Więcej dowodów na to, że bulimia nas wyniszcza? Proszę bardzo.

Dziś kolejny wpis z serii „świadectwo”. Rzecz jasna chodzi o świadectwo tego, że nie warto bulimią truć sobie zdrowia a tym samym – życia.

Pozwólcie, że przeprowadzimy pewną wizualizację. Na własnym przykładzie (jak zwykle) zarysuję pewien schemat. Otóż, jeżeli siedzimy w bulimii albo kiedykolwiek mieliśmy z nią dłużej do czynienia, to istnieje bardzo duże prawdopodobieństwo, że: a) nie mamy innych problemów zdrowotnych b) mamy „w ogóle tak wiele problemów” (innych niż zdrowotne) i „tak bardzo nie radzimy sobie” (ogólnie z życiem), że brniemy w bulimiczne napady i niszczymy się konsekwentnie zaburzeniem odżywiania… bo „wszystko nam jedno”.

Oczywiście punkt a) w każdym przypadku będzie wyssanym z palca kłamstwem. Możemy sobie wmawiać, że nasze zaburzenie odżywiania to nasz jedyny problem ze zdrowiem… a będzie to znaczyło tyle, że nie zdajemy sobie sprawy z tego, że bulimia m.in. zjada nam zęby, niszczy przewód pokarmowy, zaburza system elektorlitów i nawet pracę serca… Ta nasza bulimia może być nawet uśpiona i pojawiać się tylko w kryzysowych sytuacjach – wielki stres, jakieś przełomowe chwile w życiu, strach, obawa… a nawet euforia i szczęście. Każdy wybuch wulkanu naszych emocji (albo cudzych emocji wylanych na nas) może się równać z erupcją bulimii. Chociażby nie było jej z nami na codzień. Tak zresztą przedstawia się mój obecny stan, jeśli chcecie wiedzieć – na codzień jest ok (w zasadzie to nawet lepiej niż ok, jest mi po prostu ze sobą dobrze, nie rozkminiam mojego wyglądu, jestem innym człowiekiem niż na początku prowadzenia bloga, czy terapii), ale wystarczy jakieś załamanie albo kryzys, a bulimia wraca.

Wracając do wątku: „nie mamy innych problemów ze zdrowiem”, bulimia nawet sobie śpi. Za to mamy inne problemy, które nas stresują albo wręcz wywołują ataki paniki. I budzą bulimię. Wyuczony mechanizm naszego organizmu kieruje nas do lodówki i pozwala odszukać ukojenie w jedzeniu. Albo mu na to pozwolimy, albo nie. Jak to już wiemy wszyscy, możemy sprzeciwić się temu mechanizmowi na każdym etapie. My możemy to zrobić. Nikt inny. Po pierwszym nadprogramowym batonie, po objedzeniu się dziesięcioma batonami, a nawet wisząc już głową nad kiblem. Ja w takich chwilach powtarzam sobie, że wybór jest zawsze mój, a walka pozornie nie toczy się o dodatkowe kilogramy (przed którymi rzyganie przecież mnie i tak nie uchroni), ale o moje życie

Dlaczego znowu wracam do tych słów? Przecież już było tyle memłania tematu powikłań związanych z objadaniem się i tyle przestróg… Ano dlatego, że wczoraj wylądowałam w szpitalu pod kroplówką. Teoretycznie nie było to spowodowane bezpośrednio bulimią. Ale bez bulimii w życiu bym się tam nie znalazła.

14218523_10209207035565607_392019890_n

Co się stało? Cóż, dzień wcześniej, a nawet od dwóch dni wcześniej bulimia siedziała mi na ramieniu. Doba przed tą, gdy trafiłam do szpitala, przebiegła pod znakiem ciągu niekontrolowanego jedzenia i niestety wymiotów. Po ostatnich wydarzeniach byłam na serio przestraszona, trochę spanikowana. Nie wytrzymałam presji tych emocji. W jedzeniu szukałam już chyba nie tylko ulgi, ale pocieszenia, ukojenia. Nie pamiętam takiej sytuacji, jeśli mam być szczera.

Jeżeli do moich szczątkowych wyjaśnień, że chodzi nie tylko o sprawy osobiste, dodam, że na najgorszej randce świata w ten czwartek miałam bliskie spotkanie z autentyczną, naładowaną bronią i znajdowałam się w autentycznie niebezpiecznym miejscu… to chyba powinno być wystarczającym dowodem, że (tym razem) dramatów nie wymyślałam sobie znikąd i to miało prawo mną porządnie tąpnąć. A że jestem wrażliwym człowiekiem, to nie trudno o erupcje moich wulkanów emocjonalnych w tak dziwacznych sytuacjach. No to wybuchłam. Bulimicznie odreagowałam jedzeniem. Wiedziałam, że na piątek mam zaplanowaną imprezę z dawno nie widzianymi znajomymi i że powinnam się na niej pojawić (nie wiem, jak się zmusiłam do wyjścia, bo samopoczucie po napadach zmusza do zakamuflowania się pod kołdrą i znienawidzenia siebie na nowo… no ale przypomniałam sobie o moich wypracowanych zasadach i jakoś znalazłam w sobie siłę, by wyczłapać z domu). Wiedziałam również, że z powodu rzygania przez cały dzień nie powinnam tknąć alkoholu, bo mój organizm sobie z nim nie poradzi. Ale tknęłam. Niecałe piwo. Niecałe, kurna, piwo. Następnego dnia obudziłam się z nudnościami, ale to nie nowość po całym dniu rzygania dzień wcześniej. Nowością było natomiast to, że od najmniejszego łyka wody rzygałam jak kot. Nie byłam w stanie wziąć przeciwbólowej tabletki, nie byłam w stanie napić się łyka wody (tzn. byłam, ale zwracałam to chwilę potem). O godzinie 20, po przespaniu całego dnia, przerywanego pobudkami na próby napicia się wody i kolejne torsje, pojechałam do szpitala. Zostałam nawodniona, dostałam środki przeciwwymiotne i przeciwbólowe. Podobno musiałam się czymś zatruć, bo taka ilość alkoholu, którą wypiłam, nie mogła zdziałać takiego spustoszenia. Nie mogła? Ja tam wiem swoje…

Od jakiegoś czasu, a konkretnie to od czasu bulimicznego, przestałam dobrze znosić alkohol. Zaczęłam go wręcz nie znosić. Najpierw odstawiłam więc wszystkie mocniejsze alkohole, zwłaszcza wódkę. Potem przestałam mieszać „procenty” – po piwie nie było mowy o drinkach, czy winie.  Czasami reguły łamałam i nic mi nie było. Ale, co do zasady, złamanie moich wypracowanych zasad kończyło się kacem do godziny 19 następnego dnia. Nie mogłam nic pić, o jedzeniu nie wspominając, rzygałam jak kot i słowo „zgonować” nabierało sensu. Działo się tak nie tylko, gdy przeholowałam na serio z piciem. Tak było nawet po jednym kieliszku wódki w ciagu całego wieczoru. Czy teraz stało się to samo po niecałym piwie? Według lekarza było to niemożliwe (ja głupia, nic mu o bulimii nie powiedziałam… ale to może dlatego, że byłam ledwie ciepła – blada jak trup, słaba i ledwie coś kojarzyłam). No cóż… ja już dobrze wiem, że mój żołądek bardzo ucierpiał przez napady bulimiczne, kończone wymiotowaniem – i te ostatnie dzień przed wizytą w szpitalu, i te w ciągu ostatnich… dwóch lat. Tak, to już dwa lata. Przecież do tej pory zdarza mi się refluks (okropne słowo), miewam zgagę i odruch wymiotny, gdy zjem chociaż trochę za wiele – i to wszystko ma miejsce także wtedy, kiedy bulimia akurat nie wchodzi mi z butami w codzienność i siedzi sobie uśpiona gdzieś tam w mojej podświadomości. Cóż, wychodzi na to, że w pewnym stopniu zniszczyłam sobie na długo zdrowie.

I bardzo tego żałuję. 

Poza tym, jesli mam być szczera, to znowu coraz większe mam wątpliwości, że z bulimii da się wyjść kiedykolwiek. Wręcz jestem już przekonana o tym, że że uśpiona bulimia zawsze będzie uśpioną bulimią. Pogodziłam się z tym. Nie rozpaczam, tylko próbuję żyć tak i podejmować takie decyzje, aby nie dać jej szansy na powrót. Co do zasady, jestem teraz tak szczęśliwa, jak nigdy dotąd. Czerpię z życia garściami, staram się być odważniejsza i bardziej otwarta na świat niż kiedykolwiek. Wiem też, że tylko od moich reakcji na erupcje emocjonalnych wulkanów i od tego, jak ułożę sobie w głowie myśli i jak poukładam sobie życie, zależeć będzie, czy pozwolę bulimii się obudzić. Jestem już prawie pewna, że niestety zawsze będę miała bulimię na plecach i z tyłu głowy, chociażby baaaardzo głęboko skitraną. Już wiem, że chociaż nie będę walczyć z bulimią na codzień, to będę zmuszona walczyć od wielkiego dzwonu, kiedy znowu nastanie jakaś emocjonalna erupcja. Tak, chcę Wam przez to powiedzieć, że znowu godzę się na to, że bulimia nigdy ode mnie nie odejdzie… Ale już nie lamentuję z tego powodu, bo na to szkoda czasu. Robię wszystko, by się nie obudziła. Akurat ostatnio doszło u mnie do kilku wielkich wybuchów emocji w przeciągu zaledwie kilkunastu dni. Nie poradziłam sobie w całej mojej wrażliwości i natłoku negatywnych zdarzeń…

Kończąc ten wielki dyskurs i wracając do głównego wątku: mamy bulimię i dużo problemów, od których uciekamy. Uciekamy, bo nie umiemy sobie z nimi poradzić, bo jest nam tak łatwiej, bo (co jest moim ostatnim odkryciem) boimy się ponosić odpowiedzialność za nasze decyzje. Generalnie jest nam źle, ale wygodnie, więc uciekamy sobie w jedzenie. Dopóki nie przyjdą więc prawdziwe kłopoty ze zdrowiem (jak na przykład moja wczorajsza wizyta w szpitalu), to udajemy, że zdajemy sobie sprawę z tego, co wyczyniamy i że jako tako mamy nad sobą kontrolę.

Ostatnio ciągle mówi się „if you never try, you will never know”. Sama lubię to zdanie powtarzać. Ale jeszcze starsza złota myśl mówi „nie bądź niedowiarkiem a wierzącym” – tak, to z Biblii i o św. Tomaszu, który musiał Jezusowi włożyć ręce w boki, żeby uwierzyć, że ma doczynienia z Chrystusem. Z tym samym Chrystusem, z którym mieli do czynienia wcześniej Apostołowie, ale którym świadectwu nie dał wiary Tomasz. Idąc za biblijnym cytatem – a Ty ile razy słyszałaś, że zdrówko jest najważniejsze? Że jak nie ma zdrówka, to nie ma nic? Czy nie wydaje Ci się, że uciekanie w zaburzenie odżywiania i oczekiwanie na wpis taki jak ten, na kolejną pobudkę, jest niszczeniem sobie życia na własne życzenie? Czy musisz doprowadzić siebie i swój organizm do wyczerpania, żeby zrozumieć, że bulimia jest zła i trzeba z nią podjąć walkę? 

Myśl o tym, że ona zawsze pozostanie przy naszym boku może paraliżować. Ale to wielki skrót myślowy – żeby „wygrać” z bulimią każdą batalię, trzeba odnaleźć w sobie pokłady siły. Tej samej siły, która pozwoli nam odnaleźć samych siebie wśród całego naszego pogubienia i zamętu myśli, uczuć… Tej samej siły, która pozwoli nam zrozumieć wreszcie siebie i nasze potrzeby…. a potem pomoże poszukać w życiu tego, co nas uszczęśliwia, da motywację, by robić tego jak najwięcej i by nie pozwolić bulimii na kolejne powroty. Nie pozwolić na wybuchy emocjonalnych i bulimicznych wulkanów.

Tym erupcjom można zapobiec też przez ćwiczenie własnej asertywności, przez wzięcie odpowiedzialności za swoje czyny, przez podejmowanie dobrych dla nas wyborów a nawet praktykowanie litanii wdzięczności. Sposobów jest tyle, co bulimików. Każdy powinien znaleźć swój sposób i swoją siłę. Zawsze warto jednak uświadamiać sobie, jak jesteśmy bogaci – bo mamy dwie nogi i dwie ręce, dach nad głową i zdrowie… To zdrowie, które marnujemy na własne życzenie. A przecież bez zdrowia nie ma nic. Człowiek jest bezsilny i marny. I się boi. Zamiast się niszczyć, bądźmy wdzięczni za to, co mamy.

Czy musisz doświadczyć braku zdrowia na własnej skórze, żeby zrozumieć, jak cenne jest jego posiadanie? Być może Pan Bóg/Matka Natura/Los celowo zsyła nam co jakiś czas małą pobudkę albo znak – abyśmy umieli docenić to, co mamy. Przecież podobnie było u mnie już rok temu, gdy uległam wypadkowi na początku maja. Była to dla mnie wielka pobudka, docenienie daru życia i impuls do wyjścia z bulimii. Czy ta wpadka ze szpitalem to był kolejny budzik? Czyżbym się zapomniała, pomimo wszelkich deklaracji o tym, jaka jestem aktualnie szczęśliwa i wdzięczna za dar życia? Przecież ogólnie pozytywny nastrój po moich tripach się nie ulotnił. Ciągle mam te moje szufladki otwarte na oścież i nawet nie muszę po nie daleko sięgać…

Pewnych rzeczy już nie odwrócę. Z pewnymi przyszło mi się pogodzić. Chcę tylko, żeby z tego tekstu wypłynęło jedno – nie warto czekać na znak z góry, który pokaże nam, że bardzo skutecznie marnujemy sobie życie zaburzeniem odżywiania. Mój przykład na pewno nie jest jakiś porażający, ale chciałabym, żeby trafił w odpowiednim momencie do tych, którzy szukają pomocy na początku swojej walki. Nie próbujcie doprowadzić się do tego miejsca. Nie warto.

04. września 2016 r.

Walczę i wygram

(źródło obrazka: zdjęcie jest niestety moje i przedstawia moją rękę)

Print Friendly

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>