Pierwsza bezbulimiczna Wigilia od trzech lat. O absencji na blogu i łzach szczęścia.

W moich ostatnich wpisach, tzn. tych sprzed dwóch miesięcy (sic!) nie było lekkości, z którą jeszcze kiedyś, całkiem regularnie, pisałam moje posty. I właśnie te najbardziej wymuszone wpisy znikły niedawno z bloga. Nie polubiłam się z nimi. Brak weny do ich tworzenia w dużej mierze wynikał z braku nowych, odkrywczych przemyśleń na temat bulimii. I braku jakichś wielkich rewolucji na tym tle. A to, w sumie, bardzo dobry znak. Ja po prostu nadal kontynuuję to, co zdążyłam Wam już przez te lata (!) tu nawypisywać :) A przedwczorajsza kolacja wigilijna jest tego najlepszym przykładem – pozytywną wiadomością, którą przesyłam Wam poniżej. Bierzcie garściami tę dobrą energię. Czytajcie i korzystajcie :) 

Najpierw chcę zwrócić Waszą uwagę na to, że pierwszy raz od kwietnia 2015 roku były ostatnio takie dwa miesiące z rzędu (październik i listopad 2016) , kiedy na blogu nie napisałam nic. Dlaczego? Najprostsze, a przy tym jak najbardziej zgodne z prawdą wytłumaczenie byłoby takie – bo nie mam czasu. I to prawda… jestem autentycznie zajęta tak, jak mało kiedy. A mówiąc jeszcze inaczej – chociaż nie pracuję równolegle ze studiami, jak to było przed moją małą-wielką emigracją, to mam teraz… jeszcze więcej obowiązków niż wtedy. A przecież wtedy już płakałam po nocach, że w pracy mi tak źle, bo mało czasu na naukę i presja taka ogromna itd. itp. Co się stało, że teraz już tak nie reaguję? A przynajmniej nie nagminnie…? Otóż, na moje szczęście albo nieszczęście, gdzieś po drodze między mną tamtą a mną aktualną pojawiła się w moich myślach złota reguła „miej wy…ane a będzie ci dane”. Dlatego, z jednej strony, mam większy luz do wszystkiego (w miarę), a z drugiej – łatwiej idzie mi zawalanie niektórych rzeczy albo robienie ich na odczepnego. I świat się nie wali. To raczej nie miejsce i czas na kontynuowanie tej rozkminy, ale chcę Wam przekazać, że w mojej aktualnej, pędzącej codzienności znowu (nadal?) nie ma miejsca na zaburzenia odżywiania. Ale na serio nie ma. Jest za to znowu trochę czasu na zadbanie o swoje ciało i umysł.

Tak jak jest teraz, bardzo baaardzo długo nie było. A może nie było wcale (po zachorowaniu). Moje regularne rozkminy przeniosły się aktualnie z tych bulimicznych na te egzystencjalne, filozoficzne, seksualne, edukacyjne, polityczne i inne. Wcale nie jest mi ze sobą czasami wiele lepiej niż kiedyś – ale nie jest mi lepiej w ten sposób, że nadal gubię się w natłoku zadań, zatracam motywację, sens i cel… ale na pewno jest mi lepiej, jeśli chodzi o jedzenie. Przykład? Niedawno napisałam do przyjaciółek na fejsbuku, że zbliża mi się napad… Przytłoczona stresem do granic wytrzymałości, doprowadziłam się do stanu, gdy obudziłam uśpiony nałóg. Na szczęście jedna z przyjaciółek była online – po chwili kazała mi opisać emocje, co czuję, dlaczego je czuję. Mówiła mi „wcale Ci to nie pomoże i to wiesz“ i… po kilku minutach na serio razem wygrałyśmy z falą bulimii. Wspólnie. Rozmowa i emergency ukochanych osób zadziałały, pomimo tego, że już zdążyłam się wcześniej konkretnie nafutrować. Czy tak właśnie skończyłoby się to jeszcze kilka miesięcy temu? Na pewno znałam to rozwiązanie od dawien dawna i nawet Wam się tym chwaliłam, że raz czy drugi zadziałało… ale, co do zasady, wcześniej nie było szansy na to, żebym w ogóle pomyślała przy okazji napadu o tym, by do kogoś się odzywać. Napad mną władał. Ja nie miałam nad sobą kontroli, miało je zaburzenie odżywiania. A teraz? Cóż. Zaszły zmiany. 

Dalej, jeśli chodzi o jedzenie, to niestety wcale nie jem aż tak bardzo regularnie, ale NAPRAWDĘ się staram. I mam efekty – wreszcie zasada jest taka: jem wtedy, gdy jestem głodna. Wiadomo, są od tej zasady wyjątki, ale po l a t a c h mam jakąkolwiek, niezależną od terapii i dzienniczka żywieniowego, zasadę jedzeniową!!!!

Ćwiczę też kilka razy w tygodniu na siłowni (już od kilku tygodni ;) ). W październiku albo listopadzie spotkałam na siłowni kumpla, który w ciągu dosłownie tygodni awansował na mojego przyjaciela. Okazało się, że jest on moim zagubionym soul matem i dogadujemy się bez słów – a na dodatek, wyciąga mnie na wieczorne treningi. Takie namawianie działa doskonale – zwłaszcza wtedy, gdy naprawdę „nie mam już sił po całym dniu, pomimo że zaplanowała trening” albo gdy po ludzku mi się nie chce. W zasadzie to dzięki niemu nauczyłam się na nowo reagować na stres ćwiczeniami, a nie jedzeniem. Ćwiczeniami z głową - dużo czasu zaczęłam poświęcać na świadome wyćwiczanie głównie tych mięśni, z którymi miałam od dawna problem (zgodnie z tym, co kiedyś pokazał mi fizjoterapeuta) – tak, aby ciało działało dobrze, sprawnie. Aby grały wszystkie trybiki.  Działa. Działa to wszystko. Znowu. 

tree_with_birds

A to, co jest najlepszym dowodem moich (kolejnych już przecież) super zmian, to przebieg przedwczorajszego wieczoru. Zacznę od tego, że od dawna marzyłam o fajowej Wigilii i znowu domu pełnym gości, zamiast niezbyt porywającego posiedzenia w stałym gronie 4 osób. W tym roku, podobnie jak w ubiegłym, jakoś tak wyszło, że znowu było nas więcej. I było wesoło, radośnie. Dużo wcześniej przed świętami zdążyłam ulepić też z mamą 70 pierogów, zrobić pierniki, a rybę, którą jedliśmy, złowił samodzielnie mój ojciec. Czyż to nie wyjątkowe? Sama upiekłam też pyszny „wege makowiec“ na maśle orzechowym. O ile się orientujecie, wege nie jestem, ale wiecie też, że mam słabość do masła orzechowego <3 Może pamiętacie też, że masło orzechowe uznałam kiedyśtam za mój „zapalnik” i zabroniłam go sobie jeść… No właśnie – i tu jest kolejna zmiana. Ostatnio mogę kupić słoik masła orzechowego z Lidla i służy mi on nie przez kilka godzin (od napadu do napadu), ale spokojnie może stać i być regularnie, po trochu jedzony  przeze mnie i bliskich przez kolejne kilkanaście dni. Już nie chowam słoika daleko w szafce przed innymi. A chowałam. I to nie tyle w obawie, że „oni” zjedzą „moje” masło orzechowe, ale że zobaczą, ile zjadłam go ja (i że w ogóle zjadłam). Nie, już tak nie jest. Kolejny sukces :) A wracając do tematu – w Wigilię było radośnie, pysznie, miło, ciepło i cudownie. I w trakcie Wigilii właśnie, w tak zwanym międzyczasie, stojąc w kuchni obok mamy, totalnie się rozkleiłam. Powiedziałam: „Mamo, wiem, że nie lubisz, gdy o tym mówię, ale chcę Ci powiedzieć, że pierwszy raz od chyba trzech lat jest mi tak dobrze i normalnie w Wigilię-  nie boję się jedzenia, nie mam ochoty się wszystkiego nachapać, nie muszę się kontrolować i nawet wysiadam po barszczu, pierogach i dwóch przystawkach, bo po ludzku się najadłam„. Wiecie, o czym mówiłam, prawda? Ano o tym przecież, że miałam niebulimiczną Wigilę. Jedzenie w ogóle nie było na pierwszym planie (o co trudno w naszej kulturze w ogóle) – a to różnica wobec Wigilii zeszłorocznej. Wtedy też napadu nie miałam, ale jedzenie nadal mnie krępowało. Pisałam „poszłam kilka razy na całość, ale nie dałam się powalić”. Tym razem nie było mowy o żadnym powalaniu, hamowaniu się i skrępowaniu. Było n o r m a l n i e. To była naprawdę magiczna Wigila… z wielu powodów. Ale przez to, że była niebulimiczna, to była też trochę przełomowa. Jestem z siebie dumna. Jestem szczęśliwa, że tak to wszystko wygląda.

Jestem też szczęśliwa, że takimi właśnie słowami mogę kończyć ten szalony rok (w końcu powoli zbliża się czas podsumowań…) Mam nieodparte wrażenie, że dużo rzeczy niezmiennie, pomalutku, żółwim tempem, układa się i porządkuje. Jedno się zamyka, drugie otwiera. A ja świadomie korzystam z dobrodziejstw zapominania, odpuszczania, cieszenia się małymi rzeczami, odwagi, przyzwolenia na każde „nieperfekcyjnie zrobione” i niedoskonałe. Wciąż mam mętlik w głowie, ale inny – myślę o swoim życiu i jego sensie, o przyszłości… a nie o ciele, figurze i diecie.

Mam nadzieję, że ten post dostarczy Wam tyle samo nadziei i pozytywnej enrgii, co mi – że uwierzycie, że chyba jednak się da. Że, kurczę, choć bywa różnie, to chyba jednak można być ponad tym zaburzeniem. Że ten post to prawdziwie wypracowany sukces, do którego drogę możecie tu częściowo obserwować. Że praca popłaca, choć lekko nie jest. Ale jest warto, tak b a r d z o. Łapcie te dobre myśli i walczcie z bulimią, bo najwyraźniej da się pomału wychodzić z niej na prostą. A ja chyba znowu jestem tego małym świadectwem.

Wszelkiej pomyślności w Nowym Roku i ciepłych, niebulimicznych Świąt Bożego Narodzenia – przecież nadal trwają.

Walczę i wygram

26. grudnia 2016 r.

P.S. Jeśli potrzebujecie inspiracji do rozpoczęcia starcia z bulimią, to odsyłam Was do udoskonalonej zakładki „Jak zacząć walczyć z bulimią”. Trochę czasu nad nią siedziałam. Jej edycja nie zakończyła się ostatecznie, ale myślę, że to o wiele fajniejsza skarbnica dobrych porad, niż pierwotnie. Polecam Wam też artykuł NatStan: „10 rad jak przetrwać święta z zaburzeniami odżywiania”.

Print Friendly

2 comments

  1. Łał, mam nawyk szybkiego czytania, ale ten post przeczytałam bardzo uważnie. Świetnie piszesz, zachęcasz do walki o siebie, wierzysz w to, że każdemu może się udać. Bardzo pouczające są Twoje słowa i z pewnością dodają każdemu nadziei. Dziękuję Ci za to, że się z nami dzielisz tymi informacjami, trzeba mieć odwagę by o tym mówić głośno i trzeba mieć wielkie serce by pomagać innym. Dzięki wielkie za Twojego bloga. Ściskam :)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>