Blog ma dwa lata a ja mam w głowie coraz większy spokój.

Kilka dni temu zorientowałam się, że dziś miną równe dwa lata, odkąd zamieściłam tu pierwszy post. Poprzednie urodziny bloga nawet świętowałam :) Nie wierzę, że to było rok temu. Czas pędzi jak szalony. Mało mnie tu ostatnio, więc nie ma za bardzo co podsumowywać – widać przecież jak na dłoni, jak jest. A jak jest? Jest dobrze. Jest spokojniej, pewniej, radośniej, zdrowiej, bezpieczniej. Normalniej.

Wstałam dziś rano i zaczęłam dzień praktyką jogi. Zrobiłam sobie pyszną kawę i dobre śniadanie a potem przygotowałam takie samo rodzicom. Następnie usiadłam do pracy magisterskiej i postanowiłam, że poświęcając jej pisaniu cały dzień, będę celebrować w taki dziwny sposób drugie urodziny bloga – będę celebrować błogą normalność. Ostatecznie jestem tutaj, bo ten wpis powinien się dziś tu znaleźć – jako jeden z elementów niekończącej się układanki, za jaką uważam odnajndywanie siebie (nazwijcie to odnajdywaniem sensu życia, jeśli to lepiej brzmi).

To duże słowa, ale prawdziwe. Chcę żeby zostały wypowiedziane. Chcę tu wrócić kiedyś i spojrzeć, co myślałam w dwa lata po założeniu bloga, który zaczął naprawianie mojej głowy. Chcę więc napisać, że szkoda mi tych lat z bulimią i że szkoda mi siebie samej w tych momenctach, kiedy zołza bulimia próbuje do mnie wrócić. Ale umiem sobie z tą zołzą (już praaaawie zawsze) całkiem sprawnie radzić i wiem, że nie jestem z moimi zmarnowanymi, bulimicznymi latami osamotniona. Bo absolutnie każdy ma swoje niepokoje i smutki. Każdy sobie z czymś nie radzi, każdemu zdarza się coś zawalić i tak naprawdę bardzo dużo osób ucieka od problemów w różnego rodzaju znieczulacze i zaburzenia. Absolutnie każdy zastanawia się nad swoim życiem, nad tym, kim jest, do czego dąży, co jest jego celem, kto jest dla niego ważny. Każdy ma prawo się w tym pogubić i każdy ma prawo szukać swojej drogi. Każdy ma prawo być kochanym, potrzebować bliskości i tęsknić za miłością. Każdy ma prawo do bliskości, ale każdy ma też prawo (chyba raczej obowiązek) kochać samego siebie. Nie jako marną istotę, którą przezywa epitetami i tylko czasami się nad nią lituje, czując swoją kruchość, ale raczej kochać siebie jako jedną z kropel, z których składa się nasz wspólny ocean. Bez tej jednej kropli ocean przecież nie byłby taki sam.

050f070016e900af63f1a1be7fbf9c55

Jestem teraz osobą o o wiele bardziej otwartym umyśle, bardziej świadomą siebie i coraz ciekawszą świata. W mojej wrażliwości, którą dopiero co odkryłam (jak Kolumb Amerykę), robię się autentycznie smutna, kiedy widzę, jakie kolejne, niepotrzebne tragedie sobie sami gotujemy (my, ludzie) – coraz częstszymi, bezsensownymi zamachami, brutalnością, konfliktami tymi międzynarodowymi, ale też niedobrym życiem tak na codzień, w życiu tej jednej kropelki – jesteśmy niby tak blisko, a tak mało z nas potrafi docenić drugą osobę. Może dlatego ja sama tak bardzo cenię i szanuję tych, którzy są autentyczni i żyją jak najlepiej potrafią. I może właśnie dlatego z większą pokorą podchodzę do życia (tak w ogólności)?

Z jednej strony czuję się więc malutką częścią pięknej, a jednocześnie strasznie dziwnej machiny, a z drugiej strony – coraz śmielej, pozostając wielką marzycielką, wierzę, że każdy może dołożyć swoją cegiełkę do budowania lepszego oceanu. Wiem już, że tego nie da się zrobić, jeśli nie będziemy pracować jednocześnie nad sobą – każdy dla siebie i w sobie. Nauczyłam się, że żaden związek, żaden nałóg ani żadne wielkie doznanie nie da nam tego, co możemy i powinniśmy dać sobie sami – (samo)świadomości, szacunku do świata i do siebie, zadbania o zdrowie swojego umysłu i ciała, poznania siebie – pokochania tego, co dobre i mozolnej pracy nad tym, co chcemy zmienić, bo nam szkodzi. Bo czy nie jest tak, że choćby nawyki, nałogi, inni ludzie, praca, podróże, czy inne zdarzenia miały na nas ogromny wpływ, to w ostatecznym rozrachunku to my sami najczęściej decydujemy o tym, w jakim stopniu i w jaki sposób pozwolimy tym innym czynnikom na nas działać? Chyba tak właśnie jest.

Na przestrzeni tych ostatnich lat doszłam wreszcie do jeszcze jednego ważnego wniosku – nie mamy nad pewnymi sprawami kontroli i to od nas zależy, jak wykorzystamy okoliczności, które niespodziewanie stają na naszej drodze. Nie wierzę już w czyste zrządzenia losu i wiem, że pewne okoliczności, ludzie i miejsca nieprzypadkowo stają się częścią naszego życia. Od nas zależy, czy w ogóle je dostrzeżemy i jak je wykorzystamy. Czy będziemy mieli otwarte umysły i serca, czy pozostaniemy z klapkami na oczach, zaślepieni jakimś smutkiem, gniewem, lękiem, uzależnieniem, kompleksem, wspomnieniem. Każdy ma prawo czasami zamknąć się na świat i zasunąć na oczy takie klapki – ale chyba tylko po to, żeby lepiej zrozumieć to, co w danej chwili się przeżywa. Bo jeśli tkwimy z klapkami na oczach dla samego tkwienia, to coraz dalej oddalamy się od rzeczywistości, zamykając tym samym umysł i serce na całe dobro, które naprawdę staje nam na drodze i czeka, aż je odkryjemy. I jeszcze jedno – nigdy nie jesteśmy w tej ciemnicy sami. Trzeba tylko się rozejrzeć dookoła i umieć prosić o pomoc.

Popłynęłam sobie w tych rozmyśleniach i na pewno nie napisałam wszystkiego, co sobie zdążyłam przez te dwa lata poukładać. Jeżeli ktoś wchodzi tu po to, by szukać pomocy w wychodzeniu z bulimii, to niech korzysta, ile wlezie z zawartej na blogu opowieści o tym, jak to walczyłam przez ten czas z chorobą. Jeśli ktoś mnie (moje posty) już zna, to chyba się uśmiechnie pod nosem, czytając ten tekst, bo dobrze wie, że już od dawna nie walczę. Ja się uśmiecham pod nosem i w sercu, bo naprawdę, ale to naprawdę żyje mi się fajniej i właśnie to sobie (po raz kolejny) uświadomiłam. A to wszystko nie tylko dzięki pokonaniu zaburzenia odżywiania, ale dzięki dużej pracy nad sobą całą. Myślę, że taka praca to (zaraz za umiejętnym dzieleniem naszego życia z innymi ludźmi) największe nasze zadanie, jakiemu powinniśmy sprostać na naszej pokręconej drodze.

I jeszcze jedno. Temu tam na górze jestem wdzięczna za każdego Anioła, którego mi dotychczas zesłał. Jestem wdzięcza za to, że to właśnie On (możecie Go nazwać Losem albo Karmą) zsyła mi wszystkie moje małe i wielkie nieprzypadki i niespodzianki i daje mi tym samym szansę na piękne życie. I na wyjście na prostą. Zawsze. Choćby nie wiem, co się działo.

Anioły, Wy wiecie, że Wy to Wy. Dziękuję, że jesteście.

09 kwietnia 2017 r.

(już nie) Walczę i (wy)gram

Print Friendly

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>