Chcę szczerze chcieć zdrowia. Aha. No i nie jestem wariatką.

„Moda na sukces dążenie do zdrowia”, odcinek tysiąc pięćset sto dziewięćset.

Tutaj Wasza Ww. Lekko wyprowadzona z równowagi, a jednocześnie podekscytowana – swoimi przemyśleniami. Tak, tak… w obydwu przypadkach chodzi o te same myśli. Jestem nimi i sfrustrowana, i zachwycona jednocześnie. Bo to takie nowe-stare myśli i bo to przecież ja.

O co chodzi? O to co zwykle :) Jest pewna nowość i jest się czym chwalić – kompletnie nic się nie zmieniło w kwestii tego, że w życiu układa mi się generalnie super. Wszystkie puzzle z układanki naukowo-zawodowej zaczynają składać się w jedną całość, patrzę z coraz bardziej śmiałym uznaniem, a może i nawet podziwem samej siebie na moje dotychczasowe sukcesy. Nie tylko akceptuję je, ale też coraz bardziej chwalę samą siebie za ciężką robotę, jaką odwaliłam w ciągu ostatnich 12 miesięcy. Odnalazłam też swoje „szufladki”, do których mogę sobie pouciekać, gdy mi źle. Które są tylko moje i dają mi azyl. No po prostu miodzio.

W związku z tym, że właśnie jest miodzio, legła podsycana przeze mnie samą jeszcze niedawno myśl, że ta dupna bulimia to pojawia się głównie wtedy, gdy jest źle. Otóż, ostatnio przekonałam się (po raz miliardowy przecież), że nie tylko bulimia, ale i moje negatywne nastroje, potrafią przyjść w chwili ogólnego, życiowego, błogiego dobrostanu. O ile bulimia ma tendencje do pojawiania się w chwilach kryzysów – emocjonalnych erupcji (pozytywnych lub negatywnych), o tyle moje dziwaczne odchyłki psychiczne (bardzo złe nastroje) mogą pojawiać się znikąd (jak ostatnio) i nie zawsze idą w parze z bulimią, to za to często te nastroje moje napady wywołują. No to jasne. W końcu takie dołki są erupcją negatywnych emocji. Czasami bardzo gwałtowną. Wam też o tym nie raz i nie dwa mówiłam – nazwałam te moje wahania „karuzelą” i zawsze, ale to zawsze wstydziłam się jakichkolwiek upadków w walce z bulimią po wzlotach, jakie akurat sobie wypracowałam. Wstydziłam się robienia dwóch kroków do tyłu po jednym dużym, okrakiem zrobionym, kroku do przodu… Różnic między kiedyś a teraz jest sporo:

  • w zasadzie już wiem, że nie „walczę” non stop. Nazwy bloga nie zmienię, bo nie. Ale moja teoria jest taka – z bulimią walczę, jak cholera znowu przychodzi, a normalnie, tj. na codzień, to żyję właśnie… normalnie i tak, żeby bulimii nie prowokować. Bez ciśnienia na walkę, bo wiem po prostu, że ona tam sobie może być i już, trudno. Jestem (byłam? … bywam?) chora, ale nie ma co się nad sobą użalać…
  • kiedyś nazywałam każde potknięcie porażką a teraz umiem akceptować błędy (co jest paradoksem, bo mam tendencje to przyzwalania sobie na nie do bólu, czyli do sporadycznych, kolejnych ciągów napadowych)
  • kiedyś widzenie czarno-białe (sukcesów i porażek) wynikało z perfekcjonistycznego myślenia, że jest albo super albo do dupy – nie ma nic pomiędzy; teraz natomiast wiem, że mam jeszcze jeden problem, który, jak mnie właśnie oświeciło w trakcie pisania tego tekstu, wcale nowy nie jest i powoduje od wieeeelu lat moje nastrojowe karuzele
  • generalnie już się nie wstydzę tego, ze nie idzie mi z bulimią, ale nadal nie ogarniam tego drugiego problemu – o tym problemie piszę już zaraz teraz 

Tym razem (tzn. jakiś tydzień temu) nawiedziły mnie takie jakby depresyjne myśli, jakich chyba jeszcze nigdy nie miałam. I których nie zapiszę nawet tutaj – żeby nie bluźnić, ani nie grzeszyć, ani nie denerwować Pana Boga, który chyba ostatnio naprawdę lubi mi sprzyjać w życiu. I z szacunku do życia – bo ja naprawdę wierzę, że jest piękne a ludzie są dobrzy. Tylko potem przychodzi BUM i coś mi odbija. Czuję się jak wariatka, nie żartuję… jest mi w życiu mniej lub bardziej miodzio, po prostu stabilnie, i… BĘC! Nagle nie mam ochoty wychodzić z domu, nagle „jestem beznadziejna i byle jaka” (chociaż PRZECIEŻ WIEM, że to nieprawda) i „że…” jeszcze kilka okropnych rzeczy sobie tak potrafię pomyśleć. Naprawdę smutnych rzeczy, przez które myślę, że chyba zwariowałam i zamykam się jeszcze bardziej w sobie. Żadne z tego odkrycie. No własnie – żadne z tego odkrycie. To jest powód mojego wkurzenia i złości, a jednocześnie zadowolenia. Bo zrozumiałam, że wcale nie jestem wariatką, nie mam depresji, ani nie mam tak od niedawna. Ja tak mam chyba od zawsze.

Sięgając pamięcią w czasy przeszłości wczesnoszkolnej i tej gimnazjalnej, miewałam dziwaczne momenty chandry. Leżałam na łóżku, świat był koszmarny, ja nie wiedziałam, czemu, ale generalnie sobie z tym światem jakoś tak nie radziłam i z tego powodu ryczałam w poduszkę. Nie miałam ochoty spotykać się z ludźmi. Dosłownie chwilę przed napisaniem tego wpisu dowiedziałam się zresztą, że „to chyba dziedziczne” – takie nastroje, biorące się znikąd. Dowiedziałam się od mamy, która jeszcze kilka dni temu, w kłótni takiej, jakiej nie miałyśmy od wielu lat, wyznała, że „ona też się załamuje, ale nie może pokazać słabości”. Uświadomiłam sobie, że co do zasady przeżywamy to samo, ale ja przynajmniej już wiem, że słabość jest ok, każdy ma do niej prawo bo jest ludzka i normalna i że trzeba raczej wyrzucić z siebie emocje, niż je tlić, bo to może ewentualnie prowadzić do napadów. Punkt dla mnie, odrobiłam lekcje z terapii. Gorzej jednak jest z tym, że te słabości pojawiają się z dupy a ja nie umiem zapanować nad myślami. Ten kolejny, piekielnie długi wywód, powinien doprowadzić mnie do jednego wniosku: idź i kontynuuj terapię, laska. I chyba powinnam tak zrobić. Jest jeszcze jeden szkopuł, o którym chyba napiszę już w miarę skrótowo, bo za dużo tych strumieni świadomości jak na jeden raz.

Chodzi mi bowiem, a jakże, o jedzenie, cielesność i chudość. Ale też o to, że mam już tak serdecznie dosyć myślenia o nich, o tym, że one, małe skurwysyny, pojawiają się zewsząd i nie mam już siły o nich myśleć i tak bardzo, bardzo, BARDZO pragnę myślenia o ZDROWIU a nie o ciele, że chyba nie mam wyboru, i NAPRAWDĘ muszę zacząć myśleć tak, jak opisywałam to swego czasu na przykładzie zachodnich i północnych sąsiadów Polski. TO ZNOWU NIE JEST ŻADNA NOWOŚĆ. Ale wykminiłam następujące, nowe, rzeczy:

  • gdy zaczynałam terapię, psycholog powiedział, że będę chudnąć, a nie tyć w procesie zdrowienia I MNIE TO USZCZĘŚLIWIŁO, BO OZNACZAŁO, ŻE MOGĘ MIEĆ CIASTKO I ZJEŚĆ CIASTKO – WYJŚĆ Z BULIMII I DOSTAĆ UPRAGNIONE, CHUDSZE CIAŁO. BŁĄĄĄĄĄĄĄĄĄĄĄĄĄĄĄĄĄĄĄĄD w myśleniu, który skrzętnie ukrywałam przed sobą chyba do tej pory – miałam przebłyski „normalności”, ale i tak z tyłu głowy non stop czaiła się potrzeba bycia bardziej „fit” niż „healthy” i nie raz chwaliłam się tym, że schudłam albo że ktoś to dostrzegł – kolejny błąd! Gdyby ciało się nie liczyło, to bym o tym nie pisała, prawda? Co ciekawe, jednym z najpopularniejszych wpisów do tej pory pozostaje ten, który przyciąga zdjęciem „sprzed i po”… smutne to, że tak już mamy :( i smutne, że w ogóle takie zdjęcie tu kiedykolwiek zamieściłam
  • nadal nie mam zielonego, ani bladego pojęcia, jak się pozbyć manii jedzenia – jak sobie pobłażam, to często nadal za bardzo „bo normalni ludzie mogą sobie czasami pozwolić na wiecej”, a jak próbuję zrzucić dodatkowo uzbierane (tak, znowu hahahahaha) kilogramy, to niemiłosiernie wkurzam się, że nie chcę narzucać na siebie znowu ograniczeń, bo jak to zrobię, to znowu będzie napad i już rzygam (zły dobór słów) całym tym „fit” i „odchudzaniem” – chcę świętego spokoju (który w chiwlach kryzysowych nadal odnajduję zresztą w żarciu hahahaha)… trwa zamknięte kółko …. nawet pomyślałam sobie, że bałabym się teraz udać do psychologa, bo ten znowu chciałby mnie ważyć, a wiem, ze to by mnie mimo wszelkich zdrowych zmian w głowie – wkurzyło i miało odwrotny skutek… z tego, co pamiętam, ważenie było elementem terapii, na który wyrażałam dobrowolną zgodę, więc może jednak powinnam się udać do psychologa, spróbować wyjść z tej pieprzonej obsesji dwubiegunowej, a jednocześnie nie ważyć się przy każdej wizycie, bo, autentycznie, mam dosyć gadania o chudości, wadze, cielesności

TAK TE WSZYSTKIE MYŚLI O TYM, ŻE MAM DOŚĆ, TEŻ JUŻ BYŁY,

ALE JEST ZDAJE SIĘ PEWNA NOWOŚĆ.

Oświecenie przyszło chyba po tym, jak usłyszałam w bardzo absurdalnych okolicznościach bardzo prosty przekaz:  ”pamiętajmy, że urodziliśmy się bez części zamiennych :-)

  • albo mi się tak tylko teraz wydaje, albo nigdy, naprawdę nigdy tak jak teraz, nie byłam tak zmęczona i zrezygnowana wmawianiem sobie, że „walczę o zdrowie i nieważny jest rozmiar” – jestem zmęczona tym ciagłym dodawaniem, że „nieważny jest rozmiar” i niewierzeniem w to. Chciałabym chcieć naprawdę być zdrowa, a nie udawać, że chcę być zdrowa, a jednocześnie nie chcę emanować cielesnością, gdy akurat jest fajna a potem tylko udawać i świecić oczami, że mi się podoba, gdy tak naprawdę jest niefajna. CHCĘ BYĆ ZDROWA. CHCĘ NIE CHCIEĆ BYĆ NA „ZDROWEJ DIECIE”. CHCĘ NIE CHCIEĆ „ĆWICZYĆ DLA BRAKU CELLULITU i zrzucenia kg”. CHCĘ CHCIEĆ ĆWICZYĆ DLA ŻYCIA I WITLANOŚCI. DLA MNIE JAKO WĘDROWCA, GÓROCHODZIARZA, SPACEROWICZA, BYĆ MOŻE PRZYSZŁEJ MATKI I ŻONY, JAKO OSOBY CIEKAWEJ ŚWIATA, KTÓRA CHCE CIESZYĆ SIĘ ZDROWIEM JAK NAJDŁUŻEJ, BO ŻYCIE JEST PIĘKNE I ONA CHCE TO DOCENIAĆ. CHCĘ NIE CHCIEĆ CHUDNĄĆ. CHCĘ CHCIEĆ ŻYĆ. PO PROSTU. CHCĘ POMAŁU WPROWADZAĆ ZDROWE NAWYKI BEZ NAJMNIEJSZEGO CIŚNIENIA, ŻE PRZY OKAZJI SIĘ SCHUDNIE – bo chociaż dotychczas też mówiłam, że tak ma być, to zawsze w końcu pojawiał się u mnie pieprzony motyw uwielbienia ciała. Chcę się tego pozbyć, bo to mnie niszczy, bo nadal mam problem z jedzeniem i bo nie ogarniam swojego życia, gdy tak właśnie myślę. A ponieważ idzie mi częściowo super, to chcę przenieść te same wzorce zachowania ze ścieżki karierowo-naukowej na tę ważniejszą – życiowo-zdrowotną. CHCĘ HOLISTYCZNIE patrzeć na świat i życie i umieć to utrzymać przez dłużej niż chwilę. CHCĘ BYĆ KONSEKWENTNA W DRODZE PO ZDROWIE TAK SAMO (to mój największy problem, oczywiście, ale przecież ostatnio mi się udaje to chociaż w jednym obszarze) CHCĘ NADAL MIEĆ OCZY OTWARTE I OKAZYWAĆ WDZIĘCZNOŚĆ. Chcę tak żyć, że będzie zdrowo, ale bez żadnych udawań. I wiem, że zamiast gadać, trzeba działać, ale najpierw to wszystko musiało zostać wykrzyczane pogrubieniem. BUM!!!

Man

Chyba chcę tej mojej harmonii, jak zawsze. Ale może jestem gotowa na to poświęcić więcej energii? Może już umiem coraz więcej –  na tyle dużo, by miało mi się udać… udać zbliżyć do tej mojej harmonii? Bo przecież jej osiągnięcie to chyba cel życiowy, a nie długodystansowo-kilkuletni… Ale może taka świadomość, tak mocna i desperacka, mnie do tego zbliży? Może.

To jakaś taka publiczna przysięga. Nie wiem, co niby ma z tego dla Was wynikać, ale dla mnie to wylanie nowych-starych myśli, które albo coś zmienią, albo nie. Już dużo razy wypracowałam sobie wiele rzeczy ciężką pracą. Zdrowienie to proces. I chociaż z bulimią bujam się ponad 2,5 roku, to przecież ciągle ewoluują moje myśli. Pomaleńku zbierają się te wszystkie moje myśli w jeden strumień (świadomości). Dla Was może to być wszystko pozbawione sensu, ale ja właśnie odkrywam, że w tych moich karuzelach nie ma nic złego, a nawet więcej – one mnie wiele uczą. I to jest ten proces. Zdrowienia, dojrzewania, rozumienia siebie i świata. Nie wiem, co z moimi depresyjnymi myślami. Pójdę z nimi do psychologa. Moja matka buja się z nimi od zawsze, ale może ja wcale nie muszę. A co do tego ostatniego, krzykliwego apelu do samej siebie – mam dla siebie i dla Was dwa fajne narzędzia, które ostatnio wykorzystuję w praktyce:

1. uwaga, to nie żarty – odkryłam przypadkiem superową aplikację na telefon, która pomaga wypracowywać zdrowe nawyki i przejść przez zmiany w życiu. Nayzwa się Faboulous: Motivate Me! Kliklnijcie w nazwę i poczytajcie o niej w osobnej recenzji na portalu antyapps.pl.

pobrane

2. filmik mojej ulubinej ostatnio youtuberki, czyli hahaharas, w którym zawiera ona zmieniające życie ćwiczenie (nadal go nie zrobiłam w całości, ale po tym wpisie to już muszę :D):

Gratuluję komukolwiek, kto dobrnął aż tutaj i dziękuję za to. Uff, mnie już lepiej. Trochę. Wykorzystajcie dobrze źródła, które powyźej przekazuję :)

Ciao bellos!

Walczę i wygram

26. września 2016 r.

(źródła obrazków:

Print Friendly

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>