Beach body – wiosna/lato 2016

beach body

Powyższy (moim zdaniem obrzydliwy) rysunek w zasadzie mówi sam za siebie. Mogłabym nie pisać tutaj nic. Ale napiszę. Plażowe ciało (ang. beach body) to pojęcie nadużywane powszechnie przy okazji przedwakacyjnej, przed-plażowej, przed-negliżowej histerii. Gdy tylko robi się ciepło, mania plażowego ciała powraca. Ale, oprócz przedstawienia teorii zamieszczonej na tym koszmarnym obrazku (teorii genialnej w swej prostocie), należy dodać do tematu plażowego ciała kilka słów. Co do zasady, ustalmy jednak, że trzymamy się tej złotej recepty - aby mieć beach body, należy: 1. mieć ciało 2. iść na plażę. Wtedy ma się plażowe ciało. Koniec. Kropka.

Nie trzeba mieć bulimii, ani innych zaburzeń odżywiania, żeby w sezonie wiosna/lato dać się wkopać w pułapkę myślenia o plażowym ciele - „Jeszcze nie gotowa na lato? Wypróbuj najnowszych tabletek odchudzających/pasów wyszczuplających/ termo jogi/ turbo cardio hiper spalania (…)”; „Get the beach body in 30 days”; „Podejmij wyzwanie i schudnij z nami do lata”; „Schudnij 10 kg w 10 dni”… Człowiek, chcąc nie chcąc, zaczyna się zastanawiać, czy podoła wyzwaniu pokazania się na plaży. Niektórzy desperaci potrafią podobno zażyć tabletki z jajkami tasiemca, który zjada ich od środka i dzięki temu mogą sobie spokojnie schudnąć do lata (błagam, niech Wam przez myśl nie przejdzie próba dostania się do tego specyfiku). Wobec tych wszystkich wariactw opisanych powyżej, nie będzie przesadą zadanie przeze mnie w tym miejscu patetycznego pytania: w jakich czasach my (#@$^!) żyjemy…?

beach body fuck ogg

Nie będę się powtarzać w kwestii tego, że dajemy się otumaniać fitprzemysłowi, że nie wolno porównywać się do innych, że jesteśmy bezmyślni i próżni, marnując sobie życie na dążenie do pięknego ciała za wszelką cenę, że szkoda czasu na zamartwianie się. Pisałam o tym wiele. Powtórzę się z jednym: nie dajmy się zwariować.

Przy okazji tworzenia tekstów takich jak ten, często przywołuje się zdjęcie krąglutkiej Marylin Monroe w kostiumie kąpielowym w paski. Ale ja tego nie zrobię, bo jeszcze zaraz komuś przyjdzie do głowy porównywanie swojego wyglądu do Marylin. A przecież nie chodzi o to, że jakieś ciało jest mniej albo bardziej piękne. Chodzi o to, że to tylko ciało. Że to od nas zależy, czy wyjście na plażę będzie czynnością jak każda inna, czy będziemy umieli swobodnie cieszyć się czasem wolnym z rodziną i przyjaciółmi, czy jak zrobi się ciepło, to zamiast kamuflować nogi, wystawimy je na słońce. Tak długo, jak długo będziemy nie lubić albo i nienawidzić nasze ciała, tak długo nie będziemy wyglądać w nich swobodnie. A tym bardziej atrakcyjnie. Dlaczego? Bo będziemy stwarzać w głowie problemy, których nie ma i zamiast cieszyć się życiem, będziemy zamartwiać się pierdołami (czyt. cudzym rozmiarem majtek, który jest mniejszy od naszych). 

Pamiętam mój zeszłoroczny post, w którym zmagałam się z sezonem na plażowe ciało (sezon wiosna/lato 2015). Dużo się zmieniło od tamtego czasu. Dziś wyszłam ze znajomymi nad rzekę. W krótkich spodenkach. Tych pięknych, na kokardkę i rozszerzanych u dołu, które tak dobrze pasują mi do figury. Czułam się w nich ślicznie. I, choć ciężko było mi jak cholera, próbowałam ze wszystkich sił przestać porównywać się do szczuplejszych koleżanek. Wyluzować. Wreszcie, po jakimś czasie, chociaż przez chwilę czułam się naprawdę swobodnie sama ze sobą. Poza tym, czułam się totalnie atrakcyjna. Co ciekawe, to poczucie wynikało nie z tego, jak wyglądały moje nogi, gdy rozmawiałam z nowo poznanym kolegą, ale z przeprowadzonej z nim rozmowy (w całości w języku obcym) – na temat wspólnego kierunku studiów, planów na przyszłość, różnic w nauczaniu w naszych krajach, o organizacjach międzynarodowych, zainteresowaniach i kilku innych mądrych rzeczach. Czułam się atrakcyjna ze względu na inteligencję i elokwencję. Czułam się atrakcyjna… intelektualnie. I więź, jaką nawiązałam z tym nowym znajomym daleka była od fizycznej. A jednocześnie – była o wiele głębsza.

Na dodatek, kiedy zrobiło się cholernie zimno, a moje nogi nabrały swojego standardowego, sino-fioletowo-białego koloru, którego przez tyle lat tak nienawidziłam i na punkcie którego wariowałam od początku zajęć wf w gimnazjum… Wtedy właśnie doszło znowu do mojego maleńkiego myślowego przełomu. Otworzyły się na dobre klapki, które sama nieśmiało nie tak dawno uchyliłam w swojej głowie. A wystarczyły trzy słowa znajomego. O co chodzi? Ano, kiedy zobaczyłam, co się wyprawia na moich nogach, powiedziałam znajomym, że mi zimno i chcę wracać do domu (pokazując na nogi). Kolega (student medycyny, nota bene – to ważne, bo medycy co do zasady posiedli umiejętność patrzenia na ciało… jak na ciało) powiedział na to – „O, faktycznie Ci zimno”. – „To jeszcze nic, moje palce u stóp potrafią zrobić się jeszcze ciemniejsze i wyglądają jak u trupa” – odparłam. Na to kolega powiedział „Przecież to normalne” i dodał, wzdrygając ramionami, „tak już masz„.

No wiem… No, przecież, że wiem, że ja po prostu tak już mam!!! Teraz już wiem na pewno…

Małe, duże, obcellulitowane, opalone, sine, chude, grube – ciało to ciało. Ktoś ma bliznę, ktoś nie ma nogi albo obydwu nóg, ktoś ma zeza, a ktoś waży 3 kg więcej niż by sobie tego życzył. Ciało nie definiuje nas i nie powinno nigdy sprawiać, że zmarnujemy sezon wiosenno-letni na zamartwianie się. Bo sezon wiosna-lato to nie jest sezon na ciało. To jest przede wszystkim czas ożywionej przyrody, witalności, szczęścia, częstszych wyjść, spotkań, podróży. Nie pozwólmy, żeby jakiś głupi głos w naszej głowie kazał nam myśleć inaczej. Nie zmarnujmy (kolejnej?) wiosny i (kolejnego?) lata. Nie zmarnujmy życia.

Ten post jest chyba w miarę uniwersalny, bo dotyczy nie tylko bulimików. Nie napisałabym czegoś takiego rok temu. Co prawda nadal zmagam się jeszcze z utartymi w głowie schematami, ale te zmagania mają inny wymiar. Wreszcie żyję życiem, a nie wegetuję pod moim bulimicznym kloszem, w którym to centrum wszechświata była moja waga i zarysowane mięśnie brzucha. Mam nadzieję, że ten post da do myślenia zwłaszcza tym, którzy są gdzieś na początku swojej drogi. Nawet największe oczywistości, które niby znamy, warto przedkładać sobie po tysiąc razy. Dopóki naprawdę ich nie zrozumiemy i nie staną się naszymi myślami. Myślami, które pozwolą żyć. A nie wegetować.

08 maja 2016 r.

Walczę i wygram

(źródła obrazków: www.Pinterest.com; buzzfeed.com)

Print Friendly

4 comments

  1. Coraz lepiej :) nadal mam napady, ale zazwyczaj zdrowe i mniej więcej raz na dwa tygodnie, wiec jestem na dobrej drodze :)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>