A co by było gdyby… O zmarnowanych szansach jako motywacji do walki z zaburzeniami odżywiania i perfekcjonizmem.

Gdyby nie moja bulimia, gdybym nie popadła w schemat błędnego koła napadów i wymiotowania, gdybym wcześniej nie zatraciła się po uszy w walce o fit ciało, gdyby nie moje zakrzywione myślenie o cielesności, gdyby nie perfekcjonizm i spędzanie ultra dużo czasu nad efektem idealnym, gdyby nie odkładanie w czasie, gdyby nie wizualizowanie idealnego związku, to… to tyle mogłoby się wydarzyć. O tym, ile mogłoby sie nie wydarzyć, pisałam wiele (chodzi o powikłania i długą historię dramatu napadów bulimicznych ze wszystkimi jego konsekwencjami, a także o nadwyrężone zdrowie psychiczne przez mój „zdiagnozowany perfekcjonizm”). Dziś nie o tym, ale o tym, co by mogło być, gdyby… i dlaczego to tak dobrze działa na główkę.

Siedzisz skulona w pokoju, wokół zmemłanych opakowań po śmieciowym jedzeniu, okruchów chleba. W żołądku masz tornado, a w głowie pustkę, przez którą przebija się echo i łomocze od ucha do ucha: ”słaba, nic nie znacząca idiotka, szkodzisz sobie na własne życzenie. Tylko spójrz na siebie, nikt inny przecież by teraz na ciebie nie spojrzał. Kretynka. Jesteś żałosna. Świnia. I to ciało… Zaraz znowu przegrasz, wyrzygasz. Znowu. Znowu. Już lepiej by było (…)”. Jakoś tak dzisiaj sobie przypomniałam, jak to było podczas tak wielu napadów. Na szczęście takie myśli to przeszłość. Już nie myślę o sobie w destrukcyjny sposób. Kiedyś obwiniałam siebie za to, co robiła ze mną choroba i jeszcze bardziej podcinałam sobie skrzydła do walki z nią. Zresztą o tym, jak to ze mną było i jak nie powinno być, dużo słów już pisałam. Memłanie tego tematu w nieskończoność to taka przykra motywacja. Każda z nas tak chyba ma, więc bez sensu jest o tym pisać. Dzisiaj natomiast, ni z tego ni z owego, patrząc na zdjęcia z moich ostatnich wycieczek w góry, a następnie planując następne wyprawy, przyszło mi do głowy, że można przecież zmotywować się inaczej. To prawda, że trwając w chorobie wydaje nam się, że nie tylko same w sobie jesteśmy nic nie znaczącymi śmietkami, które bulimia zrzuciła na dno dna rozpaczy, ale, przy okazji, że życie jest beznadziejne, nic się nie może udać i na pewno zostaniemy na zawsze w tej naszej „głębokiej jak Rów Mariański dupie”, bo jesteśmy za słabe, żeby z tego wypełznąć. A PRZECIEŻ TO WSZYSTKO N I E P R A W D A. 

Tyle samo, ile zajmuje nam jeden napad, mogłoby zająć nam planowanie wypadu – na rower za miasto, super tanim lotem last minute na dwudniową, randomową wycieczkę do Wenecji, Oslo, Rzymu, Paryża. Jak nie do Wenecji, to do Krakowa. Nad morze. W góry (te dwie ostatnie pozycje to wersja niskobudżetowa, aczkolwiek radzę uświadomić sobie, czy nie wydając pieniędzy na jedzenie, które wpychamy w siebie przy okazji napadu i które często spuszczamy w toalecie 10 minut później… czy jego równowartość w skali np. rocznej nie starczyłaby na pokrycie może i wyprawy na inny kontynent). Tyle samo czasu zajęło by wyszykowanie się na imprezę albo na towarzyskie spotkanie (mimo poczucia, że „jestem najbrzydszym na świecie okazem, jaki przyniosła ostatnio na świat Matka Ziemia” – tak, wiem, jak to brzmi, ale ja tak o sobie myślałam, kiedy bulimia wygrywała naszą nierówną walkę) .Tyle samo zajęłoby obejrzenie filmu, który zawsze chciałyśmy obejrzeć. Sięgnięcie po książkę i przeczytanie kilkudziesięciu stron. Rozpoczęcie nauki języka. Wyjście na ulicę i (siemano, moja romantyczna duszo) natknięcie się na nieznajomego, które to spotkanie mogłoby nas odmienić na zawsze. Można by było też w ostateczności (w tym samym czasie) odpalić Google Maps, postawić ludzika gdzieś na Hawajach albo w Indonezji i zacząć obmyślać plan, jak by to zrobić, żeby pod tymi palmami stanąć na własnych nogach za kilka lat i na dodatek – aby dolecieć tam za własne pieniądze. Podczas każdych kolejnych „tych samych razów, kiedy miałabym napad” można by pracować na ten obrany cel.

Zrzut ekranu (24)

W tym samym czasie, co zajmuje nam napad, mogłybyśmy po prostu żyć. Pełnią życia. Życiem takim, jakie jest – czy to z takim, czy siakim ciałem, z taką i siaką psychiką. Kontestować piękno świata i nie marnować go na takie durne ukrócanie sobie życia. Bo to właśnie robimy za każdym razem.

Życie jest tak piękne. Uważam, że nic nie dzieje się bez przyczyny. Każda nasza decyzja skutkuje jakimiś tam ubocznymi wydarzeniami. Każda. CODZIENNIE dostajemy od życia całe mnóstwo szans, których nie wykorzystujemy – i to bez względu na to, czy jesteśmy chorzy, czy nie jesteśmy. Wystarczy gdzieś nie być o czasie, wystarczy z lenistwa nie pójść gdzieś na wystawę/do kina/na imprezę. Wystarczy nie zobaczyć reklamy, nie obejrzeć zajawki filmu. Wystarczy poddać się przytłaczającemu poczuciu, że nie stać nas na odpoczynek albo przywalającemu prosto w baniak głosowi, że musimy się najeść a potem zwymiotować, bo taki jest nasz los. Wystarczy tak niewiele, żeby nie wykorzystać w pełni tego, co może nas spotkać.

Tak naprawdę, równie dobrze może nas-bulimików nie spotkać nic specjalnego, jeżeli powstrzymamy bulimiczny napad albo nas-perfekcjonistów, jeśli w ramach walki z naszym uchyłkiem, zamiast podejmować się kolejnego zadania, odpuścimy je sobie, wypoczniemy i przestaniemy stawiać poprzeczkę coraz wyżej. Ale to nasze „nic specjalnego” w dalszym ciągu dla nas – chorych, będzie pięknym momentem w życiu, pozbawionym tego, co sprawia, że każda chwila codzienności bywa nie do zniesienia. To nasze „nic specjalnego” zmotywuje nas do dalszej walki i pokaże, że jesteśmy na tyle silne, żeby walczyć dalej.

Wiadomo, że nie-bulimicy i nie-perfekcjoniści potrafią żyć nudnym życiem i nie korzystać z niego w pełni. Wiadomo, że motywacja nie trwa wiecznie. Że życie daje po dupie raz za razem i że bywa ciężko. Że „życie to nie je bajka”. Ale, tak teoretycznie, czy nie warto postawić sobie pytania – co by było gdyby? A potem, czy nie warto sobie powiedzieć cholera, to nie musi być tylko gdybanie, ja mogę to zrobić! A potem zacząć to robić. Zacząć dostrzegać to, czego nie widzi się podczas choroby, bo świat wydaje się nie do zniesienia. Małymi kroczkami – od wyjścia do ludzi, przez zaplanowanie spaceru, wypadu na weekend, stażu za granicą, zmiany pracy, wakacji, wędrówki, wyprawy. Czegokolwiek. Ja wiem, że ciężko jest myśleć o takich rzeczach wtedy, kiedy się siedzi między zmemłanymi opakowaniami po śmieciowym żarciu albo kiedy podchodzimy do starcia „ja kontra lodówka”. Ale pomyślmy czasami i w ten sposób – wizualizujmy marzenia. Spełniajmy je krok po kroku. Zmuśmy się do wyjścia z domu i otwarcia się na nieznane. Dajmy sobie przyzwolenie na błędy, ale i na odpoczynek. Wyluzujmy. Zajmijmy umysł czymś pięknym i dobrym. Myślę, że gdybym wtedy, kiedy pogrążałam się w napadach i smutku i rozpaczy, zrobiła chociaż raz na jakiś czas dla siebie coś tak pięknego, jak za chwilę pokażę Wam na zdjęciach (moje wyprawy z ostatnich miesięcy), to łatwiej byłoby mi walczyć. Mam nadzieję, że do Was ta myśl o tym, że piękne życie jest o wiele fajniejsze niż tkwienie w napadach, trafi we właściwym czasie i będzie kolejnym bodźcem do nieustawania w walce. Warto walczyć, żeby móc cieszyć się z tego, co zaraz zobaczycie poniżej :)

13183294_1781292862089693_1209549992_n(1)

13271718_10208397362804294_1384776765_o 13234503_10208397364804344_167728591_o 13234728_10208397367484411_2007093798_o 13262372_10208397382324782_1966750697_o SAMSUNG 13151187_1723469597896079_461412950_n(1)12751504_1681406878794833_710591136_n(1)11372329_1491234334513839_1759896178_n12317629_707309619406411_1367973963_n(1) 12825961_1574626289521943_573676704_n 12934909_583204858524910_1932447680_n12209011_10207042356089973_1111918353_o 12048586_10206828923234285_29337290_n 12202018_10207032662487639_319651796_n13235025_10208397379484711_1665068347_o (1) 13228172_10208397397765168_945073324_n 13219757_10208397403765318_1908305162_n (1) 13262488_10208397358284181_120165437_o

Zrzut ekranu (26) Zrzut ekranu (25) Zrzut ekranu (27)

Piękno tkwi w małych rzeczach. Da się je dostrzec, robiąc nawet najmniejszy krok w tym kierunku. Myślę, że może to być osobna metoda na walkę z chorobą. A przynajmniej integralna część terapii. Powodzenia!

19. maja 2016 r.

Walczę i wygram

(źródło obrazków: wszystkie zdjęcia pochodzą z mojej prywatnej kolekcji i zostały wykonane przeze mnie, natomiast ostatnie trzy obrazki to zrzuty ekranu z google maps – postawiłam ludzika na Hawajach, w Indonezji i na wprost Mount Everestu)

Print Friendly

2 comments

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>