Pierwsze urodziny Walczę i wygram.

Ten wpis nie bez powodu powstaje o kilka godzin za późno. Można by powiedzieć, że cały dzień świętowałam urodziny bloga. Brzmi absurdalnie, prawda? Nie zaprzeczam, świętowanie na serio pierwszej rocznicy (sic!) blogowania mogłoby być idiotyczne… gdyby nie to, że mój blog to przede wszystkim udokumentowanie mojej wielkiej przemiany, która we mnie zaszła i którą postanowiłam świętować niedługo po tym, kiedy prawdziwie ją sobie uświadomiłam.

546bec5752553444aa2114bd50c1966b

Używam słów „wielka przemiana”, bo na taki właśnie epitet zasługuje to, co się zadziało w mojej głowie w tych ostatnich miesiącach. Patrzenie teraz wstecz i opowiadanie Wam od początku przekroju mojej historii byłoby nie na miejscu. A przynajmniej byłoby, po prostu, koszmarnie nudne. Zwłaszcza dla tych z Was, którzy są ze mną od początku. Albo tych, którzy nadrobili niedawno zaległości, czytając bloga jednym tchem od początku do końca. W tym miejscu, nieskromnie chwaląc się, że takich właśnie Czytelników mam, chcę Wam podziękować – za to, że jesteście. I jest was dużo! Przeszło dwanaście tysięcy… d w a n a ś c i e  t y s i ę c y  wyświetleń bloga pękło od początku jego istnienia. To średnio tysiąc odsłon miesięcznie. Nie wiem, ile razy sama nabiłam tę statystykę, wracając tu do moich wpisów „na gorsze chwile” albo lustrując swoje wyznania z poprzednich wpisów – żeby sprawdzić, jakiego progresu dokonałam i jak spójne (albo nie) jest moje myślenie. To nieważne. Bo te liczby w zasadzie w ogóle nie mają znaczenia (oprócz tego, że tak dużej liczby w życiu się nie spodziewałam). Znaczenie ma natomiast fakt, że wiem, że jest kilka osób, które regularnie tu zaglądają i szukają pomocy. I które ją znajdują. Jest kilka osób, którym przez ten rok zdołałam przesłać bezpośrednio słowa wsparcia i zdołałam przekazać moje doświadczenia. I są prawdopodobnie setki innych osób, które kiedykolwiek, pośrednio, skorzystały z moich słów zapisanych tutaj. Wiecie co? Bez Was – Waszych maili i komentarzy nie miałabym takiej motywacji do działania. To Wy często ratowaliście mi tyłek, kiedy wchodziłam tu, żeby poszukać ratunku. Dziękuję. Z całego serducha ślę wielkie, ogromne dzięki – zwłaszcza dla kilku osób, które niezmiennie kibicują mi komentarzami i mailami i śledzą moje poczynania od początku, nie raz dając mi wsparcie, niczym prawdziwi przyjaciele. DZIĘKUJĘ!

Kończąc wątek sentymentalny (co piszę bez przekory, bo wzruszyłam się na serio), a wracając do mojej „wielkiej przemiany„, jestem zmuszona kontynuować na dobre zabawę w Samochwałę. Nie będę stała w kącie, ale będę Wam opowiadała tak: odkąd wróciłam na te kilka tygodni do domu, niezmiennie słyszę od znajomych (bliższych lub dalszych), że „promienieję„. Nie chodzi o wagę, o której spadku pisałam (chyba wróciła część zrzuconych kilogramów, bo na emigracji jadłam o wiele zdrowiej niż w domu hahaha). Chodzi o to, że ludzie, których nie widziałam od miesięcy, w nawet krótkiej rozmowie dostrzegają refleks mojego szczęścia. Bo, najmilsi moi, w tym momencie życia, w jakim jestem teraz, jestem naprawdę najszczęśliwsza na świecie.

Nie chodzi mi o bulimię, o której nawet za bardzo nie myślałam w ostatnich tygodniach (chociaż próbowała się wedrzeć zarówno w chwilach stresu, jak i podczas jego gwałtownego spadku – szczęścia z naukowego sukcesu po długim czasie zakuwania). Chodzi o to, co chwilę przed tym, zanim usiadłam do pisania tego wpisu, opowiedziałam moim Rodzicom. To była dłuuuuuuuga, wspaniała rozmowa. Pełna mnóstwa dobrej energii i mocy do działania z mojej strony i mnóstwa dobrej energii, radości i wsparcia ze strony Rodziców… Chodzi więc o taką „wielką przemianę”, która zadziała się w ostatnim roku w mojej głowie, która zepchnęła na dalszy tor piekielny perfekcjonizm, która pozwoliła mi spojrzeć na moje życie z innej perspektywy, dzięki której osiągnęłam spokój umysłu na tyle duży, że wreszcie ułożył mi się mniej lub bardziej szczegółowy plan działania na najbliższe lata. To przemiana, dzięki której podjęłam odważne decyzje, rezygnuję pomału z tego, co złe i biorę się za to, co dobre – przede wszystkim, zaczęłam doceniać moją wartość, wagę osiągnięć, jakie już zdążyłam zgromadzić na naukowym, a nawet wczesno-zawodowym koncie. Doceniam przyjaciół i rodzinę – to, że są i jacy są wspaniali. Dostrzegam dobro, które perfekcjonizm kitrał do niedawna gdzieś daleko za szeregiem głupich wyobrażeń o czymś lepszym. Czymś lepszym niż co? Niż rzeczywistość, która jest wystarczająco dobra, żeby mnie uszczęśliwiać. A czasami nawet lepsza. Czuję się swobodna. Ze sobą, taką, jaka jestem. Szczęśliwa. Z tym, kogo i co mam wokół siebie.

Co do bulimii… Pamiętam, że jeden z tych najgorszych dni w moim dzienniczku żywieniowym (czyli takich dni, który był skażony czarną kropką/kropkami – rzyganiem) zawierał pozycję „zupa ramen”. Tak, wiem, jak absurdalna jest teraz ta uwaga o zupie ramen. Chodzi mi jednak o to, że dziś, zupełnie niespodziewanie, zadzwonił do mnie Brat i zaproponował wyjście na wspólne jedzenie. To niby nic takiego, ale nasze relacje, choć bardzo dobre, były do niedawna ograniczone do bardzo koślawego okazywania sobie czułości. Tym razem spędziliśmy jednak razem wspaniały czas, bawiąc się świetnie i rozumiejąc z każdą chwilą, jak bardzo się kochamy i jakiego farta mamy, mając tak wspaniałe, wspierające, ambitne rodzeństwo, które może ze sobą pogadać nad talerzem dobrego chinola. No więc bawiliśmy się świetnie, jedząc dobrego chinola. Ja – zupę ramen i dwie sajgony (nie, to nie były sajgonki, to były sajgony), a mój Brat – ryż z kurczakiem. I drugą część sajgon. Było super. Ani przez chwilę nie myślałam o niczym ponad to, jak pysznie smakuje to jedzenie i jak pyszne mam towarzystwo. I jak wspaniała jest to celebracja roczku mojego bloga. Powiedziałam Bratu, że nieświadomie zafundował mi (i „Walczę i wygram”) urodzinowy, kulinarny melanż. Wniosek? Nie muszę Wam mówić, jak się ma moja bulimia sprzed roku do tego, co jest dziś. Może nie jestem jeszcze zdrowa na „sto pro”, bo ciągle mam odchyłki, ale jest o niebo lepiej – chora też już nie jestem. Jestem, nadal, gdzieś pomiędzy. Tyle że coraz bliżej zdrowia.

12966252_10208129827956090_1408591299_n

Później, po celebracji zupą ramen, nieskażoną bulimiczną myślą, poszłam na zakupy i kupiłam sobie kilka fajnych ciuszków. Na moje szczęście modne są ostatnio rzeczy, które świetnie komponują się z figurą „gruszki”. Wyhaczyłam więc na super wyprzedażach wymarzone od lat spodnie, które aktualnie nazywają się „mommy jeans” a które (wiadomo, skąd nazwa) nosiła moja Mama (i wiele innych mam) za czasów mojego dzieciństwa. Zdobywając ten nabytek, stwierdziłam, że dobrze jest czasem nosić rozmiar jeansów 42 – chociaż akurat w to 42 ledwie się mieszczę.

Swoją drogą, wymiana zdań z panią w sklepie była super i zasługuje na zapisanie tutaj. Zapytałam panią rozkładającą towar, czy nie mają przypadkiem modelu mommy, ale bez rozszarpanych u dołu nogawek. Ona na to – są na wyprzedaży, ale zostały n a p r a w d ę duże rozmiary. Odparłam, że świetnie się składa, bo mam bardzo dużą pupę. Ciekawe, czy rok temu powiedziałabym to samo?

A wracając do zakupów – zdobyłam też cudne, płócienne szorty z wysokim stanem – rozszerzane u dołu i tym samym pięknie kryjące mój biały zadek Bijons i masywne uda. Kocham to, jak wiele mogę kupować teraz rzeczy, które pasują do mojego ciała!!! To, że akurat te fasony są modne, ma dla mnie o tyle duże znaczenie, że są dostępne w wielu sklepach. Mommy jeans i spodnie dzwony marzyły mi się od dawna, bo pasowałyby do moich kształtów, ale nigdzie nie mogłam ich zdobyć… bo nie były trendi. Podsumowując: dałam się sobie dziś rozpieścić.

12966248_10208130070562155_596825240_n

Nie chcąc zgubić głównej myśli, uprzejmie donoszę, że moja walka przynosi wspaniałe efekty. Autentycznie jestem szczęśliwa a inni to dostrzegają. Zaczynam nie tylko znać na pamięć wszystkie pozytywne memy, jakie da się odnaleźć na Pintereście, ale, przede wszystkim, wiem, o co w nich chodzi. Na początku walki z bulimią wiedziałam, że rzyganie jest złe. Ale rzygałam i nie mogłam przestać. Na początku walki z perfekcjonizmem znałam słowa „bądź dla siebie dobra”, ale były dla mnie pustym frazesem. To nie tak, że pozjadałam teraz wszystkie rozumy świata albo posiadłam jakąś tajemną wiedzę. Ja, po prostu, zaczynam rozumieć siebie i znam swoje potrzeby. Złapałam stery w garść i zaczęłam kierować moim statkiem (to taka moja metafora życia – śpieszę donosić, jeśli mi nie wyszła). Skał Ci na tym morzu pod dostatkiem… ale to tak to na morzu bywa. Tym jak i na każdym innym. Różnica z tym, co było, a tym, co jest teraz, jest taka – zamiast wchrzaniać się co chwila na te cholerne skały, zaczynam kręcić piruety między nimi. I o to chyba chodzi.

Dzięki jeszcze raz, że obserwujecie te moje manewry i że jesteście ze mną. Cieszę się, że mogę komuś pomóc. Uwierzcie mi, że warto próbować podnieść się za każdym razem, kiedy wydaje się, że jest najgorzej i że nie ma się już więcej sił na pokonanie panny B. Nie mogę powiedzieć tego z całą pewnością, bo lekarzem nie jestem, ale bulimia to chyba zawsze jest tylko czubek jakiejś (skitranej w naszej psychice) góry lodowej. Żeby pokonać bulimię, trzeba odnaleźć w sobie tę górę. A potem powoli, powoli odkrywać każdy jej skrawek. Chodzi o to, żeby zrozumieć siebie, swoje cierpienia, potrzeby, radości. I zacząć nad nimi panować, zamiast odcinać je od siebie, znieczulać się jedzeniem i zrzucać na innych winę za to, jak wygląda nasze życie. To nie jest ani łatwe, ani przyjemne. Ale życie wydaje się nam czasami bez sensu nie dlatego, że żremy i rzygamy. Pod jedzeniem i wymiotami kryje się o wiele więcej. Tak było (i jest nadal) u mnie. Mnie się udało – wzięłam stery w garść i, idąc dalej drogą metaforyczną, powoli zmniejszam moją górę lodową (m.in. perfekcjonizm i skrywane żale) do rozmiarów małej górki. I bulimia też nagle wydaje się być nie taka straszna.

Walczcie, bo warto. O siebie i szczęśliwe życie. Piękne jest. Chociaż bywa popieprzone.

10 kwietnia 2016 r.

Walczę i wygram

(źródła obrazków: www.Pinterest.com oraz zdjęcia własne)

Print Friendly

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>