Wyzwalający wpis o wrażliwości – bo choćby czasami było nam z nią ciężko, to jest większym atutem niż wadą.

Cześć. W ostatnich dwóch wpisach dałam znać o tym, że widzę u siebie progres, powiedzmy – emocjonalno-egzystencjalny. Zauważyłam, że pomału pozbywam się mechanizmu myślenia w krytycznych chwilach tylko na czarno (wg najgorszego scenariusza), że jestem mniej egoistyczna i już nie tak często traktuję najbardziej zaufane osoby jak worki treningowe dla moich negatywnych emocji – część z nich zatrzymuję dla siebie. Jednocześnie przekonałam się o tym, że cały czas aktualne pozostaje stwierdzenie, że nie mogę nie mówić o moich złych emocjach wcale, bo tak się po prostu nie da. Jak zwykle, potrzeba balansu. Zdrowego rozsądku. Słowem-kluczem jest w tym wszystkim emocja.

E m o c j a.

Od początku mojego pisania tutaj, terapii i „w ogóle” uczyłam się, że zajadam emocje (to akurat dość sztampowe określenie) i to zwłaszcza te emocje „ekstremalne”, które z kolei biorą się z przeciążenia pracą, które sobie funduję dzięki „przyjacielowi” perfekcjonizmowi. Tak budzi się oto duży stres, który potrafi powalić mnie na łopatki i dosłownie paraliżować. To wszystko nie są nowe rzeczy. W ostatnim czasie zaczęłam jednak zbierać kolejne puzzle układanki pt. „Zrozumieć siebie”. Poza istotnym dla mnie wpisem Wilczo Głodnej, który już Wam podlinkowałam (ale czynię to bardzo chętnie po raz kolejny), miało miejsce kilka innych czynników, które doprowadziły mnie do napisania tego oto posta.

Po pierwsze, ponieważ kilka razy zdarzyło mi się (przed okresem) wpaść w taki dziwny, depresyjny stan, że uznałam, że to już absolutna przesada i może warto by to zbadać, poszłam do endokrynologa, który zalecił badania prolaktyny, przepisał ziołowe leki i subtelnie zasugerował wizytę u psychiatry (bo może to kwestia jakiegoś niedociągnięcia mojej terapii, czy coś – a psychiatra nie tylko słucha, ale daje też leki). Za psychiatrę się nie obraziłam (no bo, co mi tam – nauczyłam się, że trzeba umieć sobie dać pomóc). Ale jakoś nie było trzeba iść. Co do leków ziołowych – chyba działają, ale skasowało mi się po trzech tygodniach przypomnienie w telefonie i… nawyk wzięcia tabletki się nie wyrobił. Pisząc te słowa, uświadomiłam sobie w ogóle, że o nich zapomniałam. No tak… Co do hormonu stresu natomiast (tym jest prolaktyna), to moj wynik był absurdalnie wysoki. Muszę się z tym znowu zgłosić do lekarza, bo to podobno trzeba dokładniej zbadać. Niemniej, moja przyjaciółka miała podobne wyniki i uregulowanie prolaktyny lekami sprawiło, że przestała ze stanów euforii (dużego szczęścia tak ogólnie, w życiu) przechodzić w stany skrajnego doła (takie poddepresyjne, utkane smutkiem z, za przeproszeniem, dupy wziętym). Może to to mnie dopada od czasu do czasu?

Sytuacja z hormonem pozostaje otwarta. Zdążyłam jednak w międzyczasie zauważyć jeszcze jedną prawidłowość – gdy moje emocje rozhuśtam do tych skrajnych i kiedy to one przejmują nade mną kontrolę, to jest już trochę za późno na zastanawianie się nad jakimiś racjonalnymi działaniami. Mogę ewentualnie, w mojej racjonalności, zapobiec bezmyślnemu otępianiu tych emocji. Na myślenie jest natomiast czas wcześniej – do tych emocji skrajnych nie powinnam w ogóle doprowadzać. Jak? Ano tak, że trzeba ćwiczyć (cokolwiek) i znajdować dla siebie czas – na relaks, wyciszenie i pocieszenie się pięknem tego świata. Co do ćwiczeń, to koleżanka zdradziła mi niedawno bardzo trafną uwagę na temat tego, że człowiek i w paleolicie się stresował przeogromnie jak np. goniło go wielkie zwierzę (przekładając wielkie zwierzę na język współczesny – chodzi o deadline’y) i żeby od niego uciec, praczłowiek biegł przed siebie jak szalony a potem właził na drzewo. Posiedział, jak było trzeba, i z drzewa w końcu złaził. Stres był rozładowywany w sposób naturalny. Dziś też gonią nas wielkie zwierzęta, ale choćby były wielkości wielkich lwów, mało kto w ogóle próbuje wleźć na drzewo – drzewem może być basen, maraton, spacer, czy joga. Częściej, stając oko w oko z naszym zwierzem, czujemy się absolutnie bezradni i dopada nas frustracja, którą na szybko próbujemy rozładować używkami – czy to nałogowym oglądaniem netflixa, czy może jedzeniem na potęgę. Jak to kompulsywne tłumienie emocji sie kończy, to chyba wszyscy tu obecni wiemy. Wnioski? Że stres jest zły? Nie. Stres jest absolutnie naturalny, tylko trzeba sobie z nim umieć radzić – sportem, rozmową i czasem dla siebie. Ale jest jeszcze jeden wniosek.

Drugi wniosek doprowadził mnie do myśli równie oświeconej, ale też nie nowej (tylko rozumiem ją teraz nieco inaczej) – to nie tak, że coś jest ze mną nie w porządku, gdy tak bardzo przeżywam niektóre sytuacje, którymi inni przejęliby się co najwyżej w stopniu znikomym. Nawet, jeśli to ta moja prolaktyna sprawia, że czasami doprowadzam się sama do stanu, w którym emocje ochoczo huśtają się z jednego krańca skali na drugi, to jest jeszcze jedno uzasadnienie tego, że przeżywam wszystko tak intensywnie – jestem, kurczę wrażliwa. A o tym mówił mi przecież mój psycholog. Zastanawiałam się już nad tym – romyślałam nawet gdzieś na blogu o tym, że moja wrażliwość to i mój skarb, i wróg. Że bez niej nie cieszyłabym się tak bardzo pięknem tego świata, ale jednocześnie (być może) nie doprowadziłabym siebie do zaburzeń odżywiania. Co było po części aktem desperacji, wynikającym z totalnego niezrozumienia siebie i nieumiejętności rozładowania siedzącego we mnie napięcia oraz (albo przede wszystkim) nieumiejętności zapobiegania temu napięciu. Teraz jednak wiem, że moja wrażliwość dodaje każdej dużej emocji jeszcze większej głębi niż dzieje się to u mniej emocjonalnych osób – to dlatego potrafię się tak szybko zauroczyć po tym, jak przeżywam cudną randkę, to dlatego w ogóle doceniam romantyczne gesty tak mocno, to dlatego tak bardzo kocham naturę, to dlatego czuję, że mam na tym świecie większą misję do zrealizowania niż przetrwanie aż do późnej starości na tym „łez padole”, to dlatego też mój duży smutek umie zamienić się w taki smutek gigant, to dlatego moje łzy płyną czasami chętniej niż u przeciętnej jednostki (nauczyłam się je akceptować jako naturalną reakcję, którą ciało neutraizuje siedzący we mnie ładunek – to dotyczy i łez szczęścia, i smutku, i gniewu), no i (last but not least) to dlatego stres łapie mnie za gardło jak szalony i nie lubi puszczać. Te czynniki wiążą się na pewno z innymi – tym, co słyszę, co robię, z kim spędzam daną chwilę, kiedy jest deadline, ile mam w głowie myśli i jakie one są (dlatego trzeba je pozytywnie kierunkować), ale, co do zasady, jest we mnie jednocześnie pewna niesterowalność – emocjonalność. Wrażliwość. To ona czasami kieruje mną, a nie ja nią. Jeśli trochę się zapomnę, nie zadbam o kondycję duszy i ciała, to wtedy wrażliwość prowadzi mój okręt w oko cyklonu… a ja niewiele potrafię już zdziałać. Czasami natomiast to dzięki wrażliwości wypływam na nieznane mi, najpiękniejsze wody świata, które dla mnie będą cudem danej chwili i darem, który mnie uskrzydli na długo, podczas gdy dla innych będą tylko „spoko”.

96a694b0c0834936a708ec527dcc6a21

Powyższe rozważania nie wzięły się od tak, z kosmosu. Otóż Mężczyzna, o którym ostatnio pisałam, dał mi znać kilka dni temu, że totalnie rozumie, że się nie odzywałam, bo musiałam sobie poukładać życie, które (jak mi się wydawało wtedy) sypało się przez terminy a stres buzował tak, że już nie chciałam gryźć, ale raczej – schować się pod koc i przeczekać, aż ten mój statek jakoś wyrwie się z oka cyklonu i wypłynie na w miarę spokojne wody. Mężczyzna nie tylko powiedział, że rozumie. Pochwalił, że zaczęłam ćwiczyć jogę (a zaczęłam – polecam tak bardzo!!!) i dodał, że nie ma nic złego w byciu wrażliwym. Bo najlepsi ludzie tacy są ;) On też – dlatego trzyma skrajny stres z daleka i tak dobrze organizuje sobie czas. O Boże. On naprawdę mnie zrozumiał. Naprawdę mam szczęście do ludzi. Szkoda, że on jest 600 km stąd.

Potem zobaczyłam ten filmik na facebooku:

https://www.facebook.com/OfficialPowerfulTV/videos/739826139533075/

… i na koniec przeczytałam jeden z wielu artykułów typu „jak celebryci mieszczą w dobie więcej niż my robimy w tydzień, skoro ich dzień też ma 24 godziny”. I tam było napisane m.in. to, że tzw. most succesfull people wcale się nie nie stresują, tylko oni umiejętnie rozładowują ten stres jogami, medytacjami itd. itp. Nikt nie wspomniał, że mają setki ludzi, którzy im sprzątają, gotują, niańczą dzieci i załatwiają za nich wszystkie najbardziej upierdliwe rzeczy, ale mniejsza o to. Oświeciło mnie dzięki temu, niby zwykłemu, artykułowi, że autentycznie każdy człowiek się stresuje, tylko jedni znoszą to lepiej a inni gorzej i że trzeba umieć znaleźć na siebie sposób. Do moich sposobów dołączył ostatnio nowy sport. No i ta joga, choćby 15-minutowa. To już dwa sporty. I jest ok. A jak nie jest ok, to pamiętam, że może nie być. I że tak głębokie przeżywanie emocji to część mnie, której nie powinnam chcieć zmieniać – ta sama część, która w jednej chwili sprawia, że smucę się tak okropnie, a w innym momencie wynosi mnie pod same chmury i daje mi piękne, niezapomniane i uskrzydlające wspomnienia, które chować będę w sercu znacznie, znacznie dłużej niż chwilowe, choć głębokie, negatywne emocje.

Jeszcze nie wykorzystałam tej wiedzy w praktyce, ale kiedy następnym razem stres absolutny spróbuje ścisnąć mnie za gardło i nie puścić, to przypomnę sobie to wszystko. Może zadziała. Jak na razie, dzięki całej tej nowej wiedzy, znowu czuję się tak, jakby ktoś zniósł mi z ramion duży ciężar niezrozumienia siebie, który nosiłam ze sobą przez dobre lata. Znowu się okazuje, że egoistyczne było myślenie, że tylko ja tak mam i że coś ze mną nie tak. Piękna sprawa takie uwolnienie. Podobno zdolność do czynienia takich głębszych refleksji to też domena tych bardziej wrażliwych ludzi.

HMS Victory

I tych pozytywów się trzymajmy :)

Jakoś niedawno pyknęło 33 tysięcy odsłon bloga. Choć najpopularniejsze są wpisy głównie o bulimii – o powikłaniach, o tym, jak zacząć walczyć, jak ja zaczęłam, o dzienniczku żywieniowym itd., to nadal ktoś czyta moje najnowsze posty, które już niekoniecznie są walką z bulimią, ale niewalką z samą sobą. Dziękuję za to.

15. marca 2017 r.

Walczę i wygram

(źródło obrazka: http://www.lifehack.org/articles/communication/sensitive-suffer-more-but-they-love-more-and-dream-more.html?ref=pp i http://www.fashiontimes.com/articles/104/20130711/alicia-savage-surreal-self-portraits-travel-transcendence.htm)

Print Friendly

1 comment

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>