Dlaczego mam taką frajdę z tegorocznej Wielkanocy? Złota Rada, która rok temu uratowałaby mi Święta.

Jestem już w domu. Od ponad tygodnia. Zdążyłam opowiedzieć Rodzinie o moich śmiałych planach na przyszłość, a oni tylko mi przyklasnęli i zapowiedzieli pełne wsparcie. Co za ulga! Zapomniałam, że mam wspaniałą Rodzinę, na którą mogę liczyć. To takie ważne. Jestem za to ogromnie wdzięczna. Spotkałam także wielu przyjaciół i miałam niezły ubaw, słuchając wszystkich rzeczy, które mnie ostatnio ominęły tutaj, „wśród moich”. Muszę w międzyczasie ślęczeć nad książkami, ale to nie zmienia faktu, że przeżywam teraz cudowne chwile wśród najbliższych.

Chociaż zapowiadałam, że być może wyłożę na stół wszystkie karty – przede wszystkim przed ojcem, który nie ma pojęcia o mojej walce z bulimią, nie zrobiłam tego. Ja i mój Tata… od wielu lat status tej relacji brzmiał „to skomplikowane”. Nie będę Wam wyjaśniać, dlaczego, ale postanowiłam, że pozostawię Go w słodkiej niewiedzy na temat mojej walki. Nie ma potrzeby, żebym go martwiła, tłumaczyła od początku, na czym polega choroba, jak się leczyłam i na jakim jestem etapie. No właśnie, na jakim jestem? Chyba na takim, który następuje po etapie najgorszym. A może ja jestem na jeszcze bardziej zaawansowanym poziomie walki z panną B.? Wiecie, czuję się ze sobą niesamowicie stabilnie, silnie – tak jakby… ogarniam. Naprawdę ogarniam mniej więcej wszystko to, co się dzieje wokół mnie. Czuję, że (może jeszcze trochę pokracznie, no ale…) steruję swoim życiem – od jedzenia po plany zawodowe i naukowe, przez relacje z facetami, zdrowe nastawienie do siebie, swoich potrzeb, swojego organizmu… Wow!!!

Wierzę, że to nie jest kolejny stan przejściowy. Już od dawna wiem też, że nie jest to także stan stały – małe potknięcia będą się zdarzać zawsze, bo są częścią naszego życia. Nie żyjemy w serialu TVN, gdzie każdy jest śliczny, ładnie ubrany i szczęśliwy. „Życie to nie je bajka”, jak to mówią często pewne bliskie mi osoby. Nasze błędy, gorsze dni, zdarzenia losowe, małe lub większe tragedie i złe humory to także część naszego popapranego roller coastera. Nie chodzi o to, żeby prześlizgnąć się przez te gorsze momenty i wyrzucić je z pamięci albo żeby zamknąć oczy i czekać aż przejdą same. Albo dać się ponieść bulimii a potem spuścić w toalecie całą frustrację, złość i jedzenie, którymi się nażarliśmy, zamiast stawić czoła trudom codzienności. Te gorsze chwile są przecież, kurczę, częścią życia i, tak samo jak i dobre chwile, przeminą. Dlatego trzeba nauczyć się żyć pełną piersią – i w tych dobrych, i w tych złych chwilach. W tych złych trzeba dać się ponieść fali życia, ale mieć przy tym twardą dupę i głowę na karku. Działać, ale nie na oślep. Być odpowiedzialnym za swoje życie. Żyć odważnie – czasem rozsądnie, a czasem trochę wariacko. Zależnie od chwili… bo wariatem też trzeba umieć być, żeby życie miało smaczek ;)

No to popłynęłam z tym wywodem. Jak zwykle. A miało być o tym, czemu nie mówiłam Tacie o bulimii. Cóż… być może tylko odwlekam niemówienie Tacie o chorobie „do czasu”. Być może, gdyby przyszło mu do głowy mnie krytykować za wygląd, za jedzenie „nie light” albo coś w tym stylu – być może przyładuję mu z grubej rury, dlaczego nie powinien tego robić. Może. Tymczasem jest… zupełnie odwrotnie. Jechałam tu z obawą, że jak zacznę jeść normalne rzeczy, niezgodnie z reżimem „light”, który narzucałam przez ostatnie lata w domu, to wszyscy to dostrzegą i będą mi wchodzić na głowę. Ale… nic takiego nie ma miejsca.

Moją Mamę i Brata, a także Przyjaciółki (które wiedziały o chorobie i pytały o postępy) wtajemniczyłam w moje „wejście w nową fazę” walki z bulimią - fazę pt. „jem normalne rzeczy, których się boję i przez to staram się na nowo patrzeć na jedzenie jak na… jedzenie, a nie na narkotyk”. Natomiast Tata jak nic niw wiedział, tak nadal nie wie i… nic nie powiedział na to, że jem sobie w najlepsze kanapki albo nie odmawiam sobie ziemniaków przy obiedzie. Kochany Tata, gotuje mi na śniadanie od czasu do czasu kaszę jaglaną albo owsiankę. Bo wie, że lubię jeść zdrowo. Ale jednocześnie nie przychodzi mu do głowy, żeby robić mi uwagi na temat „normalnego” jedzenia. Czyżbym wyimaginowała sobie problem? To wysoce prawdopodobne! Inną sprawą jest to, że mój Tatko nie ogarnia wielu rzeczy i jest mocno roztrzepany, więc może wyleciało mu z głowy, że przed niecałym rokiem wrzeszczałam na niego, gdy w domu nie było odtłuszczonego mleka. Zdecydowanie może być tak, że po prostu nie ogarnął zmiany, jaką wprowadzam w życie. Ważne było więc dla mnie przede wszystkim wtajemniczenie mojej Mamy i poproszenie jej o zaprzestanie mówienia tylko o „fit” jedzeniu, gdy planujemy wspólne posiłki i gotowania tylko takiego jedzenia specjalnie dla mnie. Działa. Jemy zdrowo, ale czasami też „yolo”.

Nastąpiło jeszcze coś, czego się nie spodziewałam. Wszyscy powtarzają mi, że od Świąt Bożego Narodzenia, kiedy to ostatnio się widzieliśmy, „jest mnie mniej”. Dostaję komplementy. I to nie tylko dlatego, że bije ode mnie nowa, wewnętrzna siła, ale przede wszystkim dlatego, że na serio wyszczuplałam. Chociaż nie było to moim priorytetem, to okazuje się, że zaczynają być widoczne efekty zdrowego jedzenia na dłuższą metę (nawet z zachciankami, ale kontrolowanymi mniej lub bardziej)… do tego moje „15 minut dziennie” chyba też trochę zadziałało… Nie mówiąc już o moich ostatnich wypadach snowboardowych lub pieszych wycieczkach co weekend/dwa, o jeżdżeniu na rowerze, gdzie się da i gdy jest pogoda… Moje zrównoważone, aktywne życie działa cuda. Samo. Bez ekstremalnych kroków i rzygania. EUREKA!

Na początku myślałam, że wszyscy wciskają mi kit. A potem stanęłam przed lustrem w swoim pokoju, otworzyłam lustro drugiej szafy tak, żebym mogła widzieć się z dwóch stron i… wow. Faktycznie jest nieźle! Skąd to zdziwienie? Bo w akademiku na mojej „małej wielkiej emigracji” moje jedyne lustro w całym mieszkaniu pozwala mi zobaczyć siebie… od pasa w górę. I nie widzę siebie w okazałości. Być może to lepiej, bo doznałam niezłego szoku, widząc, że moje systematyczne wprowadzanie zdrowych nawyków naprawdę działa. Moje ciało, które traktuję ostatnio tak dobrze, wygląda aktualnie mniej więcej tak, jak w połowie mojej „fit” drogi. Tylko że tym razem, dla odmiany, patrzę na siebie zdrowo i autentycznie podoba mi się to, co widzę. To nie pochwała chudości i afirmacja cielesności, której się tak ostatnio wypierałam. Chcę Wam tylko powiedzieć dwie super ważne rzeczy: po pierwsze – normalne jedzenie i normalna ilość sportu, konsekwencja i regularność prowadzą nasze ciała w dobrą, zdrową stronę. Nie trzeba się katować Bóg wie jakimi dietami i ćwiczeniami. I rzyganiem. Umiarkowanie jest dobre. Drugi wniosek jest taki – w dalszym ciągu nie wyglądam jak miss świata i w dalszym ciągu nie chcę tak wyglądać, ale, do cholery, otworzyłam oczy i chociaż ważę o wieeele więcej niż wtedy, kiedy byłam „fit”, to teraz jestem naprawdę szczęśliwa ze sobą i zadowolona. Patrzę na siebie zdrowo. Nie zakrzywiam obrazu. Wreszcie!!!!!

A teraz przejdźmy do tego, co miałam w głowie, zaczynając pisać ten post. Otóż, w ubiegłym roku, w Wielki Piątek, co pamiętam doskonale – przygotowując mazurki, oblizywałam łyżkę ze słodkimi kremami za łyżką. Potem wyjadałam pół słoika tego kremu, żeby na końcu nafutrować się wszystkimi innymi słodkimi dodatkami, które miałam w zasięgu ręki i żeby aż do późnego wieczora Wielkiego Piątku łapać falę za falą i jeść- rzygać, jeść – rzygać… W Wielką Sobotę było podobnie. W wielkanocną niedzielę starałam się jeść dobrze, ale też rzygałam. Mamy Wielki Piątek 2016, a ja, zamiast czuć się tak…

slide_414510_5255074_free

czuję się mniej więcej tak:

34514cee263d48b2d2a2feeae5827f13

Zero napadu. Zero dziwnego myślenia o jedzeniu. Zero potrzeby nabąblowania się na zapas.

Nie dam Wam żadnej Złotej Rady, jak przetrwać Wielkanoc, a zwłaszcza przygotowania do Świąt, która to Złota Rada ratuje mi dupę w tym roku. W ubiegłym roku, jak już wiecie, nie przetrwałam Świąt. Poległam na całej linii i robienie mazurków skończyło się dla mnie beznadziejnie. Na tyle beznadziejnie, że do dziś pamiętam, jak mniej więcej wyglądała wtedy kartka z mojego dzienniczka żywieniowego… żałośnie, bulimicznie, rzygawicznie i z mnóstwem słodyczy na koncie. Nie dam Wam Złotej Rady, która mi pomaga w tym roku, bo, jakimś cudem, nie potrzebuję tej Złotej Rady. Po prostu, jakoś tak… normalnie patrzę na to całe jedzenie. I na kiełbasy, jajka, pasztety, mazurki, słodkie jajka… Jak tylko uświadomiłam sobie, że czuję się zdrowo, zakomunikowałam to Mamie. Powiedziałam jej, dlaczego właśnie ryczę (wzruszyłam się) – powiedziałam jej, że przecież rok temu byłam w ciemnej i głębokiej jak Rów Mariański dupie. A teraz… teraz „here I am”. Niesamowite, ile może się zmienić w ciągu roku. Naprawdę, naprawdę niesamowite. Jestem z siebie dumna! I wierzę, że tak będzie do końca Świąt!

Jeżeli Wy jednak jesteście aktualnie w takiej dupie, w jakiej byłam ja w ubiegłym roku, przytoczę Wam dość rozsądną radę mojego psychologa (post factum wprawdzie rada ta nie miała znaczenia – psycholog udzielił mi jej po spojrzeniu w dzienniczek żywieniowy). W sumie, było to raczej pytanie, w którym zawierała się Złota Rada – „dlaczego właściwie robiła Pani w ogóle te mazurki?”. To prawda. Jeżeli wiecie, że jesteście za słabi na siedzenie po uszy w słodkościach, które zamiast być dekoracją na mazurki, trafiają do Waszych żołądków, by niedługo potem popłynąć kanalizacją, to, po prostu, nie róbcie tego. Zajmijcie się sprzątaniem a gotowanie zostawcie innym. Nie możecie tak zrobić? To poproście o pomoc. O przysłowiowe  trzymanie za rękę przy gotowaniu. O kontrolę. Nie możecie? Kupcie te cholerne mazurki, zamiast je przyrządzać. Jeżeli jesteście za słabi, to ich w ogóle nie jedzcie, a jeśli nie, to zajadajcie wszystko ze smakiem. I z umiarem. Da się, uwierzcie. Kiedyś w końcu zrozumiemy wszyscy, że jedzenie to tylko jedzenie, które zamiast straszyć, może nas cieszyć – zwłaszcza w towarzystwie rodzin. Poza tym, można starać się uzdrawiać staropolskie przepisy, żeby jedzenie nas mniej straszyło. I nie chodzi o robienie wersji „light” dla celów odchudzania, ale o robienie wersji zdrowych dla celu nieobciążania wątrób całej rodziny i ku lepszemu samopoczuciu. Moja Mama jest mistrzynią robienia dziwnych dań z jajek, ale bez majonezu albo z jego rozsądną ilością, pasztetów z drobiu i takich tam. Jest zdrowo, pięknie, pysznie. Niekoniecznie light, bo to wciąż Święta… no ale da się!

Teraz moje Święta to nie horror, ale mała bajka. Mam nadzieję, że ten post będzie nie tylko dowodem tego, że u mnie jest coraz lepiej. Będzie nie tylko zapisem moich myśli, do których będę chciała wracać. Niech to będzie świadectwo dla tych, którzy nie wierzą, że da się pokonać bulimię… że można ogarnąć swoje życie. Można ogarnąć i pannę B., i wszystko to, od czego uciekamy, pchając się w jej paskudne ramiona. I że„życie to nie je bajka”, ale trzeba cieszyć się każdą bajkową chwilą. I wyrobić twardą dupę, gotową na każdy ostry zakręt, który zdarzy się nie raz. I to też jest ok.

724613b9a95b18dc03bf48f7d4608825

Wesołych, spokojnych, rodzinnych Świąt Wielkiej Nocy. Niech to będą Święta naprawdę radosne. Ściskajcie swoich bliskich, zamiast obejmować kibel i w niego zwracać mazurki. Szanujcie ten piękny czas, nie folgujcie sobie, jeśli nie jesteście na to gotowe, ale też nie wprowadzajcie się w obsesyjne ograniczenia, które mogą Was popchnąć z powrotem ku chorobie. Ale, jeśli jesteście na początku walki i macie świadomość „zapalników” i wiecie, że Wam szkodzą – odpuśćcie. Święta to nie tylko jedzenie. Życzę Wam więc nie tylko żółtych kurczaków i zielonej rzeżuchy, ale, przede wszystkim, złotego środka. A przynajmniej zbliżenia się do niego i wyważenia takich wartości jak Twoje zdrowie, rodzina, szczęście, spokój. Niech one zaważą nad obsesją jedzenia. A jak się nie uda i będzie klapa, to pamiętajcie, że za rok może być super. Słowo honoru. Trzymam kciuki i pozdrawiam!

[EDIT: wycinam kawałek mojego komentarza z dołu] - Ten post powstał w Wielki Piątek, żeby dać Wam to, czego ja na początku Świąt [w zeszłym roku] nie miałam. Ale przypominam – jeśli się nie udało, to nie trzeba przekreślać całej Wielkanocy. Tak jak i nie można przekreślać całej walki z bulimią po jednym potknięciu. Niefortunnie napisałam, że za rok może być lepiej – napisałam tak, patrząc na siebie dziś i na siebie rok temu. W zeszłym roku popłynęłam nie tylko w Wielki Piątek, ale popłynęłam z falą napadów aż do końca… do poniedziałku… Bo nie wiedziałam tego, co wiem teraz. Gdyby nie udało mi się jednak wytrzymać w tym roku bez napadowych myśli, to teraz przynajmniej wiem, że MOGĘ powstrzymać napad w każdym momencie. Rok temu tego nie wiedziałam… i faktycznie przekreśliłam Święta. Ale tak nie musi być! Wyłączamy czarno-białe myślenie :) Będzie dobrze. Walczymy! I świętujemy.

25 marca 2016 r.

Walczę i wygram

(źródła obrazków: https://s-media-cache-ak0.pinimg.com/736x/72/46/13/724613b9a95b18dc03bf48f7d4608825.jpg; www.Pinterest.com)

Print Friendly

8 comments

  1. Ja wczoraj poległam. Nikt o tym nie wie. Ale dzisiaj wstaje nowy dzień. Czy zdąże jeszcze uratować święta?

    • No właśnie :) Dziś też jest dzień, ale powiem więcej. I to działa nie tylko „na Święta” – po każdym napadzie jest nowa chwila, nie trzeba czekać nawet na nowy dzień! Po każdym kęsie MOŻESZ przestać jeść, gdy wiesz, że nie masz kontroli i że zbliża się napad. Po każdym objedzeniu MOŻESZ nie wymiotować. Po każdych wymiotach MOŻESZ spokojnie wrócić do delikatnego jedzenia i wysiłku, zamiast głodować się i/lub wpadać w ciąg obżarstwa i wymiotów na nowo. Ty decydujesz. Chociaż czasem jest ciężko podjąć tę decyzję, to jednak nikt za nas tego nie zrobi. Każdemu zdarzają się złe dni i będą się zdarzać. Tu nie chodzi nawet o ratowanie Świąt, ale o ratowanie Twojego zdrowia i życia! Nie obwiniaj się za to, co się stało i nie wyolbrzymiaj swojego potknięcia, bo zdarzyło się właśnie w Święta, kiedy dookoła jest tyle pokus i jest nam jeszcze ciężej… Nic nie zepsułaś! My tutaj walczymy o życie, ale ta tradycja jedzeniowa i cały rozgardiasz przedświąteczny nam wcale nie pomagają. Głowa do góry, cycki do przodu… :) Święta to piękny czas, ale niech nie kręcą się tylko wokół jedzenia. Znajdź w nich inne, piękne rzeczy – najlepiej nie związane z jedzeniową manią. Niech to będzie przede wszystkim piękny czas z bliskimi, pozwól sobie im pomóc – nawet nieświadomie. Niech rozmawiają z Tobą i odciągają Cię od napadowych myśli. Uda się! Jeżeli jesteś słaba, to może sobie za bardzo nie folguj, ale pozwól sobie na odrobinę normalności. Ty wiesz najlepiej, gdzie jest ta granica. I pamiętaj – za chwilę jest nowa chwila, nie tylko dzień, nie tylko kolejny dzień Świąt. Ten post powstał w Wielki Piątek, żeby dać Wam to, czego ja już na początku Świąt nie miałam. Ale przypominam – jeśli się nie udało, to nie trzeba przekreślać Świąt. Tak jak i nie trzeba przekreślać całej walki po jednym potknięciu. Niefortunnie napisałam, że za rok może być lepiej – napisałam tak, patrząc na siebie dziś i na siebie rok temu. W zeszłym roku popłynęłam nie tylko w Wielki Piątek, ale popłynęłam z falą napadów aż do końca. Tak nie musi być! Gdyby mi się nie udało jednak wytrzymać w tym roku bez napadowych myśli, to przynajmniej wiem, że MOGĘ powstrzymać napad w każdym momencie. Rok temu tego nie wiedziałam… i faktycznie przekreśliłam Święta. Ale tak nie musi być! Wyłączamy czarno-białe myślenie :) Będzie dobrze. Walczymy! I świętujemy. Buziaki!!!

  2. a ja wczoraj zrobiłam sobie swiatczeny cheat day a od dzis powrot na odpowiednia droge; swietnny wpis bardzo lubie zagladac do ciebie’pozdrawiam

    • Dzięki! Fajnie, że odpuściłaś i bardzo mi miło, że odwiedzasz mnie regularnie :) Ja nazwałabym jednak nasze „wyluzowanie”, po prostu… świętowaniem ;) „cheat day” zakłada, że było coś złego w jedzeniu, które jadłyśmy – co kłóci się z kolei z moją najnowszą wizją „jedzenia dobrego i równie dobrego, ale od czasu do czasu”. Ale to moja wizja, nic nie narzucam. Najważniejsze, że czujemy się ze sobą dobrze :) Pozdrowienia!

  3. Bardzo lubie czytac Twoje posty.. No i graty sukcesu! :) wierze, ze juz niedlugo i ja bede mogla powiedziec takie slowa.. Ze bede w stanie siebie zaakceptowac.

    Jestem , tak mi sie wydaje i tak w sumie czuje.., na nowym poziomie, kolejnym.. Mianowicie: jestem swiadoma, wiem, kiedy jem za duzo, wiem , kiedy nie jestem glodna, wiem, ze wymiotowanie to nic dobrego, wiem, ze nawet jak zjem „zakazane” to trudno i musze zapomniec.. Ale mam problem i wydaje mi sie, ze tkwie w tym od ponad tygodnia.. Wydaje mi sie, ze zbliza sie najciezszy etap w pokonaniu tego cholerstwa.. czyli nadszedl czas, zebym pozbyla sie mysli o odchudzaniu i pokochala siebie.. To jest moj problem.. Bo kompletnie nie wiem, jak mam sie za to zabrac, co mam zrobic.. Nie mam.. Punktu zaczepienia..

    Jestem chyba w dupie. :/

    • K., ile czasu minęło pomiędzy tym, kiedy uświadomiłaś sobie te wszystkie rzeczy (BRAWO!) i tym, kiedy po raz pierwszy zwymiotowałaś? A ile czasu minęło, odkąd podjęłaś walkę? Dni? Tygodni? Miesięcy? Niestety, nie budzimy się jako bulimiczki z dnia na dzień. Zanim dopadła nas ta cholera, musiało zadziać się bardzo wiele złych rzeczy w naszych głowach. Dopiero po tym, gdy te rzeczy się zadziały, nasz umysł był w ogóle w stanie stworzyć wystarczający powód do tego, abyśmy po raz pierwszy wsadziły palce do gardła i przytuliły kibel… To był proces. Niekontrolowany, popychający nas w głęboką dupę bulimii, durny proces, nad którym w ogóle nie panowałyśmy. Teraz też bardzo wiele musi się zadziać, żeby odwrócić to chore myślenie. Nie zdarzy się to niestety z dnia na dzień. Ani nawet w tydzień. Co gorsza, teraz musimy znaleźć siły i przejąć kontrolę. Jedyne, co wiem, to to, że to jest długa droga – może chodzić będzie o miesiące, może i o lata. Ale to pikuś w porównaniu z dożywotnim banem na bulimię, który wygramy. Spójrz na moje początkowe posty – było w nich trochę nadziei, mnóstwo niepewności, a jednocześnie wiary, że może będzie lepiej. A potem, z miesiąca na miesiąc, ot tak, zaczęły pojawiać się przebłyski – że może jednak moje ciało nie jest takie najgorsze, że nie zasługuję na to, by nazywać się spasioną świnią, że w sumie, to ja nadal boję się jedzenia, a potem, że jakoś zaczyna być łatwiej. Było kilka przełomowych chwil, ale to wszystko działo się na przestrzeni… roku. Trzy dni temu minął dokładnie rok, odkąd podjęłam terapię! O tym, jak wyglądało mniej więcej pobudzanie tego procesu w moim wydaniu, pisałam tutaj –> KLIK.

      Rozumiem, co czujesz. Ja też wiele razy traciłam nadzieję. To nie jest tak, że obudziłam się ze zdrowymi myślami. One mnie nawiedzały stopniowo. Zauważ, że większość z tych najważniejszych i najzdrowszych myśli, przyszła dopiero niedawno… Wcale nie na początku terapii, ani nawet nie wtedy, kiedy przestałam rzygać. W międzyczasie spędziłam MNÓSTWO czasu na pracy nad sobą – czytałam artykuły, książki… Pisałam tutaj i utrwalałam zdobytą wiedzę i przemyślenia. To bardzo indywidualna droga. Szukaj najlepszych sposobów dla siebie. Eksperymentuj. Na pewno od pracy nad sobą nie będzie gorzej – może być tylko lepiej! I ta praca nad sobą może przynieść o wiele więcej niż tylko posłanie bulimii do wszystkich diabłów :) Trzymam kciuki <3 Cierpliwości! Damy radę

      xoxo

  4. Wczoraj go czytalam :)))

    No tak, masz racje.. Z jednej strony wiem, ze z tego wyjde, a z drugiej.. Nie chce mi sie (?!) juz dluzej w to bawic.. Nie wiem.. Taka niechec do wszystkiego. . Moze to tez czas , zebym wlasnie teraz pokazala, ze zalezy mi bardziej od tego „nie chce mi sie”?
    Czy ta swiadomosc tych rzeczy.. Czy to nslezy traktowac jako sukces? Jako cos wielkiego?

    Dziekuje! <3

    Milego dnia!

    • No pewnie, że to wielki sukces :) Bez tych myśli nie da się zrobić następnego kroku. A ten krok to chyba, po prostu, wytrwałość – w regularnym jedzeniu, w utrzymaniu i rozwijaniu tych zdrowych myśli, o których piszesz, w tworzeniu kolejnych, zdrowych nawyków i rutyny, która pozwoli Ci się utrzymać „w ryzach” każdego dnia. Brzmi jak banał, ale to bardzo trudne zadanie. To na tym chyba polega zdrowienie.

      A co do motywacji… „Ja już nie mam siły”, „to bez sensu”, „przecież i tak nie wygram”, „i na co mi to wszystko”, „przecież da się z tym żyć” – o to chodzi? Też tak miałam – zwłaszcza przed podjęciem terapii, a potem w czasie kolejnych ciągów jedzeniowo-rzygowych. I nadal zdarzają się takie myśli w gorszych chwilach. A jednak umiem je pokonać i idzie mi coraz lepiej. Dlaczego? Bo w pewnym momencie otworzyłam oczy i zobaczyłam, ile zdążyłam już stracić przez chorobę – ile czasu, energii, pieniędzy, pięknych chwil. Zdałam sobie sprawę, jakie to bez sensu marnować sobie życie na tony żarcia i negatywnego myślenia. Na nakręcanie się – jem, bo mi źle, źle mi bo jem, więc zjem więcej… Że takie coś, co miałam z bulimią na karku, to nie było nawet życie, a jakaś durna wegetacja. Potrafiłam zamknąć się na cały dzień pod kluczem, odciąć od świata i znajomych i.. żreć. I rzygać, oczywiście. A przecież każdy dzień może przynieść coś wyjątkowego – możesz czegoś się nauczyć, poznać kogoś nowego, a równie dobrze może Ci nasrać na głowę ptak. Tylko że jeżeli zamkniesz się w tym naszym wygodnym, bulimicznym kokoniku, to zamiast doświadczać nowego, będziesz pogrążać się w dołku. I w ciągu.

      Teraz, na tym etapie walki, oprócz uzdrawiania nawyków i naszej rutyny, jest też najlepszy czas na poznawanie siebie, swoich potrzeb, zainteresowań i pasji – to one mogą Ci pomóc wyjść z dupy, bo uświadomisz sobie, że, w sumie, to lubisz siebie i swoje życie. Nie od razu, ale z czasem… kiedy już odkryjesz, co Cię cieszy, kiedy przejmiesz stery i będziesz tego czegoś robić więcej, to zdobędziesz swoją motywację. Życie samo w sobie jest najlepszą i wystarczającą motywacją do działania. Bo co może być cenniejszego od życia i zdrowia? Kiedy to sobie uświadomisz, będzie tylko łatwiej. A żeby pokochać życie na nowo, czasami wystarczy wyjść z domu i zrobić coś szalonego – chociażby miałoby to być uśmiechnięcie się do 20 nieznajomych w drodze do pracy. Głupio brzmi, ale działa. Pamiętaj – małymi kroczkami do celu <3

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>