Regularność, nie-dieta i dlaczego monotonia czasami zamiast zabić, ratuje mi tyłek.

routine

Mówią, że rutyna zabija. Mówią, że opuszczenie strefy komfortu może Cię zranić, ale monotonia może Cię zabić. Sama lubię sobie to powtarzać, żeby zmusić się do przekroczenia własnych granic – kiedy chcę zrobić coś totalnie nowego, co jest jednocześnie przerażające i wspaniałe (wymaga dodatkowej motywacji). Ale, tak naprawdę, to, co tak często ratuje mi pupę na mojej niebulimiczno-bulimicznej karuzeli, to właśnie rutyna. Jak to pięknie powiedział mój psycholog „Z bulimią tak już niestety jest, że chętnie powraca (…) ważna jest systematyczność i regularność różnych rzeczy – jak trudno znaleźć siłę w sobie, to te ramy pomagają”. Rzecz jasna, nie można wsadzić się w te ramy na zawsze. Czasami trzeba je opuścić i wyluzować. I to jest w porządku.

Niedawno nadszedł u mnie jeden z wielu momentów załamania. Na mojej małej-wielkiej emigracji miesiące kwiecień i maj upłynęły (to już prawie koniec maja, o Panie) pod znakiem odwiedzin – rodziców, brata, przyjaciółek, znajomego, który kiblował u mnie przed odlotem do domu. Moje mieszkanko nigdy nie było puste, a ja pogrążyłam się w małym chaosie. Jakkolwiek w trakcie wszystkich wizyt byłam po uszy wciągnięta w doskonałą zabawę, pokazywanie mojego emigracyjnego miasta, w zwiedzanie innych miast, imprezowanie i spędzanie n a p r a w d ę wspaniałego czasu ze wspaniałymi ludźmi, to w tym wszystkim pełno było nie tylko szaleństwa, ale też dobrego, ale ultra nieregularnego jedzenia. I w ogóle nie było czasu na naukę, czy załatwienie innych ważnych rzeczy, które miałam z tyłu głowy (musiałam wyrobić się z kilkoma deadline’ami). Jak to ja, większości terminów dotrzymałam. Ale jedno zadanie zawaliłam. I to to, którego termin nadszedł już po całym czasie odwiedzin – w tygodniu, który był dla mnie istną masakrą.

Po przeszło miesiącu dziwacznego studiowania (odbębniania zajęć na uczelni, żeby za chwilę pobiec w podskokach do moich gości i spędzać z nimi cudooowny czas) przyszedł czas, gdy byłam fizycznie wykończona, niewyspana i totalnie zdezorientowana. Miałam masę rzeczy do zrobienia i nie miałam na nie siły. Moje jedzenie rozjechało się totalnie. Organizm, po miesiącu jedzenia dwa razy dziennie, zaczął uciekać w kompulsywne jedzenie (stres związany z wypełnianiem zaległych zadań tylko temu sprzyjał). Nagle zrozumiałam też, że mam zaledwie dwa pełne dni zajęć na uczelni, a reszta czasu pozostaje niezagospodarowana (od początku semestru reszta tygodnia była zagospodarowana przez gości).

Co było masakrycznego w tygodniu, o którym piszę? Zaspałam w obydwa dni uczelni (jedyne dni zajęć) na pierwsze wykłady. Raz zaspałam nawet na pierwsze dwa, a nie tylko na jeden wykład. Budziłam się o 10 albo i 11 i nie miałam na nic siły, ani ochoty. Zestresowana, że marnuję czas, zaczęłam uciekać w głupie myśli, typowe dla odosobnionego marudy. Marudy odosobnionego, bo oprócz spania prawie do południa unikałam kontaktu z ludźmi (och, jakie to typowe przy napadach, nieprawdaż?). No i napady. Były też napady. Tak, te zakończone rzyganiem też.

Po kilku totalnie bezproduktywnych dniach, w których czytałam swoje posty i przekonywałam się, że to niemożliwe, że znoooooowu wpadam po uszy nie tylko w to samo myślenie, ale i w bulimiczną stronę karuzeli (i papieroski, dużo papierosków)… wreszcie się ogarnęłam. Stopniowo, pomalutku. Najpierw przyszła faza przerażenia. Paniki. Potem zaczęłam myśleć racjonalnie. Odpuściłam sobie, że zawaliłam deadline i zaspałam na zajęcia. Postanowiłam, że (jak zwykle to bywa przy wyjściu na prostą) na nowo ureguluję posiłki. Ale, tym razem, nie do końca przez prowadzenie dzienniczka żywieniowego. Kupiłam na vitalia.pl pakiet diety dwumiesięcznej. Nazywa się „odchudzająca”, ale ona nią dla mnie nie jest. Ustawiłam co prawda, że chcę zrzucić 3 kg w 2 miesiące, ale jest to totalnie realne przy odpowiednim nawodnieniu organizmu, wysiłku fizycznym i regularnym odżywianiu – niepotrzebna jest do tego „dieta odchudzająca”. W takie bajery to ja już się nie bawię. Ustawiłam jedne z najmniejszych parametrów tempa odchudzania, jakie były dostępne przy personalizacji „diety” – tak, aby kaloryczność jedzenia była taka sama, jak przy prowadzeniu dzienniczka żywieniowego (1800 kcal a z trzecią przekąską – 2000 kcal). Dzięki „diecie” online mam nie tylko gotową listę zakupów na cały tydzień, ale przy okazji rozpisane godziny posiłków, ich dokładną wartość kaloryczną i wartości odżywcze. To jest dla mnie bardzo ważne, ale tylko i wyłącznie dlatego, że znowu zaczęłam jeść za mało w ciągu dnia, żeby potem wrzucać w siebie jedzenie na wieczór – potrzebuję kontroli kaloryczności, aby uniknąć napadów. Nie chcę być „na minusie”, wręcz przeciwnie, chcę być pewna, że będę chodzić najedzona i bulimia nie będzie miała kiedy wtrynić nosa w moje życie.

Za mój pakiet, o którym Wam piszę, zapłaciłam 99 zł (to mniej niż 3,20 zł za dzień). Nie reklamuję tu vitalii, czy BeBio Ewy Chodakowskiej. Piszę to dlatego, że ułożony przez dietetyka jadłospis jest dla mnie swego rodzaju „ramą” i daje poczucie ogarnięcia chaosu, który zapanował ostatnio w moim życiu. Dzięki temu pakietowi nie ma chaosu przynajmniej z moim jedzeniem. W jadłospisie (którego nie mogę udostępnić niestety ze względu na prawa autorskie) znajdują się produkty takie jak: mnóstwo warzyw, owoce, trochę nabiału (pół albo pełnotłustego), czasami kawałek gorzkiej czekolady, czy „nawet” masło (mój jadłospis podtrzymuje myślenie o tym, że nie ma „zakazanego jedzenia”).

Wspaniałe jest to, że ta „dieta” naprawdę nie jest ustawiona na produkty „light”, które sama prawdopodobnie wybrałabym przy jej układaniu – znajdziemy w niej tylko pełnowartościowe, zdrowe produkty, które uzupełnią nasz jadłospis w zdrowy, zrównoważony sposób. I nie będziemy mieć zachcianek. Poza tym, dzięki podanym przepisom, uczę się przygotowywać przepyszne koktajle, czy zupy – i to w miliardzie konfiguracji oraz z możliwością stosowania zamienników niektórych składników.

Być może pomysł zainwestowania w coś takiego (zwłaszcza, gdy nie ma się możliwości odbycia „normalnej konsultacji dietetycznej”, która byłaby na bank tysiąc razy lepsza) może okazać się również deską ratunkową dla tych z Was, którzy sami nie są w stanie ogarnąć jedzenia. Oczywiście, pod warunkiem, że nie użyjecie tego narzędzia do wygłodzenia organizmu w walce o beach body, co, jak sądzę, może sprowadzić Was wyłącznie na złą (bulimiczną) stronę mocy.

Na dodatek, w ramach przywracania porządku w moim codziennym rozkładzie, urozmaiciłam treningi na moim youtubowym kanale i, co ważniejsze, znowu zaczęłam z nich korzystać. Nie po 15 minut, ale po 45 albo 60 minut dziennie. Kolejny punkt do codziennej rutyny został tym samym dodany na nowo. Zaczęłam też jeździć (czasem na rowerze) do biblioteki. Kolejny punkt. Zaplanowałam mniej więcej podróż, którą odbywam (sama ;) ) jako prezent urodzinowy już za dosłownie kilka dni. Nadrobiłam zaległości z mailami. Załatwiłam administracyjne sprawy z uniwersytetem, które siedziały mi z tyłu głowy i stresowały przez ich niezałatwienie (niezapisane na kartce i męczące swoją upierdliwością przez dobry miesiąc). Nagle chaos zaczął znikać. Wrócił spokój.

Dopiero, gdy wróciłam do moich „ram”, poczułam się znowu szczęśliwa. Zajęta, a zarazem wypoczęta – ostatnio obudziłam się bez budzika o 7.25, co jest dla mnie czymś zazwyczaj niewykonalnym. Znowu jestem pełna pozytywnej energii i mam ochotę uśmiechać się i tańczyć. Iść do ludzi, zamiast mieć ochotę udusić ich za najmniejszą pierdołę, która z niewytłumaczalnego powodu mnie w nich irytowała. Back on track dzięki „monotonii”, czyli „wsadzeniu w ramy mojej codzienności”. Tak to działa. I, co najważniejsze, bulimia nie ma nic do gadania w tym momencie. Spadła na drzewo. A ja żyję. Znowu. Nie walczę, ale cieszę się codziennymi małymi szczęściami, do których, jak się okazuje, zalicza się też moja rutyna.

Co zabawne, w ostatnim czasie, żeby to wszystko ogarnąć, potrzebowałam przez dłuższy czas pobyć sama. Wyszła ze mnie taka jakby introwertyczka (?). Ale… taka jestem. Czasami. I dobrze mi z tym. Kocham spontaniczne wypady za miasto, czy zagranicę, ale jeszcze bardziej kocham cieszyć się życiem. A taki efekt mogę osiągnąć tylko wtedy, gdy mam te swoje wszystkie rozpiski, notatki, uporządkowane plany i porządek w głowie. Dla niektórych totalne odosobnienie nawet na krótki czas to nie do pomyślenia, ale dla mnie jest to sposób na osiągnięcie harmonii. Dojście do harmonii (albo czegoś na jej kształt) w naszym codziennym życiu jest potrzebne każdemu. Dla bulimików, chcąc nie chcąc, ogromne znaczenie ma wprowadzenie nawyku regularnego jedzenia. Gdy nasze nawyki zostają wystrzelone w kosmos, ważne jest, by umieć powrócić na dobre tory. Jakkolwiek by one nie wyglądały. Moim torem jest rutyna. I chwała jej za to.

tumblr_lroim7WoAD1qapm43o1_500

28. maja 2016 r.

Walczę i wygram

Źródło obrazków: http://www.thelyonsshare.org/; Pinterest.com

Print Friendly

10 comments

  1. Trzymam za Ciebie bardzo mocno kciuki i wiem, że Ci się uda pokonać bulimię. Mi samej udało się wytrzymać bez wymiotów ok. 2 lata i wiem, że Tobie też to się uda. Co prawda zdarza mi się wymiotować czasami ale niestety doszło do tego przez nie wszystkie wyjaśnione sprawy u mnie. Gdybym od razu wzięła się za bieżące problemy myślę, że nie wymiotowałabym aż do dnia dzisiejszego. Życzę udanego wyjazdu :) oczywiście bez napadów i wymiotów ;)

    • Dziękuję ślicznie, Magda :) Ja też w to wierzę! Krok po kroku – będzie coraz lepiej. Każdy moment słabości uczy nas tak naprawdę bardzo dużo. Ja czuję, że po wyjściu z tego łajna, jakie miałam ostatnio w głowie, jestem tylko silniejsza i coraz bardziej świadoma siebie i moich priorytetów. Zobacz, Ty też już wiesz, co możesz zrobić inaczej :) A na wyjazd nie biorę ze sobą bulimii. Już teraz mam wrażenie, że mój kryzys był sto lat temu. Moje „ramy” naprawdę robią świetną robotę :) Pozdrowienia!!

  2. Cieszę się, że jesteś pełna nadziei i optymizmu, to jest już bardzo dużo. Pamiętaj, że upadki się zdarzają i będą zdarzać, ale wiedz, że jest jeszcze wiele innych osób, które z tym też walczą i są z Tobą. Najważniejsze są małe kroczki i zauważanie nawet najmniejszych osiągnięć. Na początku ogromnym osiągnięciem jest nawet dzień bez wymiotów. Tylko wiara i siła pomaga nam iść do przodu. Podzielę się kilkoma moimi przemyśleniami, do których doszłam podczas pierwszej terapii. Może i Tobie w jakiś choć najmniejszy sposób się przydadzą ;)
    A o to one:
    - „Gdy upadasz, nie zostawaj w miejscu. Nawet jeśli nie masz siły by wstać to czołgaj się, bo czas idzie do przodu i nie patrzy na to, że upadasz. Jeśli pozwolimy by coś uciekło za daleko możemy tego już nie dogonić”.
    - „Tak jak alkoholikiem się jest całe życie, to bulimiczką czy anorektyczką również. Walka nic nie daje. Jeśli nie możemy się tego pozbyć na zawsze to musimy zaakceptować wroga i fakt życia z nim. Tylko poprzez akceptacje możemy go oszukać i uśpić jego czujność na zawsze”.

    Trzymam ogromnie za Ciebie kciuki ;)

    • Cześć, Magda :) Gdzieś zniknął mi komentarz, który już tutaj wstawiałam. Eh… techonlogie! Tak jak w mailu – na szczęście nie jestem już początkująca. Jak widać na blogu, mam za sobą rok walki. Są pewne złote prawdy, które warto powtarzać sobie w kółko i dzięki za podzielenie się nimi! Jednocześnie uważam, że każdy może mieć swoje złote prawdy i te „prawdy” nie będą dla każdego tak naprawdę… prawdziwe.

      Ja tam nie uważam bulimii za moją integralną część i chociaż często mam wątpliwości – wierzę, że ona może odejść. Nie to, żebym chciała ją akceptować i chodzić wokół niej na paluszkach, ale robię wszystko, żeby moje życie było tak zbilansowane i szczęśliwe, żeby moja bulimia śmigała gdzieś na Plutonie mojego własnego Układu Słonecznego ;)

      Na wycieczce, o której Wam pisałam, cieszyłam się życiem, spotkanymi ludźmi i nawet jedzeniem. Bez cienia bulimii. Po powrocie żyję zgodnie z planem żywieniowym, o którym Wam również pisałam – i też bez cienia bulimii.

      W ostatnich dniach znowu spotkało mnie mnóstwo dobrego, jest dynamicznie, idę do przodu i życie nabiera tempa.

      Pełna zgoda, że bulimia lubi powracać, ale kiedy powraca, to ja z tą s.ką jednak lubię walczyć. Kopać w tyłek i wywalać na orbitę. Bulimia to nie ja. To moja słabość. To, że jestem chora, zaakceptowałam. Ale nie akceptuję nawrotów ;) I zawsze będę z nimi walczyć. Chociaż niektórzy twierdzą, że przez samo używanie słowa „walka” robię sobie kuku, to jak na razie trzymam się dobrze. A co do naszych potknięć – no ba! Jak tu zawsze powtarzam, nie róbmy z igły widły a z tych „upadków” róbmy naukę na przyszłość. Shit happens w życiu każdego człowieka. Ale od nas zależy, co zrobimy z tym, co nas spotyka!

      Buziaki!

      Ww.

  3. Oj… Wizyty rodziców tak się właśnie kończą ;) Sama ostatnio to przeżywałam i przez te trzy dni oczywiście szły w ruch wielkie deserki lodowe i produkty z Polski, których na co dzień zwyczajnie nie mam jak dostać. O ile staram się nie robić tragedii z pojedynczych dni jedzenia nieco więcej, to czułam, że tym razem to rozchwianie spowodowało, że napad wisiał w powietrzu. O ile nie jestem zwolenniczką (a raczej: na mnie nie działa to dobrze, nie mówię, że innym to nie może pomóc) trzymania się planów żywieniowych, bo mnie to wpędza na nowo w obsesję, to jednak też po wszystkim poprosiłam chłopaka, żeby najbliższy tydzień trochę pilnował tego, ile jem i czy znowu na widok żarcia nie staję się nerwowa- to takie trochę zrzucenie z siebie części odpowiedzialności, co przynosi ulgę i poczucie bezpieczeństwa. Myślę, że u Ciebie podobnie z tą rozpiską ;)
    A jak już ten temat poruszyłaś, to jeszcze Ci zadam takie małe pytanie… Jaki masz właśnie stosunek do odchudzania przy wychodzeniu z ED? Bo ja na chwilę obecną jestem zdania, że powinnam sobie takie myśli odpuszczać (zresztą mam tak, że gdy jednak mi to przez myśl przejdzie to się zwykle napadem jakimś małym kończy, mimo, że już mam ogólnie 3 miesiące bardzo dobre, a pół roku akceptowalne ;) ). No i cały czas tłumaczę sobie, że mam wagę w środku BMI i tylko moja choroba wmawia mi, że może 3 kg mniej by nie zaszkodziło… Co o tym sądzisz?

    • Cześć, Zuza! Wielkie dzięki za odwiedziny i za Twój komentarz :) Co do wizyt rodziców i dziwnego jedzenia – u mnie nie chodziło nawet o jakość jedzenia, ale regularność posiłków. Moja mama dobrze wie, że słodycze i deserki mi nie pomagają, więc w ogóle nie przywieźli takich rzeczy. W moim przypadku chodziło o jedzenie dwóch dużych posiłków w ciągu dnia, zamiast 4-5 mniejszych, co (jak już dawno odkryłam) działa na mnie tragicznie. Pisałam o tym na przykład tutaj.

      Rozpiska jest totalnie zrzuceniem z siebie ciężaru myślenia o ilości i częstotliwości zjadanych posiłków. Serio, na 100% potwierdzam. Nie wiem, czy udało mi się to przekazać w moim poście, ale ta „dieta” to plan żywieniowy. Zrównoważony, pełen warzyw, owoców, nabiału, mięsa, ryb, pełnoziarnistego pieczywa, ryżu, makaronów (…) jadłospis. Sięgnęłam po niego po to, żeby jeść regularnie – brak regularności w planie posiłków wywołuje u mnie często efekt głodówki i to BRAK jedzenia powoduje objadanie na wieczór a potem… wiadomo. To znaczy – powodował. Odkąd jem znowu regularnie, nie mam napadów ani napadowych myśli. Ta rozpiska sprawdza się idealnie.

      Co do odchudzania i wychodzenia z ED – jestem zdania, że to jest oksymoron. To się wyklucza – odchudzanie i wychodzenie z bulimii. Zresztą, to mi powiedział psycholog – że w trakcie terapii uregulujemy posiłki i moja waga powinna z ZA DUŻEJ sama zacząć wracać do normy (sporo utyłam przy bulimii), ale że osiągnąć mam to przez wyłączenie głodowych porcji w ciągu dnia, które są główną przyczyną napadów wieczorem. Przez ogólne „ogarnięcie jedzenia”. Na odchudzanie w takim potocznym rozumieniu dostałam bana.

      Przez wiele, wieeeele postów zmagałam się tutaj na Waszych oczach z wyzwaniem polubienia swojego ciała, które zamiast chudnąć, co niby miało być logicznym następstwem pozbycia się napadów objadania – zaczęło ZNOWU tyć. A potem długo nie zmieniło się to ani trochę. Nie miałam motywacji do sportu, byłam ociężała (dosłownie „cięższa” niż bym sobie tego życzyła), ale, jakimś cudem, zaczęły nadchodzić też momenty pełnej akceptacji ciała.

      Wraz z akceptacją tego, jak wyglądam, zrozumiałam, że to, jak wyglądam, jest odzwierciedleniem tego, jak traktuję moje ciało. Nie będę więc już nigdy stosować typowej diety odchudzającej – będę odżywiać się w sposób zrównoważony i uprawiać w równie zrównoważony sposób sport I tyle. Chociaż „dietą odchudzającą” nazwali to, co zamówiłam sobie na Vitalii, to moja dieta wyliczona jest na około 1900kcal – czyli moje zapotrzebowanie energetyczne. Specjalnie ustawiłam tak parametry.

      Uważam, że chudnięcie powinno być tylko i wyłącznie efektem zdrowego traktowania siebie, a nie celem samym w sobie. Dopóki nie jesteś w stanie funkcjonować w miarę zbilansowany sposób, to zapomnij o chudnięciu (a już na pewno o „odchudzaniu”). Jeśli Twoje ciało będzie potrzebowało schudnąć, to sobie schudnie. Samo. Jak będziesz je normalnie traktować – dobrym jedzeniem i umiarkowaną ilością sportu.

      Wybacz, że się rozgadałam :) Do zobaczenia na blogu (moim lub Twoim). Buziaki!

      Ww.

    • Wielkie dzięki za odpowiedź ;) W moim przypadku ciągłe trzymanie się planu akurat się nie sprawdza, bo czuję się tym zniewolona, ale wiem, że tu akurat każdy jest inny ;) Pełną kontrolę wprowadzam tylko w sytuacjach awaryjnych ;)
      No właśnie z tym odchudzaniem, to miałam też cały czas zdanie, że w naszym przypadku zdrowo, czy nie zdrowo, łatwo o powrót do obsesji, więc jak ze względów zdrowotnych nie ma takiej potrzeby (czyt. nie zdążyłaś się nabawić nadwagi) to nie ma co kombinować. Ale wiele dziewczyn próbujących wyjść z bulimii jednak nadal cały czas nic tylko o tym chudnięciu i już zaczęłam się zastanawiać, czy ja jestem jakaś nienormalna i negująca wszystko dla zasady, że uważam, że źle robią ;) Dlatego postanowiłam spytać- wydajesz się dość rozsądna z tego, co zdążyłam z Twoich postów wywnioskować ;)

    • Ah, Zuza! Polubiłybyśmy się ;) Święte słowa. Każdy jest inny, każdy ma swoje metody i wiadomo, że nie ma jednej recepty ani na napady, ani na wychodzenie z tego świństwa. No niestety muszę się z Tobą zgodzić (niestety, bo byłoby łatwiej, gdyby była jedna złota metoda). I… TAK, dokładnie – ja też nie pojmuję tego zjawiska, o którym piszesz. Jakoś w połowie mojej terapii przestałam śledzić nie tylko wszystkie „fit strony”, „fitstagramy” i inne „fit fejsbuki”, ale oprócz tego – przestałam śledzić konta dziewczyn wychodzących z ED. Sama założyłam na dosłownie dwa dni takie konto, żeby je szybko skasować. Wszędzie na Instagramie było widać, jak laski mierzyły postępy wychodzenia z bulimii chudnięciem. Chcąc, nie chcąc, oglądając takie wpisy/zdjęcia, zaczynasz znowu wpędzać się w obsesję. I PO CO. Niestety, uważam, że jeśli ktoś w taki sposób „chce” wyjść z bulimii, to znaczy, że nie jest świadomy problemu, nie wie, z czym chce wygrać (wcale nie chce tak naprawdę wyzdrowieć) i tylko sobie szkodzi. Jeśli wyglądasz normalnie, to rób wszystko, żeby pokochać ten stan, bo to jest stan naturalny i to jesteś TY. Jeśli masz ciut za dużo siebie, też się pokochaj – na tyle, żeby zacząć żyć w zdrowy, zrównoważony sposób – ciało samo wróci do normy.

      Dzięki za fajne podsumowanie ;)

      Ty chyba też jesteś mądra babka, dobrze się Ciebie czyta. Powodzenia!

      Ww.

  4. O masakra, dziewczyno, jesteś po prostu odzwierciedleniem mojego charakteru! Mam wrażenie, że jestem po prostu dokładnie z tej samej gliny ulepiona. Czuję, jakbym to JA pisała te wszystkie wpisy, tak bardzo Cię rozumiem. Jak wczoraj znalazłam tego bloga, tak cały wieczór czytałam o czym piszesz, parę razy zastanawiając się czy nie mam przypadkiem jakiejś choroby psychicznej, że w momentach nieświadomości to ja piszę bloga i teraz czytam samą siebie :D.

    Dzięki Ci wielkie za te wszystkie wskazówki. Szukałam pomocy i zdaję się, że ją znalazłam. Jestem teraz w dosyć trudnej sytuacji, z granicą, z dala od swoich stref komfortu z wieloma przytłaczającymi sprawami do ogarnięcia. Tak bardzo chciałam wyjechać, też jestem ambitną studentką, mam dużo celów w życiu, które niestety momentami przytłaczają i człowiek zaczyna zachowywać się jak…Nie chcę siebie obrażać, już i tak robię to w swojej głowie bardzo często, ale powiedzmy, że zaczyna zachowywać się głupio. Z jednej strony tkwi w tym bagnie zadania, które przed sobą postawił i CHCE je wykonać, z drugiej jest dzień w dzień pożerany przez stres z nim związany (albo odwrotnie, pożera stres…).

    Przed wyjazdem myślałam, że naprawdę kontroluję już swoje życie.Że po tylu latach (IV rok studiów, ED od gimnazjum) naprawdę już się ogarnęłam. Błąd, błąd, błąd.. Nowa sytuacja, nowe stresy i wracasz do mrocznej strony własnego charakteru. Miałam tak wczoraj kiedy po kilku dniach odkładania wykonania pewnej rzeczy na później stwierdziłam, że jednak to zrobię, ale stres tak mnie zeżarł, że nawet się nie obejrzałam jak poleciałam do sklepu po lody, paczkę ciastek etc, etc i wiadomo jak to się skończyło.
    Cóż, lepiej mi jak trochę Cię poczytałam. Upadasz, wstajesz, idziesz dalej. Nie przeczytałam całego bloga, ale z tych kilku wpisów wydajesz mi się naprawdę inteligentną, fajną osobą, która duuużo myśli. Wyjątkową.
    Mam nadzieję, że teraz sobie radzisz, wiem, że ten wpis jest sprzed roku.

    Dziękuję Ci jeszcze raz!

    Trzymaj się, będę tu zaglądać.

    • To ja dziękuję za Twój komentarz :) Bardzo, bardzo się cieszę, że moje słowa mogą komuś pomóc.

      Od tego wpisu sprzed roku zmieniło się bardzo dużo. Bulimia jest sobie gdzieśtam uśpiona i czasami próbuje mnie kąsać, ale to naprawdę rzadkość. Mam w głowie w zasadzie zupełnie inne myśli niż miałam wtedy, rok temu. Chyba dojrzałam od tego czasu… a jednocześnie pozwoliłam sobie być trochę dzieckiem, trochę takim wariatem ;) wyluzowuję się częściej, uczę się mniej przejmować i częściej dzięki temu cieszę się życiem. Układam sobie wiele rzeczy w głowie i nadal nad sobą pracuję. Mniej jest jednak w tym wszystkim szamotania i tłuczenia głową o mur a więcej spokoju i wyrozumiałości. Dużo przede mną, ale całe mnóstwo już za mną.

      Pozdrawiam Cię serdecznie!

      Ww.

      P.S. Możesz do mnie śmiało pisać maila walczeiwygram@gmail.com

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>