Nie przepraszam

 13.07.2016

„Nie piszę już bloga. I co teraz? Przyjaciółkom nie mówię, że jest źle, bo dopiero co było najlepiej na świecie. One chyba zresztą też są zmęczone moimi karuzelami. Mama? Nie, jej też nie będę martwić. Ma swoje problemy. Oglądam filmiki na youtube. Jest gorzej, znowu wmawiam sobie, że zeszłam na dno. A to przecież jeden z wielu takich momentów. O, odpowiem na zaległego maila do psychologa. Wylałam z siebie w mailu istną rzekę goryczy, skąd ona się bierze? Skąd moja tendencja do rozgrzebywania wszystkiego, co we mnie siedzi i memłania na wszystkie strony? Skąd potrzeba rozdrapywania ran na własne życzenie? Skąd te rany się w ogóle biorą, skoro dopiero co latałam cała w skowronkach i z głową gdzieś między chmurami? Zaraz wyjazd życia. Kolejny. Znowu będę szczęśliwa do porzygania. Koszmarny dobór słów. Po cholerę próbuję robić operacje na otwartym organizmie?! I to na swoim. Na żywca. Puf! Istne sado-maso.

Oczywiście, gdyby kiedyś to, co tu teraz piszę, wpadło w niepowołane ręce, to informuję, że nie kroję się. Kroję mentalnie swój umysł, tyle. I wcale nie wiem, co jest gorsze. Ok, dobrze wiem, co jest gorsze. Aż tak źle jeszcze ze mną nie jest.

Pufff… piszę i autentycznie spuszcza się ze mnie para, powietrze. Jakby ktoś usiadł na dmuchanym materacu i spompował cały syf ze środka. Skąd te porównania? Pewnie dlatego, że znowu zaczęłam pisać wiersze. Nie tylko negatywne, ale też i całkiem pozytywne. Moje własne wiersze… Bo przecież życie jest piękne! Bez dwóch zdań. Tylko teraz próbuję sobie ZNOWU dowieść, że jest inaczej. Po co? Nie wiem.

Chyba pisanie daje mi szczęście. Chociażbym miała już pisać do pustej ściany, do pustego pliku. Oprócz tego, że wiem, że kocham pisać, to zaczęłam się zastanawiać, czy dobrze wybrałam studia i czy się do tego nadaję. Ale zaraz potem pojawia się przed oczami karteczka zrobiona przez psychologa „Nie nadaję się do tego” – a na odwrocie odpowiedź: „Ależ oczywiście, że się nadaję”. Nie pamiętam, co było dalej. Że tyle przeszłam i osiągnęłam, żeby tu być, że nie ma opcji, ze to nie dla mnie i się nie nadaję. Mogłabym wstać od monitora, ale zastygłam w pisaniu, palce latają po klawiaturze. W tle leci cudna muzyka. Boże, od razu mi lepiej, naprawdę. A niech i przeczyta to tylko twardy dysk. Sęk w tym, że pisanie tak bardzo pomaga mi ułożyć wszystko w głowie. Samo używanie pełnych zdań, przecinków. To pewnie perfekcjonizm haha przecież pamiętnik jest od bazgrania i rozmazywania tuszu łzami. Smutku i radości. No ale komputer. Jakoś tak mi pomaga. Myślałam, że jest odwrotnie – że pisanie mi przeszkadza i wprowadza manię. Obsesję jedzenia na nowo. Bo się wkręcam, czytam te wszystkie komentarze, maile. Własne posty. Ale to nieprawda. To nie pisanie mnie gubi. Pisanie odciąga uwagę od tego, co jeszcze ważniejsze, to fakt. Skupiłam się, jakże perfekcjonistycznie, na tym, żeby wpisy, które wyświetlono ponad osiemnaście tysięcy razy, były lepsze. Żeby nie było, że upadam i podnoszę się… w koło Macieju. No ale upadam, co poradzić. Ale potem znowu przyszły te maile. Podziękowania. Że zmiana, że pomoc, że anioł. Że ja? Pufff, gdyby one tylko wiedziały. Ale wracam teraz do własnych postów i wiem, że kiedy pisałam, pisałam szczerze. Że wylałam w tego bloga tyle emocji – i dobrych, i złych, ile tylko potrafiłam. Że bardziej szczerze się nie dało. Brakuje mi tego bloga. I chyba feedbacku do moich emocji też. Bo nie wiem, komu mam o nich mówić w ten sposób. Nie umiem zresztą mówić tak dobrze, jak piszę o emocjach. Jak piszę, to się porządkuje. Wszystko. Jakoś.

Teraz siedzę i patrzę w tył. Na ostatnie miesiące. Jakże były komiczne. Ile rzeczy było bez sensu. A ile czasu zajęło mi udawanie, że nie ma bulimii, która jest? Bo jest. To prawda, nie muszę z nią walczyć, gdy jej nie ma. Walczę wtedy, kiedy suka wraca. Sęk w tym, że kilka razy naprawdę sama pozwoliłam jej wrócić. Z wygodnictwa. Z czystego przyzwyczajenia wpuściłam do życia to, co moje życie skraca. O. Takich słów mi właśnie było trzeba. Tak, pieprzona bulimio, skracasz moje życie. O. Kap, kap. Łzy! No siemano, katharsis.

No. Podkreśliłam italikiem „katharsis”. Zboczenie blogowe. Tęsknię do bycia anonimową blogerką. To śmieszne, ale bardzo łatwo pisać słowa bez strachu, że ktoś cię rozpozna z drugiej strony. Tak jest łatwiej i wygodniej. Zabawne.

Dobra. Konkrety. Skup się na tym, po co zaczęłaś to pisać. Zaczęłaś pisać po to, żeby sobie udowodnić, że się znowu pogubiłaś. Jakie było założenie na początek semestru? Że zdasz wszystko jak najlepiej. Ohohoho. Kogo my tu mamy? Pan Perfekcjonizm? Uszanowanko. Otworzyłam ci sama drzwi na oścież, panie skurczybyku. Ale nie ciesz się, znalazłam cię i zaraz znowu wykopię. Chciałam zdać wszystko jak najlepiej. Chciałam mieć wspaniały czas. Pogubiłam się z dietą, pogubiłam po ultra intensywnym semestrze zimowym. Tyle egzaminów, kto to myślał… posypałam się bez moich ram – bez dobrego planu zajęć, bez sportu, bez rutyny, z za dużą ilością euforii i szaleństwa. Lubię szaleństwo. Ale nie za bardzo. Potem chciałam zrobić dietę-niedietę. Kupiłam wagę. Udowodniłam ją sobie najpierw to, że jest do dupy (80kg) a potem, że wcale nie (76,8 kg). A teraz? Nie wiem, boję się zważyć po ostatnich ciągach. Tyle się nawżerałam po tym, jak zobaczyłam 6 na wadze… Nawżerałam? Naprawdę znowu używam tych słów? KRETYNKA! Tak, nie można o sobie tak mówić, ale, kretynko, jesteś kretynką, że sama się tak mentalnie kroisz. Wracaj na dobre szlaki, bo nikt Ci nie pomoże, jeśli sama tego nie zrobisz. Dobrze wiesz, że stać Cię na bycie szczęśliwą. Przecież umiesz! Dasz radę!!!! Nikt nie zrozumie twoich huśtawek, tylko ty sama. Jakich twoich? Twoich! TWOICH! Pisz wielką literą i szanuj siebie, życie. Spójrz, co masz. Wracaj do siebie, ale już! I wklej tego posta na bloga i nie udawaj, że jest dobrze, jak nie jest.

Nieważne, czy ktoś to przeczyta. Dobrze wiesz, że to Ci pomaga. Wklej, ale nie edytuj. Nikt nie zrozumie Twoich huśtawek, ale pisanie Cię dyscyplinuje i dobrze to wiesz. I chyba jednak dajesz komuś światło tym swoim pisaniem. Oszukałaś trochę, że wygrałaś. Wygrałaś dokładnie tak, jak to napisałaś – bo wiesz, co się dzieje. Przynajmniej masz tego świadomość. Ale nie udawaj już, że jest lepiej niż jest i że radzisz sobie bez pisania. Lepiej, żebyś ćpała pisanie bloga niż jedzenie.

Ten post nie ma żadnego przesłania. Po prostu. Bo przestałam walczyć nawet pomimo tego, że bulimia znowu tu jest. Nie, nie przeproszę za to, że jestem znowu w dole. Po pierwsze – dlatego, że mam prawo być. Po drugie – ten blog miał być prawdziwy a nie pokazowy i wzorowy. Nie jestem wzorowa w tej mojej walce, ale przynajmniej zawsze, cholera jasna, zawsze wracam do siebie. A teraz do roboty. Za dwa dni egzamin a potem podróż życia numer dwa.

Wróciłam. Ufff jak dobrze. Chyba nie będzie wiadomo, o co mi w ogóle chodzi. Ale może kiedyś wyjaśnię. Teraz wstawiam i zasysam ulgę, że wyzbywam się tego syfu ze środka. Tych dziwnych myśli. Może się ogarnę, tyle razy dałam radę. Wracam na ring.”

Fragonard,-Swing

Walczę i wygram

(źródło obrazka: http://www.historiasztuki.com.pl/ilustracje/OLD-MASTER/Fragonard,-Swing.jpg)

Print Friendly

8 comments

    • Dziekuje. Po nawrocie nie ma sladu. Jestem w podrozy zycia, ze zdwojona energia korzystam z piekna miejsc, do ktorych docieram i jestem po prostu szczesliwa. Znowu dalam rade :)

  1. Przepieknie literacko to wszystko zrobione! Styl masz poprostu rewelacja Kochana ! I cos Ci jeszcze powiem, nie zrobila na mnie wrazenia ta notka, nie masz za co przepraszac, bo nie masz ;) TO przychodzi nagle, bulimia, kompuls, jakis impuls i juz, wyciagasz rece po zakazane i koniec. Dzieje sie. Tyle, ze to jest RAZ NA JAKIS CZAS, a ile razy tych rak nie wyciagnelas ? 10, 100, 1000? No wlasnie. No i ok. Karuzela kreci sie dalej. Zaraz przyjdzie opamietanie i wskoczysz w swoje bezpieczne buty. Jestem rowniez perfekcjonistka do bolu, gdy pisze cos na kartce a4 i w ostatniej linijce nozka prza „a” jest krzywa, wyrwe kartke i napisze jeszcze raz. Myslimy kategoriami wszystko, albo nic, kodem zero-jedynkowym. Ja tez bardzo, bardzo walcze, WALCZE I WYGRAM, mimo, ze pare razy przegram ;) Pozdrawiam serdecznie i let it be :*

  2. Witaj,

    najważniejsze to nie poddawać się, znowu wstać, przeanalizować, dlaczego polegliśmy i iść dalej. Być może Twoje podejście nie jest właściwe? Być może to, co do tej pory wydawało się działać, jednak się nie sprawdza? Wiem, że z choroby da się wyjść i tego Ci życzę!

    M.

    • Czesc! Dziekuje za komentarz :) wstalam i daje rade. Niestety, ale moje podejscie nie jest wlasciwe, kiedy przychodzi dol. O to chyba chodzi w dolach. Przez chwile wszystko, co sie wypracowalo, odchodzi. Ale mam na to zle podejscie recepte – spisuje mysli, wywalam z siebie zla energie, jade dalej. Nadal wierze, ze kiedys to gowno pokonam. Aktualnie znowu nie ma po nim sladu a ja chodze z bananem przyklejonym do ust. Wierze, ze to, jaka prace do tej pory wykonalam, przynioslo supwr efekty. Jestem bardzo emocjonalna osoba i latwo popadam w skrajnosci. Dlatego nie trudno o nawrot i odejscie od wypracowanych nawykow. Ale. Masz racje – trzeba zawsze wstawac, chocby nie wiem co. I ja tak robie. Predzej lub pozniej ;) jak na razie znowu jest super

  3. Cześć! Czytam Twojego bloga już nie jako dziewczyna, która się obżera, tylko jako cierpiąca na BED (wow, więc nie jestem obżerającą się świnią, tylko po prostu cierpię!). Tak, ironizuję. I oddaję wszelkie honory bulimiczkom – ja, zbyt tchórzliwa, by zwymiotować.
    Pojadę w banał – wszystko, absolutnie wszystko nas czegoś uczy. Najprostszą i najmilszą dewizą, jaki podsunął mi ostatni rok jest w kółko powtarzający się w mojej głowie refren piosenki… „Przyjmij brak”. Łagodnie, bez szału… przyjmij brak. Nie zawsze musi się COŚ dziać, a milion zainteresowań tak naprawdę nie świadczy o naszej wartości. Serio. W życiu chodzi o coś więcej, ale nie będę tego tutaj rozwijała. Zrozumienie tej prostej rzeczy ratuje mi skórę. Skołowaciałe myśli odnajdują swoje półeczki w głowie i podciągając kolana pod brodę zasypiają rozkosznie posapując. Zapominam, że mam BED. Odpuszczam. Z całego serca życzę sobie by każda z nas, dziewczyn z zaburzeniami odżywiania, odnalazła swoją drogę, swój lek, swoją realną ulgę.

    • Masz 100% racji. Na szczescie przez ostatnie dni jest ten czas, kiedy znowu dzieje sie mnostwo i to mnostwo dobrego. Laduje baterie i jade dalej. Jak ma razie znowu po bulimii nie ma sladu :)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>