Co to jest (niskie) poczucie własnej wartości

Czytałam ostatnio bardzo dużo źródeł (blogów, artykułów) na temat poczucia własnej wartości. Mimo usilnych prób, nie udało mi się odnaleźć tego, gdzie padły najważniejsze słowa, które otworzyły mi oczy i pomogły najbardziej. Te słowa brzmiały mniej więcej tak:

Mieć poczucie własnej wartości to wiedzieć i wierzyć, że jest się wartym szczęścia i tego, żeby ktoś inny nas pokochał.

Na terapii dowiadywałam się o tym, że jestem perfekcjonistką, że mam zaniżone poczucie własnej wartości i że wierzę, że jeśli tylko schudnę, to znajdę chłopaka i na pewno będę szczęśliwa. Tak było dwa lata temu. Czyli że zaniżone poczucie wartości zepchnęło mnie w kilka słabych miejsc, łącznie z zaburzeniem odżywiania? Myślę, że na rzeczy było coś więcej niż oklepane określenie „niskiego poczucia własnej wartości”. Myślę, że to, z czego ciągle wychodzę, powinno się nazwać „nielubieniem siebie”, „nieokazywaniem sobie szacunku” albo „ogólnym pogubieniem”. Im więcej na ten temat (na temat samej siebie) rozmyślam, szukam, czytam, to tym wyraźniej wszystko zaczyna się zamykać w jedną, spójną całość. 

Już raz zdarzyło mi się czuć podświadomie, że jestem niewystarczająco dobra dla faceta, z którym się spotykam. Że nie zasługuję na jego uwagę. Czy to były kompleksy? Może. Perfekcjonim? No może i tak. Ale teraz wiem, że przede wszystkim było to poczucie, że nie zasługuję na miłość drugiej osoby i na szczęście. A przecież ja wiem, że zasługuję. Każdy zasługuje.

Ostatnio przytrafiło mi się to samo. Wpadłam w dołek i odkryłam, że jego podłoże jest dokładnie takie samo, jak wtedy. Żeby dołek pokonać, zastosowałam na sobie wypracowane techniki – wsłuchałam się w swoje emocje, dałam im wybrzmieć w głowie, nazwałam je po imieniu a potem poszukałam w pamięci, w sercu i w kilku mądrych źródłach przyczyn takich właśnie myśli. I wpadłam w ten sposób na kilka pięknych tekstów o właśnie „poczuciu własnej wartości”. Najpiękniejszy tekst to ten – KLIK.

Przeanalizowałam odnalezione w sieci artykuły i wpisy a potem zagłębiłam się w moje własne myśli i emocje. I uświadomiłam sobie, że przecież ja doskonale wiem, że nie mogę stoczyć się w ten dołek, bo ja wcale nie uważam, że nie jestem warta szczęścia i miłości. Jestem warta. Jestem silną, choć wrażliwą, odważną i trochę zakręconą dziewczyną, ciekawą świata, kochającą piękno i autentyczność. Robię dużo fajnych rzeczy i idę ku obranemu przez siebie celowi. Zasługuję na miłość. Zasługuję na szczęście. I zasługiwałabym na nie nawet wtedy, gdybym nie zrobiła tego, czego już dokonałam – bo każdy, absolutnie każdy ma prawo być kochanym i szczęśliwym. I każda myśl, która próbuje temu zaprzeczyć, jest idiotyczna, bezsensowna i trzeba się jej natychmiast pozbyć.

444ba98a8be374fabd0b654c642ab3e9

Zamiast skupiać się na tym, co się może złego wydarzyć, jak zaryzykujemy i pozwolimy sobie na odrobinę szaleństwa w życiu, mówiąc inaczej – pozwolimy sobie na ryzyko (w pracy, nauce, miłości, na wakacjach i na codzień), to skupmy się na pozytywach. Pozwólmy sobie sprowadzić na siebie dobrą energię, której dookoła jest tak dużo. Jak wydarzy się coś złego, to niech się wydarzy. I niech da nam lekcje, naukę na przyszłość. Ale nie ma sensu siedzieć w skorupce, zasłaniając się przed światem dlatego, że nie jesteśmy na coś wystarczająco chudzi, mądrzy, młodzi, bogaci, wysocy, niscy. Co ma być, to będzie. Jesteśmy wystarczający – tacy, jacy jesteśmy, żeby cieszyć się życiem i pozwalać mu obdarowywać nas tym, co najlepsze. Pozwalajmy sobie na zachcianki, róbmy to, co uważamy, za dobre i słuszne – choćby wbrew temu, co dobre i słuszne według powszechnego mniemania „wszystkich innych”, słuchajmy siebie, bądźmy odważni – choćbyśmy mieli odważnie popełniać błędy.

Tylko że to nie jest wcale takie proste, żeby sobie to wszystko ot tak powiedzieć i zacząć tak żyć. Żeby tak żyć, trzeba zbudować dobre fundamenty. Trzeba zbudować siebie i być siebie świadomym. W artykule, który Wam na górze podlinkowałam, znajduje się 8 kroków do budowania takiego życia – do budowania „poczucia własnej wartości”, którą ja chyba wolę nazwać miłością do siebie:

KROK I Zrezygnuj z dążenia do ideału. (…)

KROK II Przyznaj sobie prawo do popełniania błędów i ponoszenia porażek. (…)

KROK III Bądź autentyczny. Co znaczy być autentycznym? Być w zgodzie ze sobą, taki jaki jestem naprawdę, być świadomym masek, które zakładam stosownie do okoliczności, nie udawać przed sobą. Żeby móc być sobą muszę się dowiedzieć, kim jestem. (…)

KROK IV Pozwól sobie na dołek, a potem sam się z niego wyciągnij (…)

KROK V Zacznij podejmować samodzielne decyzje (…)

KROK VI Płyń pod prąd (…)

KROK VII Weź odpowiedzialność za swoje życie. (…)

KROK VIII Wbij słupy graniczne
Każdy z nas dysponuje swoim intymnym, bardzo osobistym obszarem. To terytorium, to wszystkie myśli, uczucia, decyzje, czyny, potrzeby, prawa, tajemnice. Jako właściciel tej posiadłości zarządzam jej granicami. (…)”

Przeczytałam te 8 kroków (wraz ze szczegółowym opisem każdego z nich) i zorientowałam się, że to są wszystko rzeczy, o których sama niedawno pisałam, które wypracowałam metodami prób i błędów na samej sobie… a potem (a może wcześniej?) wyłowiłam w sieci cytat, mówiący o tym, że mieć poczucie własnej wartości to znaczy wiedzieć i wierzyć, że jestem warta miłości i szczęścia…i nagle poczułam (po raz kolejny) znajomą, cudowną ulgę. Niepokój, który miałam w sobie, odszedł.

Kiedy to wszystko sobie poukładałam w głowie, to nie byłam już w żadnym dołku. Pomedytowałam, wyspałam się, a kolejny dzień zaczęłam praktyką jogi. I powtórzyłam sobie jeszcze kilka razy, że oczywiście, że jestem warta miłości drugiej osoby, że mam prawo być szczęśliwa i wszystko to, co hamuje moje myślenie o tym, powinnam rzucić w kąt. A potem, podczas Skype’a z cudownym człowiekiem dostałam namacalny dowód tego, że się grubo myliłam i taka, jaka jestem, nie tylko zasługuję na szczęście (miłość), ale daję to szczęście (może kiedyś miłość??) komuś innemu.

Wnioski? Idę w dobrą stronę i buduję dobre fundamenty. Tak, zasługuję na miłość. Tak, zasługuję na szczęście. Tak samo jak każdy inny. A kiedy będę już tego świadoma w stopniu większym niż obecnie, to z całą pewnością będę umiała dzielić się miłością i szczęściem w taki sposób, by nie wysysać tego z innych, ale raczej odbijać przyjmowane dobro ze zdwojoną siłą.

I dlatego właśnie droga budowania zdrowej siebie trwa i będzie trwała długo. Ale wiem, że warto. Bo im dalej w las, tym jest piękniej.

Życzę Wam spokojnych, radosnych i rodzinnych Świąt. Jeśli nie da się, by były to święta bez bulimii, to niech będą to święta, w których zrozumiecie, że zasługujecie na to, żeby tę bulimię wywalić ze swojego życia i traktować się z większą miłością. Bo zasługujecie.

15. kwietnia 2017 r.

(już nie) Walczę i (wy)gram (w fajne życie)

Print Friendly

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>