Znowu widzę progres, znowu czuję radość.

Im więcej mam w głowie spokoju, im rzadziej wywołuję własnymi myślami lawinę komplikacji i przeszkód, im więcej robię, zamiast tylko myśleć o tym, jak to zrobić i co się będzie działo później, im bardziej j e s t e m  o b e c n a  w danym momencie, im bardziej cieszę się z obecności innych osób, otwieram umysł na świat i nie filtruję rzeczywistości przez sito jakichś wydumanych kompleksów i zmartwień… tym bardziej odległe wydają mi się poprzednie moje wpisy, tym jestem szczęśliwsza, spokojniejsza i coraz więcej dobrego mnie spotyka na codzień. I to nie jest wyłącznie kwestia zmian, jakie wprowadzam od czasu ostatniego wpisu. O nie! Kto tu zaglądał, ten wie, że to kwestia wielu miesięcy.

Wzięłam dziś do ręki karteczki od psychologa – prezent, który dostałam „na gorsze chwile” przed wyjazdem na moją małą-wielką emigrację. Kiedyś te papierki otwierały mi oczy i otrzeźwiały z amoku, z negatywnego otępienia.

wpid-wp-1439229747080.jpeg wpid-wp-1439229757609.jpeg wpid-wp-1439229766977.jpeg wpid-wp-1439229773924.jpeg wpid-wp-1439229791998.jpeg wpid-wp-1439229807544.jpeg

Teraz mrużę oczy, żeby przypomnieć sobie, co ja sobie wtedy (tak niedawno przecież) myślałam, gdy na nie patrzyłam. Wtedy faktycznie utożsamiałam się z myślami „powinnam robić więcej!”, „jeżeli coś mi się nie udaje, to jest to moja porażka”, „jeśli mi coś nie wychodzi, to jest to tylko i wyłącznie moja wina”, „nie nadaję się do tego” itd.  Nie mówię, że nie mam chwil zwątpienia. Bo każdy je przecież ma i każdego trafia czasami szlag. Ważne, by umieć sobie z nimi radzić i żeby nie zdarzały się za często. Ja właśnie coraz lepiej sobie z nimi radzę. Uczę się coraz lepiej panować nad emocjami. Coraz lepiej rozumiem moje emocje. A tym samym rozumiem coraz częściej siebie samą (a to zasługa w dużej mierze tego wpisu Wilczo Głodnej).

Tak. Z n o w u czuję, że się zmieniam. Czuję, jak c o ś  się t e r a z dzieje w moim życiu. Powtórzę się względem tego, co już pisałam: nie jestem już chyba taką egoistką jak kiedyś. Na świat nie patrzę głównie przez pryzmat siebie i m o i c h zmartwień (pomijam w ogóle fakt, że to, jak patrzę na świat, nie jest zdeterminowane zwłaszcza rozmiarem moich majtek). Głupie momenty jeszcze się zdarzają, ale przecież każdy tak czasem ma, że wstaje rano i wydaje mu się, że świat jest zły a on jest ofiarą losu (albo, po prostu, nie ma się w co ubrać, bo we wszystkim wygląda źle). Pamiętam, jak psycholog mówił mi na spotkaniach – „ja też mam takie dni”. A ja myślałam sobie „akurat” i „co Ty tam wiesz”. A teraz widzę, że miał prawo wiedzieć. Że większość problemów, które uważałam za wyłącznie m o j e, są powszechne i normalne. Trapią wszystkich. Albo większość. Widzę, jak robiłam z siebie pępek świata i użalałam nad sobą. Taką byłam (no i, nie ukrywajmy, nadal bywam) smutną egoistką. Ale jak to niby jest teraz? Teraz mam wrażenie, że moje horyzonty są coraz to szersze, a ja się (od dłuższego już czasu) tak jakby uwalniam od siebie samej. A raczej uwalniam się od więzów, które sama na siebie nałożyłam dawno temu. Zaczynam żyć. Wypełzać ze schematów myślenia, w które się sama wsadziłam. Nie boję się próbować nowych rzeczy, mniej boję się ufać. Częściej pozwalam sobie być szczęśliwą. Częściej myślę o tym, żeby czegoś nie powiedzieć, jeśli tylko sobie mam tym ulżyć, a innym miałabym tylko dowalić. I chociaż „to wszystko już było” (pisałam o tym nie raz i nie dwa a propo podróży, zmian w głowie, szufladek itd.) - to sens w tym, że niezmiennie  j e s t  t a k   c o r a z   b a r d z i e j. Niezmiennie idę w dobrą stronę. Bywa różnie, wiadomo. Ale progres jest. Więc się chwalę.

tumblr_static_tumblr_lydrwi0qqw1qegbs4o1_500_large1

Dosłownie „na dniach” miałam okazję polecieć na kilka dni w nowe miejsce, znowu spotkałam cudownych ludzi, kilkoro znajomych poznanych przy innych okazjach i w innych częściach Europy, zaufałam przy tym intuicji, sercu i bawiłam się najlepiej na świecie. Żeby było ciekawiej, to wszystko to odbyło się w ramach wymiany biletów lotniczych, o której wspomniałam ostatnio (zamiast Walentynek z Panem Cudownym).

Poza tym, od ostatniego wpisu, kiedy to obiecałam sobie przestać myśleć za dużo, zaczęłam uprawiać nowy dla mnie sport – który uprawiać chciałam od bardzo dawna, ale się bałam… Bałam? No tak… „bo mam za duży tyłek i za chude ręce i się nie podciągnę nawet raz”, „bo na pewno sobie nie poradzę”, „bo sport w ogóle nie jest dla mnie” i „bo cośtam jeszcze”. I co? I wymiatam. A jak nie wymiatam, to i tak się tym cieszę jak dziecko. I mam coś swojego. Najpierw szłam z duszą na ramieniu, ale podekscytowana, żeby teraz hasać na cotygodniowe kursy w grupie i z instruktorem. Wyszłam poza strefę komfortu i spełniam kolejne, małe marzenie.

Co więcej świadczy o tych wielkich zmianach, które niby miały się podziać (podziały, serio)? Może to nieprzyzwoite, ale dla mnie bardzo ważne, więc sobie napiszę. A co! Otóż, wracając do ostatniego wyjazdu…. miałam okazję po dłuższym czasie odnowić pewną, wcześniej tylko przelotną, ale miłą, znajomość. Po prostu znajomość, taką opartą na miłej rozmowie. Historia i tym razem była równie przelotna, ale za to zupełnie innego rodzaju. Tyle że z tym samym znajomym w roli głównej (nazwijmy go po prostu… Mężczyzną). Historia z Mężczyzną zaowocowała mianowice tym, że w czasie wszystkich tych momentów, które z nim spędziłam podczas wyjazdu, dostawałam autentycznego, intelektualnego orgazmu. Intelektualnego wtedy, gdy z nim rozmawiałam. Poza tym, on jest tak niesamowitym dżentelmenem, jakiego chyba nigdy nie spotkałam (w odróżnieniu od Pana Cudownego i Księcia Dupka). Dodatkowo ma mózg, który powala (nie chcę nawet porównywać go do nikogo, absolutnie!), ma też poczucie humoru (w przeciwieństwie do ostatniego milorda z kijem w tyłku) i nawet to, że wydawało mi się, że on nie jest „w moim typie”, nie przeszkodziło mi w tym, żeby od doprowadzania mnie do orgazmu intelektualnego, Mężczyzna przeszedł do doprowadzenia mnie do (chyba pierwszy raz tak doskonałego, zupełnie nieudawanego) erotycznego uniesienia. Było mi z nim doskonale.

Niestety tylko było, bo znowu dzieli mnie od niego kilkaset kilometrów. Ale to nic. Cieszę się na razie tym, co przeżyłam przez te kilka dni. Co będzie, to będzie. Może pozostaniemy w takiej relacji, że każde spotkanie będzie równie idealne, ale tych spotkań będzie w bliższej albo dalszej przyszłości tylko kilka na krzyż. Może.

Pomijam, że tych facetów jakoś ostatnio u mnie więcej. Z najświeższymi pomyłkami (Pan Cudowny) jednak nie zaiskrzyło i skończyło się na realcji platonicznej. Brakowało tego czegoś, chyba nawet więcej niż chemii – i zakończyłam to znowu, zanim się zaczęło na dobre. Na szczęście, tym razem zrobiłam to ja – absolutnie świadomie i słuchając swojej intuicji. Ale z Mężczyzną było w ogóle inaczej. Z nim zadziała się magia. Oczywiście, że to dzięki niemu przeżywałam moją ekstazę (i fizyczną i duchową). Ale to też dzięki mojej otwartej głowie, która pozwala mi „żyć bardziej” – być w danym momencie całą sobą i coraz częściej, bez skrępowania, cieszyć się życiem… na wielu płaszczyznach ;) Sam fakt, że pozwoliłam sobie w łóżku dać czas, nic nie udawać, ale cieszyć się chwilą (dla niektórych jest to całkiem naturalne), jest dla mnie ważnym znakiem, że szanuję siebie i daję sobie prawo do radości i nieperfekcyjności. Coraz mi lepiej z tą nową, otwartą głową. Ona już od wakacji pozwala mi na więcej. Tak w ogóle, w życiu. Coraz częściej i coraz szczerzej lubię to, co mam i jaka jestem. Mam nadzieję, że wytrwam przy takiej właśnie tendencji, bo ona jest super. Chyba idę w dobrym kierunku!

IMG_20170222_210208

Jest niedoskonale, ale wspaniale. I znowu, coraz bardziej jestem szczęśliwa.

22. lutego 2017 r.

Walczę i wygram

(zdjęcia własne)

Print Friendly

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>