Odpuszczanie

84c2c9fb634b8e695faaf4a6626b927f

Inspiracją do stworzenia tego wpisu było podjęcie pewnej decyzji. Chociaż była ona przemyślana wcześniej na wszystkie sposoby, to największym (a na pewno bezpośrednim) bodźcem do jej podjęcia okazał się, o dziwo, artykuł w gazecie, o której już wiele razy Wam pisałam. Jego fragmenty zamieszczę poniżej – dwumiesięcznik „Coaching”, nr 2/2016, artykuł „Odpuść sobie”, s. 10-19

Mamy 1. kwietnia – ten post to ani Prima Aprilisowy żarcik, ani impreza urodzinowa dla mojego bloga, który wkrótce skończy rok (rok!!!). To, co chcę napisać dziś, to uwiecznienie kolejnego przełomu, jaki dokonał się (którego dokonałam ja) w moim życiu. Niech idzie w eter Internetu i pomaga innym ;)

Odkąd rozpoczęłam terapię, nawracającym problemem było zrezygnowanie z czegoś, co, jak twierdziłam, zabierało mi mnóstwo czasu, energii i nerwów (będę pisać o „tym” w sposób abstrakcyjny, żeby oddać głębszy sens tej rozkminki – ma być w miarę uniwersalna). Temat ten powracał więc w kółko podczas spotkań z psychologiem. Byłam sfrustrowana, załamana – obwiniałam wszystko dookoła za to, że jest mi z „tym” tak źle. I nie potrafiłam wyjaśnić, dlaczego tak się czuję.  Chciałam to rzucić w cholerę, ale jednocześnie brakowało mi świadomości – skąd bierze się brak zadowolenia? Co chcę osiągnąć? Dokąd zmierzam? Nie zdawałam sobie sprawy z tego, że jeżeli coś nie przynosi mi szczęścia i mnie wypala – powinnam z tego zrezygnować. Że to proste jak konstrukcja cepa. A jednak bardzo cieszę się, że zrezygnowałam nie rok temu, ale teraz. Dlaczego?

Ach, to rezygnowanie! Wszędzie się o tym pisze - „porzuć to, co Cię unieszczęśliwia, na rzecz tego, co ma być dla Ciebie lepsze”. Czcze gadanie? Tak, jeżeli za tym porzucaniem nie będzie stała pełna świadomość naszej decyzji, jej powodów, możliwych skutków i tego, czym chcemy zastąpić porzucone zadanie/czynność/związek. Właśnie dlatego cieszę się, że do porzucenia „tego”, co tak mnie niby męczyło, doszło dopiero teraz. „Niby” męczyło? Tak. Niby. Bo wcześniej miotałam się tylko, nieświadoma tak naprawdę tego, że sama sobie szkodzę – perfekcjonizmem, emocjonalnością, zrzucaniem odpowiedzialności za moje działania na innych. Gdybym porzuciła „to” wcześniej, tak naprawdę nie miałabym do tego logicznego powodu – koszmarny stres, pchający mnie w napady? Tak, to byłoby wystarczające uzasadnienie. Jednak dopiero teraz wiem, że to ja sobie kreowałam ten stres i całą resztę zbędnych emocji. Ludzie, z którymi spędzałam czas przy „tym”, byli wspaniali. Ja po prostu nie kontrolowałam wtedy swoich, samo napędzających się (negatywnych) myśli i zwalałam odpowiedzialność za swoje nieszczęście na innych. Chciałam rezygnować, bo coś było nie tak. Jednocześnie, w głębi ducha wiedziałam jednak, że wynoszę z „tego” także bardzo wiele dobrego. I stąd brały się wątpliwości i ciągłe rozterki – jest źle, ale niby dobrze. Czy na pewno powinnam rezygnować?

45f21daaaf9ff7c48c42aed95b649a35

Teraz jest jednak inaczej. To nie rządzące mną emocje, ale nowe cele, jakie sobie wyznaczyłam i rozplanowałam na kolejne lata, zdeterminowały moją decyzję. Wiem, że moje myślenie pt. „niby jest źle, ale nie wiem do końca co” to było najzwyklejsze pogubienie się i brak planów na przyszłość. Od tamtego czasu wiele się zmieniło. Wzięłam wreszcie odpowiedzialność za siebie – mam plan, jestem świadoma kroków, które podejmuję i mniej więcej wiem, z jakim ryzykiem się one wiążą. Odpuszczam „to”, świadoma także wszystkiego, co tracę. Co istotne, nie porzucam czegoś złego. Porzucam coś dobrego, na rzecz (miejmy nadzieję) lepszego. Nie oczekuję, że wszystko musi być perfekcyjne. Wiem tylko tyle, że chcę się rozwijać, sięgać po nowe i czas ruszyć w inną stronę.

Wcześniej nie byłabym w stanie wyjaśnić nikomu sensu podejmowanych przeze mnie kroków. Uzasadnienie brzmiałoby raczej mało rozsądnie. Wtedy wiedziałam tylko tyle, że… nie wiem, czego chcę sama od siebie. Że błądzę. Na szczęście, praca nad sobą popłaca – oto jestem. Ja, świadoma siebie i swoich potrzeb. I już nie ja-perfekcjonistka-do-bólu, ale nowa-ja: nie bojąca się odważnych kroków i patrząca z nową energią w przyszłość. I potrafiąca wyluzować i odpuścić, kiedy trzeba.

Wniosek ze wszystkich moich rozkminek: rezygnowanie może być bardzo dobre i wyzwalające – dokładnie tak, jak czytamy w internetowych cytatach na ładnym tle, ale jednocześnie nie powinno być to rezygnowanie pochopne. Powinno ono wynikać z przemyślanych decyzji i chociażby ogólnego poglądu na to, co chcemy osiągnąć, porzucając nasze „coś”. Co istotne – nie można bać się zmian. Tkwienie w czymś, co nas unieszczęśliwia albo od dawna prowadzi do nikąd, jest bez sensu.  Ważne, by zdawać sobie z tego sprawę i umiejętnie przejąć stery. 

Do rzeczy. Takie „dobre rezygnowanie” nie jest jednak dla wszystkich łatwe. Może chodzić o rezygnowanie ze studiów, zmianę ich kierunku, wyjście z toksycznego związku, zmianę pracy, zmianę miejsca zamieszkania itp. – za każdym razem przed podjęciem decyzji może hamować nas bardzo wiele. Zamiast o tym pisać, podzielę się z Wami fragmentami artykułu, o którym wspomniałam. Zachęcam Was do kupienia gazety i przestudiowania tych kilku stron od deski do deski. Ja najpierw zadowoliłam się e-bookiem, żeby później pobiec już w Polsce do kiosku i wykupić papierową wersję – ten artykuł leci do mojego niezbędnika perfekcjonisty :) Bardzo mi pomógł.

(„Odpuść sobie”, Coaching 2/2016, s. 17)

Gdyby ludzie umieli w odpowiednich momentach przestać,
poddać sie i powiedzieć: »przepraszam, nie dam rady,
to za dużo dla mnie«, uniknęliby np. wypalenia zawodowego
(…) Niestety, w naszej kulturze
istnieje kult wojownika, który woli trafić do kliniki psychiatrycznej
niż powiedzieć szefowi: »ta praca jest ponad moje
siły«. Ludzie wola dać z siebie wszystko, bo wstydzą się swojej
słabości. Wolą być chorymi wojownikami niż zdrowymi
zwykłymi Kowalskimi”.

(…)

Najtrudniejszy w odangażowywaniu sie jest bagaż emocjonalny:
musimy znaszego kroku tłumaczyć sie rodzinie,
przyjaciołom isamemu sobie. (…) wielu ludzi
woli męczyć sie z czymś, co dobrze zna i z czym nauczyło
się żyć, niż ruszyć w nieznane i zafundować sobie uczuciowy
galimatias. W większości rozwiniętych społeczeństw liczą
się takie wartości jak doskonalenie czy poziom mistrzowski.
Odangażowanie się zmusza nas do popatrzenia na to, co zostawiamy
za sobą, w kategoriach porażki. Zaczynamy pytać
siebie: czy naprawdę nie mam w sobie tyle determinacji, by
przetrwać ten, być może, chwilowy kryzys i utrzymać status
quo? Boimy się, że może już tak zawsze będzie: że jesteśmy
skazani na ciągłe zmienianie linii swojego losu. Te niepokoje
mogą zatrzymywać podjęcie decyzji o rezygnacji i powodować,
że ludzie tkwią w relacjach lub miejscach pracy, które
są niebezpieczne dla ich zdrowia psychicznego i fizycznego.

Jedna z najpowszechniejszych sztuczek, które się stosuje
(świadomie lub nie), by nie odpuścić, jest tzw. pułapka utopionych
kosztów. Każdy, kto przepracował w jakiejś organizacji,
która inwestowała wniego, wysyłała na kursy, wie,
że nie jest łatwo pomyśleć sobie: nie po drodze nam. (…)
W przypadku zmiany drogi kariery najbardziej wyhamowujący
jest strach przed opinią najbliższych, przed utratą
szacunku i zaufania ludzi, na których nam najbardziej zależy.

(„Odpuść sobie”, Coaching 2/2016, s. 19)

Jak się dobrze odangażować?


Nie ma idealnego sposobu na odangażowanie się. (…) Na pewno ważne
jest, (…) żeby odróżnić rozczarowanie od prawdziwej utraty motywacji.

(…)

Ważne jest (…) aby po podjęciu
decyzji o zmianie nie zasklepić sie wpoczuciu żalu. „Są ludzie,
którzy są na nie szczególnie podatni – kiedy dzieje się coś trudnego,
przygniata ich poczucie winy, rozterki, żal i obsesyjnie
myślą o tym, co by było, gdyby (…) Jeśli wiemy, ze jesteśmy takim typem, warto się na to przygotować,
(…) – wyznaczyć
sobie czas na zamartwianie się albo uświadomić sobie
swoje lęki, spisać je lub skupić myśli na czymś innym. Ludzie
pod koniec życia najbardziej żałują rzeczy, których nie zrobili.

W artykule tym przeczytamy i znajdziemy jeszcze kilka bardzo, bardzo ważnych rzeczy. Na przykład, krótką infografikę o tym, jak powinien wyglądać nasz proces rezygnowania. A także informację o tym, co właściwie się stanie, jeżeli rezygnacja okaże się błędem? Cóż… odpowiedź Was nie zaskoczy – wtedy trzeba wyciągnąć wnioski i iść dalej – ta złota rada to nie tylko niezbędnik w głowie bulimika, kiedy przyjdzie się zmierzyć z rzeczywistością po kolejnym napadzie. To taki niezbędnik, jak dobrze żyć. Trzeba jednak roztropnie podejmować tego typu decyzje:

Jeśli poczujemy, ze konsekwencje odangażowania ciążą
na nas bardziej niż konsekwencje dalszego trwania, dobrze jest
zastanowić się, czy istnieje mozliwość powrotu do działania
lub rozpoczęcia go od nowa. Musimy raz jeszcze dokładnie
zweryfikować motywacje, jaka nami kieruje i tym razem lepiej
przygotować się na chwile zwątpienia

I jeszcze:

A może dobrą postawą jest powiedzenie sobie: „Zabiorę
się za to, ale kiedy mi nie będzie wychodziło – po prostu odpuszczę”?
– To dość ryzykowne, przypomina degustację. W takim
byciu czy robieniu czegoś na próbę można trwać latami
– w związku, w który się nie angażuję, w pracy, którą wykonuję
na pół gwizdka, czekając biernie na cos lepszego. To pułapka
unikania odpowiedzialności i ochrona przed rozczarowaniem
ewentualnym niepowodzeniem – podkreśla Paweł Pilich.

A teraz mój ulubiony fragment, ostatni akapit tekstu:

Zdaniem Alana B. Bernsteina, najbardziej zadowoleni
ludzie potrafią zarówno wytrwale dążyć, jak i rezygnować.
Wiedzą, kiedy pora skończyć z trwaniem w czymś i zacząć
przestawać. I odwrotnie. Kiedy przestają, przestają naprawdę.
Potem wyznaczają kolejny cel i od nowa zaczynają wytrwale
dążyć. Nie oglądając się wstecz.

Czyżbym była na dobrej drodze do bycia najbardziej zadowolonym człowiekiem? Chyba tak, jak na razie dobrze mi idzie. Dlatego właśnie dzielę się z Wami tymi ważnymi dla mnie przemyśleniami. A skoro każdy jest kowalem własnego losu, to… kujmy żelazo, póki gorące!!! Buziaki :)

01 kwietnia 2016 r.

Walczę i wygram

(źródło obrazków: www.Pinterest.com)

Print Friendly

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>