Zmiany mogą się dziać, jeśli tylko damy im szansę

Mamy południe. Kilka godzin temu wstało słońce i za kilka godzin położy się spać. Może właśnie rodzi się gdzieś nowy Albert Einstein. Na pewno w trakcie pisania tych słów Ziemia jest bogatsza o kilka żyć. I uboższa też. Bo, ciągnąc ten lekko kiczowaty wywód, na Ziemi zachodzą ciągłe zmiany. Non stop. I tak samo dzieje się w życiu każdego człowieka. Tak samo MOŻE się dziać. Czasami dzieje się wielkie NIC. I to też jest ok (pozdrawiam Cię, Elcia) i to jest czasami zdrowe i najwłaściwsze w danym momencie. Ja właśnie takie wielkie nic robiłam kilka dni po powrocie z kolejnej dużej podróży… i było mi z tym niebiańsko dobrze. Sęk tkwi w tym, że zmiany MOGĄ się dziać, jeśli damy im taką szansę. I, mniej więcej, o tym chcę Wam napisać.

Opisuję Wam tu niezmiennie moje karuzele i, jeśli od dłuższego czasu jesteście ze mną, to dobrze wiecie, że po dołku przychodzi znowu góra. No i oto sobie jestem, poza dołkiem. Czy jestem na szczycie? Cóż, jeszcze kilka tygodni, a może nawet i kilka dni temu – byłam, nawet dosłownie. Wzięłam na plecy plecak i ruszyłam spełniać marzenia. Po prostu. Marzenia o zobaczeniu kilku (wielu) miejsc. Wykorzystałam nadarzającą się okazję długich wakacji, i braku pracy. Nie potrzebowałam wielu pieniędzy, bo podróżowałam niskobudżetowo. Po prostu, ruszyłam przed siebie. Teraz czuję, że jestem sobie od około miesiąca na wielkiej płaskiej polanie. Nie sięgam nawet wzrokiem ku szczytom, bo, tak jak jest, jest ok. Mam czasami chore myśli, ale mam też siłę, żeby zdecydować, że nie chcę przeradzać ich w chore działanie.

41

To, jak bardzo znowu wróciłam odmieniona, wskazuje na to, że podróże tego typu muszę odbywać jak tylko nadarzy się ku temu okazja. Niekoniecznie tak długie, jak wyszło to teraz, ale zdecydowanie jestem gotowa na spanie pod namiotem, spędzanie aktywnie czasu na zwiedzaniu i poznawanie mnóstwa nowych miejsc i ludzi. Przepraszam, że nie opiszę szczegółowo moich podróży, ale musicie mi uwierzyć na słowo, że w życiu nie przeżyłam czegoś tak cudownego i nie widziałam tylu pięknych miejsc (nie, nie uciekłam na koniec świata, byłam całkiem blisko – po prostu umiem zachwycać się widokami i doznaniami z chyba zdwojoną siłą, taka już moja natura wrażliwca – ta sama, która pcha mnie to w jedną, to w drugą stronę na mojej nastrojowej huśtawce). Nie opiszę Wam moich wojaży, bo, jak zwykle, zachowuję anonimowość. Chcę Wam natomiast przekazać tutaj to, czego moi znajomi by na pewno nie usłyszeli, a co stanowi dla mnie największą wartość odbytych podróży.

Po wszystkim, co mnie spotkało, odczuwam w sercu spokój, radość i spełnienie. Czuję się mądrzejsza, szczęśliwsza. Jestem bardziej otwarta na ludzi i świat. Jestem tą samą osobą, ale z poszerzonymi na maksa horyzontami. Zmieniła mi się perspektywa (zwłaszcza w kontekście opisanego ostatnio nawrotu). Gdy patrzyłam na cuda natury w tylu pięknych miejscach, czułam się wielokrotnie jak gość na podwieczorku u Pana Boga/Matki Ziemi. Jak mały gniotek, który w życiu nie miałby szans w starciu z siłami natury. Jak coś maluczkiego, będącego częścią wielkiej machiny. I czułam, że tyle mam jeszcze do zobaczenia, tyle mam jeszcze do zwiedzenia i tyle do przeżycia… Że życie jest piękne. Naprawdę!

To taka wyjazdowa euforia. Jeśli zostałabym teraz wrzucona w tryb pracy 8-16, pewnie by mi się odmieniło. Ale… czy na pewno? Sęk w tym, że po wielu niesamowitych spotkaniach i dziwacznych „zrządzeniach losu”, ja w „przypadki” i „zrządzenia losu” już totalnie nie wierzę. Uważam, że to nieprawda, że „życie leży w naszych rękach i to od nas i tylko i wyłącznie od nas zależy, co nam się przytrafi”. Nie cofam tego, że wyjście z choroby zaburzeń odżywiania zależy wyłącznie od nas – zależy w tym sensie, że tylko my możemy podjąć decyzję o rozpoczęciu walki z chorobą i tylko my możemy pchać silną wolą samych siebie przez kolejne, pogmatwane etapy wyjścia z bulimii. Ale, jednocześnie, nauczyłam się jednej rzeczy – tylko i wyłącznie od nas zależy tylko to, czy będziemy chcieli wykorzystać dane nam szanse - czy podejmiemy daną decyzję, za którą pojawią się na naszej drodze nowe możliwości. To, jakie to będą możliwości, już nie zależy od nas. Mamy wielkie szczęście, że mamy wolność wyboru. Mamy wielkie szczęście, że często to my sami „rzucamy się na głęboką wodę”. Że to my musimy się ku temu pchnąć. A co będzie dalej? Czy będziemy czerpać garściami z tego, co nas spotka? Cóż, wierzę, że Pan Bóg ma na nas plan. Sam się ten plan natomiast nie zrobi – wymaga pracy, otwartego umysłu, chęci i pozytywnego myślenia. Często wymaga też pokory, przyjmowania z godnością tego, że czasami pod nogami mamy kłody. Wymaga siły i samozaparcia. Ale, ostatecznie, warto.

aHR0cCUzQSUyRiUyRjQxLm1lZGlhLnR1bWJsci5jb20lMkY5YjdmZjU5ZjkxNDJiYmIyZmI5ZWJiMmQyMTY1YTIzNCUyRnR1bWJscl9uZG9xZjJTMGYwMXJiNzdpZG8xXzUwMC5qcGc

Nie ma co zwalać na Boga wszelkich win, jeśli w życiu nam nie wychodzi. Życie to życie. Ciągłe zmiany, huśtawki, karuzele. Bywa różnie. Ale, czego ja jestem przykładem, z dołków da się wychodzić. Jeżeli pozwolimy sobie pomóc – czy to przyjaciołom, czy psychologowi, czy… Panu Bogu/losowi/Matce Naturze. Dajmy sobie pomóc. Jednocześnie, miejmy świadomość tego, że tak samo w codziennym życiu, tak samo w pracy, w walce z chorobą i w podróży – to od nas zależy, czy damy szansę dziać się dobru. Czy włożymy w to wystarczająco dużo wysiłku. Bo na taki spokój, szczęście i cichą radość też trzeba sobie zapracować – pozytywnym podejściem do życia, wiarą (w swoje własne siły, w Boga/los/matkę naturę), pokorą i wdzięcznością za to, co nas spotyka. Nagrodą za tę wytrwałość będzie zmiana perspektywy i zmierzenie się z pięknem tego świata. Bo, zamiast zamykać się w chorych myślach, będziemy w stanie rzucić bulimię w kąt i stanąć oko w oko z tym, co do tej pory w ogóle było poza naszym zasięgiem postrzegania – czy to będzie jakiś piękny cel podróży, czy to będzie nowe miejsce pracy, czy może jakaś nowa umiejętność.

Lifehack_Quotes_3c

I choćby to, co tu teraz nawypisywałam, miało by być (jak to u mnie zresztą bywa) przejściowym stanem umysłu, to wierzę, że utorowałam sobie w głowie pewne nowe ścieżki i otworzyłam nowe szufladki, które nie zostaną już zamknięte na pewno. Bo to są właśnie te zmiany, które zachodzą non stop. Ważne, byśmy pozwolili im się dziać. Czasami wystarczy podjęcie decyzji – zarzucenie placaka na plecy i ruszenie w drogę. A czasami wystarczy powiedzieć sobie STOP, DAM RADĘ, kiedy stoimy w połowie napadu przy otwartej lodówce. Dzięki temu, że pierwszą moją podróżą udowodniłam sobie, że świat jest piękny i warty zwiedzenia a ludzie dobrzy i że takie podróżowanie sprawia mi radość, odnalazłam w sobie siły, by ruszyć znowu w drogę, pomimo nawrotu. Pomimo nawrotu, naprawdę nie zamknęły mi się tamte szufladki, które otworzyły się w maju… chociaż nie mogłam ich przez chwilę w ogóle znaleźć, to one tam były cały czas.

Życzę Wam, żebyście znaleźli coś, co sprawi, że odnajdziecie głębszy sens życia, który raz na zawsze zmieni Waszą perspektywę z tej jedzeniowo-cielesnej na coś, co pozwoli Wam cieszyć się Darem, jaki mamy (tak, tak, życiem). I, chociażby przychodziły znowu nawroty, to żeby to coś było Waszym lekarstwem na zaburzenia odżywiania i inne problemy – Waszą ucieczką, która otwiera szanse na nowe, ładuje energią i sprowadza na dobrą drogę.

17. sierpnia 2016 r.

Walczę i wygram

(źródła obrazków: http://www.lifehack.org/378550/100-motivational-quotes-dream-goal-and-future)

Print Friendly

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>