Gwiazdą, a gdzieś pomiędzy tą moją Gwiazdą i całą resztą Galaktyki, Ktoś wypisał dla mnie przepiękną historię. Jestem szczęśliwa. Mogłabym napisać „po prostu szczęśliwa”, ale to nieprawda. W życiu nie czułam się tak, jak teraz. A to chyba kolejny raz, kiedy tak piszę na blogu. Czy mogło być lepiej? Nawet o tym teraz nie śnię.

Jestem wdzięczna za ludzi, których mam wokół siebie – od rodziny, przez cudownych przyjaciół aż po moją „przelotną znajomość”, która jest moim (a od ubiegłego weekendu tylko moim) największym szczęściem, niespodzianką i chyba wyzwaniem. Jak potoczą się nasze losy? Nie wiem. Nasza historia jest jak z bajki. Przypadkowe spotkanie, a potem wspólne podróże (o których nawet się tu nie zdążyłam zająknąć… albo po prostu nie chciałam zapeszać), dystans i to absolutnie niesamowite połączenie dusz, ciał i umysłów. Mój i tylko mój M jest wyśniony, ale najprawdziwszy i idealny w swej nieperfekcyjności. Myślałam, że przesadziłam, wymyślając sobie mężczyznę idealnego. Po wszystkich ostatnich historiach zwątpiłam w to, czy kiedykolwiek poznam kogoś w połowie spełniającego moje marzenie o kimś czułym, mądrym, romantycznym, ale z głową na karku. A on jest jeszcze lepszy. Moja przyjaciółka zapytała „skąd wyście się urwali” i ja nie wiem, skąd. Ale chyba z tej samej choinki. Może zwariowałam, ale on zwariował razem ze mną i mamy zamiar wariować dalej. Razem. Na dystans, czy nie. A skoro moja mama po spotkaniu z nim (!) w poniedziałek oznajmiła mi wzruszona, że jesteśmy sobie przeznaczeni, to chyba nie może być inaczej.

Nic, co najbardziej wartościowe w życiu, nie przychodzi łatwo. Dlatego dam z siebie wszystko, by pomimo dystansu, który nas dzieli, nie wypuścić z objęć tego cudownego daru, jaki został mi zesłany.

Gdyby nie podjęcie decyzji o wyjściu z choroby, gdyby nie zaryzykowanie wyjazdu za granicę, który poskutkował absolutną odmianą mojego postrzegania świata i zaowocował kolejną wyprawą (na której to wyprawie w kolejce do muzeum spotkałam Jego), gdyby nie kilka innych „zbiegów okoliczności”… nie byłoby mnie tutaj. Ale to nie są żadne zbiegi okoliczności. To są szanse, które zostają nam zesłane i które my powinniśmy umieć wykorzystać. Nie wiem, czy pamiętacie wpis o „szufladkach”, które sobie pootwierałam swego czasu. One naprawdę pozostały otwarte. Wierzę, czuję i rozumiem, że w momencie, kiedy postanowimy zajrzeć wewnątrz siebie (a wychodzenie z zaburzeń odżywiania paradoksalnie jest „sprzyjającą” temu okolicznością), kiedy poznamy swoje potrzeby, kiedy wreszcie rozumiemy to, czego oczekujemy od życia i od siebie, a przynajmniej to, czego nie chcemy i kiedy polubimy się z tymi myślami i zaczniemy żyć tak, by przeradzać myśli w działania… to właśnie wtedy przychodzi do nas ten moment, kiedy zaczynamy dostrzegać wszystkie małe szczęścia i małe szanse, które stają na naszej drodze… które nam zesłano. I towcale nieprawda, że ich nie ma, kiedy jesteśmy pogrążeni w jakichś zmartwieniach, chorobach i smutku. One są przed nami cały czas. A jedyne, co należy do nas, to dostrzec je i umiejętnie wykorzystać. Umiejętnie oznacza przy tym podążanie za głosem swego serca/duszy/intuicji. Oznacza otwarcie się na nowe. Oznacza zaufanie – sobie, innemu człowiekowi i tamu Większemu Sensowi, który tkwi we wszystkim, co robimy. Bo tkwi.

Płakać mi się chce, kiedy patrzę na moje nieszczęśliwe posty sprzed lat. Ale jestem z siebie dumna, że doszłam do tego momentu i do tej chwili. I dziękuję Bogu za wszystko, co mi dał – za każdą szansę, za każdego anioła i każde małe szczęście. Dziękuję, że tak dzielnie radzę sobie z zaburzeniem odżywiania, które, cholerstwo, ostatnio chciało znowu wrócić. Że skończyłam wszystkie egzaminy na studiach i że już naprawdę niedługo będę panią magister. Że się nie boję nowych wyzwań. A jak się boję, to i tak zaciskam zęby i robię swoje. Że mam przyjaciółki, które sprezentowały mi na urodziny tak piękny prezent:

IMG_20170624_222131

Dzięki nim nie chcę już tatuować symbolu tego bloga na ciele. Już dawno wybiłam sobie ten pomysł z głowy. Po co mam się stygmatyzować? Jestem uwolniona jak ten symboliczny ptaszek w klatce, który jest tu ze mną od początku, ale nie muszę przecież przypominać sobie o tym, co przeszłam, pozostawiając gdzieś na ciele trwały tego znak. Wystarczy mi ten piękny grawer na bransoletce. Dziękuję za to, że mam całą grupę przyjaciół, którzy sprawili, że urodziny (choć były w zasadzie miesiąc temu) nadal pozostają żywym wspomnieniem, które za każdym razem, kiedy przywołam je w pamięci, otula mnie poczuciem bezpieczeństwa, spełnienia, wdzięczności i autentycznej miłości. Co mogę jeszcze powiedzieć? Nie wiem, czym sobie na to zasłużyłam, ale w swej nieperfekcyjności i w swoim skomplikowaniu, życie od ponad roku już uśmiecha się do mnie.

Piękno niełatwej wędrówki, jaką tutaj możecie zaobserwować, polega na tym, że pomimo tego, w jakim miejscu zaczynałam, pomimo tego, że tak bardzo niedawno temu nie szanowałam życia, które mam, pomimo tego sajgonu bulimicznego, zdołałam z pomocą tych wszystkich aniołów, które stanęły na mojej drodze (łącznie ze wspaniałym Psychologiem), wziąć się w garść i zacząć odkurzać swoje wnętrze. Wywaliłam pajęczyny, które nie pozwalały mi zobaczyć tego, co przecież zawsze w sobie miałam. Otworzyłam oczy, serce, umysł. Wyrzuciłam chore myśli i pokochałam życie. A potem ono pokazało mi, że ta miłość działa w dwie strony.

I może brzmię znowu jak nawiedzona, i może trudno w to gadanie uwierzyć, ale nic na to nie poradzę. Sama potrzebuję, żeby ktoś mnie uszczypnął i powiedział, że nie przyśniło mi się to wszystko. A ponieważ to nie pierwszy wpis, kiedy tryskam tą samą wdzięcznością, miłością i energią, to nieśmiało mogę powiedzieć, że ten stan może nie być takim jednorazowym hajem po podróży albo innym wyskokowym zdarzeniu. To może być codzienne upojenie szczęściem, któremu tylko musimy pozwolić się zadziać.

W jakimkolwiek miejscu teraz nie jesteście, uwierzcie, że można. Zaczynałam pisać tego bloga, bo po kilka razy dziennie przytulałam twarz do zimnej muszli klozetowej i spuszczałam w niej nie tylko wszystko, co zjadłam, ale też całe moje pogubienie, lęk, wstyd i strach. Chory był mój umysł i moje wyniszczone bulimią ciało. Podjęłam jednak próbę pokonania tego czegoś i oto doszłam do miejsca, kiedy nie tylko odnalazłam siebie, ale i ten Większy Sens, którego tak bardzo potrzebowałam. Nie wspominając o już prawie absolutnym uzdrowieniu relacji z jedzeniem. Da się, naprawdę. Trzymam kciuki i dziękuję za Wasze wiadomości, które leją miód na moje serce. Ta bulimia na pewno była po coś. Bez niej nie byłoby mnie tutaj. Wy też nadajcie temu sens i szukajcie siebie. Warto <3

24 czerwca 2017 r.

(już nie) Walczę i wygram (bo wygrałam)

Zdjęcie własne

Print Friendly

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>