Przydługi wpis o tym, co to właściwie znaczy, że radzę już sobie z bulimią. I jak to robię.

To, gdzie jestem teraz, a to, gdzie byłam dwa, czy trzy lata temu, to dwie różne bajki. Czy uważam się za wyleczoną z bulimii? Tak. Czy ona wraca? Tak. Jak te dwa zdania dają się ze sobą pogodzić? Nie wiem. Ale czuję, że się dają. Bo jestem innym człowiekiem niż ta nielubiąca siebie istota sprzed paru lat. W zasadzie na codzień w ogóle nie ma ze mną bulimii. To na pewno zasługa i terapii, i zdrowszego trybu życia, jaki sobie narzuciłam (i który sprawuje się świetnie… zasadniczo). Natomiast kiedy bulimia próbuje przyjść do mnie znowu, to uświadamiam sobie to wszystko, co napisałam wyżej i zabijam pannę B. zupełnie inną niż kiedyś energią. Zamiast frustracji, rezygnacji, poczucia beznadziei i wrażenia, że walę głową o mur i że generalnie jestem bezsilna, daję sobie czas i szukam ukojenia w spokoju, dobroci i efektach mojej pracy nad sobą, które są ze mną, są tylko moje i są… silniejsze od bulimii.

Jestem na ostatniej prostej studiów. Z egzaminami, zaliczeniami i stresem, jaki się z nimi wiąże, krzyżuje się ostatnio wiele innych sytuacji – dobrych, ciekawych, torujących moją przyszłość… jest intensywnie. I to bardzo. Na odległość rozwija się piękna relacja, której nie dawałam szansy na przetrwanie, a ona jednak jest. Przez długi czas goniłam za wieloma zadaniami, niepewna tego, co przyniosą następne miesiące. I chociaż najbliższa przyszłość zaczyna rysować się bajkowo, to mimo wszystko mój organizm ucierpiał na tej intensywności wrażeń. Joga, która weszła mi w nawyk jak mało co, nadal ze mną jest – ale ostatnio była o wiele rzadziej (nie codziennie, a może 2, 3 razy w tygodniu). Migreny, na które cierpię od wielu lat, zaczęły intensyfikować się jak nigdy. Żołądek, który bolał ze stresu i odmawiał posłuszeństwa już w czasach podstawówki, odezwał się na nowo.

Wczoraj wróciłam po 10 godzinach nauki do domu. Bolał mnie żołądek, byłam skołowana od natłoku informacji, jakie przyswoiłam w bibliotece. Od rana chodziło za mną coś słodkiego. Od gorąca i zbliżającego się okresu spuchły nogi i czułam się ociężała. Brak sportu odczuwałam w każdym mięśniu. Plan był taki: poćwiczyć, zjeść, znowu się uczyć a wieczór urozmaicić miłą rozmową na Skype’ie. Ale gdy wróciłam do domu, poczułam oprócz bólu żołądka duży głód. Zjadłam więc pomidorową, a potem, w ramach drugiego dania i czegoś słodkiego, zrobiłam sobie ulubione placki bananowe. Chwilę potem, zamiast dać brzuchowi odpocząć, żeby zaraz móc zrobić upragniony trening, pokonała mnie ochota na słodkie. Myśl o słodyczach chodziła za mną od rana. I wygrała! Zjadłam trzy cukierki. Phi! Trzy cukierki! Co to jest!!! Brzmi to przecież w miarę normalnie, prawda? To nie był żaden bulimiczny napad. Może śliwki w czekoladzie były zbędne, ale jak najbardziej mieściło się to w jako takiej normie. Każdego może najść ochota na słodkie, zwłaszcza przed okresem. Mimo wszystko, żołądek rozbolał mnie jeszcze bardziej. Przegrałam. Pochyliłam się nad toaletą i w przerażająco łatwy sposób pozbyłam się całego jedzenia, które zjadłam po powrocie do domu.

To nie był typowy napad, bo w trakcie napadów jadłam o wiele więcej. To była bulimia, bo jadłam, nieco bojąc się jedzenia (?!?!). To była bulimia, bo zwymiotowałam. Ale to nie była ta sama bulimia, bo nie znienawidziłam się za to, co zrobiłam, nie pogrążyłam się w czeluściach nieszczęścia, nie skoczyłam do sklepu po więcej. Co więcej, przed powrotem do domu też wyszłam ze sklepu, gdzie chciałam początkowo kupić sobie chrupki i papierosy (ostatnio znowu zaczęłam przecież palić… i znowu chcę rzucać). Zauważyłam, że myśl o Sun Bitesach jest maniakalna, że zaczynam się nakręcać. Zrobiłam więc w tył zwrot i wyszłam ze sklepu – bez napadowego jedzenia i bez papierosów (naiwnie myślałam, że wytrzymam falę, jednocześnie wstrzymując ochotę na szluga). A co było potem?

Potem zasmuciłam się. Ale nie tym, że rzygałam – nie była to załamka jak kiedyś, kiedy rzygałam po kilka razy dziennie, czy nawet potem – jak zdarzało się to po kilka razy w tygodniu. Nie. To był smutek spowodowany tym, że bulimia ze mną nadal jest i że wywołała w mojej głowie obrzydzenie do mojego ciała, które dosłownie dwa tygodnie wcześniej sama przed sobą pochwaliłam – bo jest gibkie od jogi, bo jest zdrowe, bo zaczyna się pięknie wysmuklać, bo traktuję je tak dobrze, bo ktoś inny uważa je za atrakcyjne, bo pracuje sprawnie i jest przeze mnie traktowane z takim szacunkiem, jak dawno nie było. A tu nagle, rzyganie. I jakieś głupie myśli, że te same uda, które były dwa tygodnie temu częścią mojej zdrowej maszyny, w mojej głowie zamieniają się w obleśne, trzęsące się cosie. O nie, nie nie nie! Wiedziałam, że na takie myślenie nie mogę sobie pozwolić.

To prawda, od wczoraj aż do niedawna dziś było mi ze sobą źle. Ale nie dlatego, że czułam obrzydzenie do siebie po tym, jak wymiotowałam, a dlatego, że bulimiczne, chore, zakrzywiające rzeczywistość myśli w ogóle zaczęły się pojawiać w mojej głowie. Znowu. Powiedziałam sobie jednak jedną, bardzo ważną rzecz – te  myśli nie są moimi myślami. To nie ja myślę o sobie i swoim ciele z nienawiścią. To resztka bulimii, która siedzi mi w głowie, próbowała zniszczyć mi znowu dzień. Jestem ponad nią. Wiem to. Mówiąc to, zaczęłam brać się w garść.

IMG_20170528_113419

Zrobiłam jogę na wzdęcia a potem jeszcze ulubioną jogę na otwarcie bioder. Joga na wzdęcia była wybawieniem, po drugiej praktyce zrobiło mi się trochę niedobrze od tych wygibasów. Napiłam się więc wody, wypiłam później herbatę. Niestety nie porozmawiałam już tego wieczora na Skype’ie. Może rozmowa by mi pomogła, ale postanowiłam, że (zupełnie świadomie) mam zamiar poradzić sobie z tym problemem bez niepotrzebnego wtajemniczania osób, które nie do końca znają się na moich napadach. Postanowiłam uspokoić się sama i wrócić do rozmowy, gdy mi przejdzie. Powiedziałam jednak o tych wszystkich wczorajszych i dzisiejszych zmaganiach przyjaciółce. Ona pomogła mi bardzo. Wyspałam się. W międzyczasie mówiłam do siebie, że to wszystko jest chwilowe i uświadomiłam sobie, jak dużo czynników doprowadziło do tej sytuacji. Dałam sobie odpocząć. Dziś rano zjadłam lekkie śniadanie i poszłam na siłownię. Nie katowałam się chorobliwie, ale po prostu dałam mojemu ciału to, na co zasługiwało i na co czekało od tak dawna – wysiłek fizyczny, który zdążył stać się częścią mojej rutyny. To żadna niespodzianka, ale czuję się jak milion dolarów po tym treningu. Wiem, że w tym tygodniu, pomimo masy zadań, wydzielę na nowo czas na większy wysiłek fizyczny. Bez niego źle się czuję i wali się trochę moja rutyna. Cóż, po siłowni kupiłam też papierosy… ale cienkie. Nie będę rezygnować z nich od zaraz i rzucać ich już teraz, kiedy moja głowa próbuje robić mi takie psikusy jak wczoraj. Jestem niby silna, ale słaba… Brzmi bez sensu, ale tak jest. W ramach bycia racjonalną, pozwolę sobie stopniowo zrezygnować z tego złego nawyku (żeby nie wpędzić się znowu w ten pierwszy). Wiem, że to jest niewłaściwe. Ale lepiej wszystko robić pomału.

I na koniec dwa słowa o jeszcze jednym nawyku, który wprowadzam w życie od jakiegoś miesiąca (wczoraj i dziś też pomogło). Otóż, gdy łapię się na choć trochę negatywnej myśli, zadaję sobie pytanie: „Co zrobiłabyś, gdybyś była o 10% szczęśliwsza?”. Nie wiem, co to znaczy być szczęśliwszym o 10%, ale coś takiego gdzieś wyczytałam. No i działa. Wczoraj pomogło mi to podjąć walkę z odsyłaniem do wszystkich diabłów chorych myśli. Dziś pomogło mi wbić się w ładną sukienkę, wyjść z domu z uśmiechem na twarzy i dotrzeć na siłownię, gdzie dałam sobie czas na tak upragnione zmęczenie mięśni i nabranie nowej energii do działania. I już jest dobrze.

Sam wpis do spektakularnych nie należy. Nie powiedziałam ani słowa o tym, co robię, żeby napadu w ogóle nie było. Tutaj odsyłam Was do Waszych ulubionych wpisów na blogu – tych o prowadzeniu dzienniczka żywieniowego i wprowadzaniu racjonalnego odżywiania. Poza tym, to kwestia dłuuugiej pracy nad sobą, pozytywnego myślenia, afirmacji i umiejętności patrzenia na nadchodzącą „falę” bulimii z lotu ptaka – to wszystko nie jest możliwe do wprowadzania od zaraz, ale jest możliwe do wypracowania w dłuższym procesie :)

Szałowa jest natomiast moja obserwacja poczyniona powyżej – nawet, gdy jest mi źle, to ja doskonale wiem, że to jest tylko przejściowe, że jestem silna, że kocham być zdrowa, że myśli bulimiczne wcale nie są moje i że dam sobie z nimi radę. Bo to trzeba przeczekać, odpuścić. Wyciszyć się.

Takiego spokoju i dojścia do momentu, kiedy wiecie, że myśli bulimiczne wcale nie są Wasze, życzę Wam z całego serca. Powtórzę się – dzięki dużej pracy, jaką wykonałam, już wcale nie walczę z bulimią. To chyba ona tylko czasami walczy ze mną i próbuje się wedrzeć na nowo do mojej głowy. Tylko że fundamenty, które sobie zbudowałam w tym długim procesie od rozpoczęcia terapii aż po dziś… są silniejsze od tej durnej bulimii i pomagają mi ją odeprzeć. Nie walką, a siłą spokoju.

28. maja 2017 r.

(już nie) Walczę i wygram (bo już wygrałam)

Print Friendly

1 comment

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>