Akceptacja ciała cz. II. Dwa słowa o jedzeniu, które straszy.

Ostatni post był trochę chaotyczny, więc pozwolę sobie w kilku słowach uzupełnić go dziś. I dodać kilka nowych przemyśleń.

562596ff7b915945733a04d38f239a94

Nie wiem, czy udało mi się ostatnio przekazać najważniejszą rzecz, o której chciałam napisać – akceptacja ciała to nie tylko pokochanie tego, w co obdarzyła nas Matka Natura, geny i/lub Bozia. To nie tylko szanowanie swojej cielesności i dbanie o siebie – kosmetykami, wypoczynkiem, dobrym jedzeniem i rozsądną ilością sportu. Akceptacja ciała to przede wszystkim przerwanie błędnego kręgu myślenia o odchudzaniu.

Presja tego, że musimy wyglądać lepiej, sprawia, że zaczynamy bać się niektórych produktów i potraw – tych, które nie są „light”. Odmawiamy ich sobie, a potem napychamy się nimi w chwili słabości. A potem mamy wyrzuty sumienia, że przecież jadłyśmy tak „dobrze” przez kilka poprzednich dni i „znowu wszystko spieprzyłyśmy”.  Typowe, czarno-białe myślenie, zamknięte w schemacie zero-jedynkowego postrzegania rzeczywistości. I ciągłej potrzeby chudości, która niby ma nas uszczęśliwić.

A co by było, gdyby tak, zamiast odmawiać sobie jedzenia, które nas przeraża (bo nie jest „light” i na pewno sprawi, że utyjemy), po prostu zacząć pomału wprowadzać to jedzenie do jadłospisu? To kompletne zaprzeczenie teorii „zapalników”, ale to także coś, co praktykuję od jakiegoś czasu sama na sobie. Chyba czas na podjęcie kolejnego kroku w tym kierunku. A jednocześnie zrobienie dwóch kroków w tył z moimi przemyśleniami (witam z powrotem na moim roller coasterze ;) ).

Pisałam Wam, że pod pewnymi warunkami mogę pozwalać sobie na zachcianki – m.in. tylko w towarzystwie innych osób i tylko w przypadku braku „HALT” (hungry, angry, lonely, tired). Co to znaczy? To znaczy, że nadal boję się pewnego rodzaju jedzenia a przyjęte przeze mnie metody nie do końca rozwiązują ten problem. Utrzymują mnie w przekonaniu, że jestem za słaba, by zapanować nad jedzeniem. Nadal zdarza mi się odczuwać, że to jedzenie kontroluje mnie – a nie na odwrót. A moje „metody” walki z bulimią tylko podtrzymują taki sposób myślenia. Nadal istnieją bowiem zakazane sfery zakazanego jedzenia. I, chociaż to, co piszę, jest zrobieniem kilku kroków w tył, to zastanawiam się właśnie, czy aby na pewno już na zawsze będzie istnieć dla mnie kategoria „strasznego” jedzenia? Czy na pewno już zawsze bulimia musi siedzieć mi na ramieniu? Do tej pory przecież skłaniałam się ku myśleniu, że właśnie tak będzie. Na zawsze. Kierowałam się głównie słowami i doświadczeniami innych blogerek, które porzuciły bulimię. Tylko że one nadal żyją w zamkniętym schemacie odmawiania sobie niektórych potraw i ciągłej kontroli. Uważają, że innego sposobu na wygranie z bulimią nie ma. A ja właśnie na nowo zaczęłam wierzyć, że jeszcze wszystko może wrócić do normalności. To myślenie pokrywa się z przesłaniem, które próbowałam Wam już kilka razy przekazać – każda bulimia (i inne zaburzenie odżywiania) jest nieco inne i to, co u jednej osoby może się sprawdzić, u drugiej może być zupełną klapą. Innymi słowy – na bulimię raczej nie ma jednej gotowej recepty i dlatego każdy powinien przede wszystkim wsłuchać się w potrzeby swojego ciała. Wziąć odpowiedzialność za swoje zdrowie i życie i szukać dobrych DLA SIEBIE rozwiązań.  Co się zatem zmieniło w ostatnich dniach?

Otóż, w ostatnich dniach (jak już wspominałam) zaczęłam czytać kilka innych blogów – prowadzonych przez osoby, które cierpią albo cierpiały na binge eating disorder albo przez osoby, które pomagają wyjść z BED. I zaczęłam się zastanawiać, czy przypadkiem moja bulimia nie przekształciła się w inny rodzaj zaburzenia odżywiania – w BED, czyli w kompulsywne jedzenie. No bo, skoro jeszcze czasami zdarzało mi się na przestrzeni ostatnich miesięcy drżącymi rękami wyjadać jedzenie z szafek kuchennych i opróżniać lodówkę, a jednocześnie po takich napadach NIE wymiotowałam, to czy to właśnie nie jest BED? Zajadałam przecież stres i emocje. Kompulsywnie. I NIE rzygałam – podstawowa różnica między BED i bulimia nervosa. Po dłuższej chwili przemyśleń stwierdziłam jednak, że aby mówić o „nowym” zaburzeniu odżywiania, musiałabym mieć takie napady regularnie i znacznie częściej, niż to się do tej pory zdarzało w ostatnich miesiącach. Tak mi się wydaje. Wydaje mi się też, że to coś, co mnie teraz od czasu do czasu spotyka, jest raczej pozostałością mojej bulimii, a nie „nowym zaburzeniem odżywiania”. A, oprócz tego, jest to pozostałość niedoleczonego strachu przed pewnymi produktami i niedoleczonego złego nawyku poszukiwania w jedzeniu pocieszenia (nieświadome przypisywanie jedzeniu nadzwyczajnych mocy). Chociaż wydawało by się, że już dawno pozbyłam się tego rodzaju myślenia, to ono wciąż gdzieś tam się tli.

To, co jednak chcę Wam przekazać, to to, że osoby wychodzące z BED (w przeciwieństwie do teorii „zapalników” przyjętej przez wielu bulimików), propagują raczej teorię powolnego włączania przerażającego nas jedzenia do jadłospisu. Takie włączanie „strasznego” jedzenia ma na celu pokazanie chorej osobie, że to ona ma kontrolę nad jedzeniem, a nie odwrotnie. I że można wygrać z nawykiem przypisywania jedzeniu supermocy, którego jedzenie nie ma. I że można opuścić klatkę wyrzeczeń. Nie chodzi o opychanie się niezdrowym żarciem 24/7. Chodzi o wykreowanie dobrego, zbilansowanego, zdrowego jadłospisu, jednoczesnego nawyku dbania o kondycję ciała i ducha, przy DOPUSZCZENIU „zachcianek” w bardziej cywilizowany sposób, niż pod wieczną kontrolą innych osób i przy obwarowaniu tysiącem dodatkowych reguł.

Pomyślałam sobie, że skoro nie wymiotuję już od dawna, to może powinnam skłonić się ku wypróbowaniu teraz tej drugiej teorii? Chodzi o to, że (mimo, że nie przypisuję sobie „nowego zaburzenia”) to chyba więcej we mnie teraz z BED niż z bulimii. Oczywiście, mam nadzieję, że z medycznego punktu widzenia nie dotyczy mnie aktualnie ani jedno, ani drugie. Zdrowa nie jestem, ale chora też nie. Jestem zawieszona gdzieś pomiędzy tymi dwoma stanami. Moje złe dni to część długiego procesu, ale też norma, która spotyka ludzi, będących w kategorii zdrowych. Tylko że oni niekoniecznie reagują na te złe dni w taki sposób, jak osoba wychodząca z zaburzenia odżywiania. Myślę sobie, że może warto spróbować nie tylko złapać za stery swoje całe życie, co już częściowo uczyniłam, ale także, zamiast chodzić na paluszkach wokół mojego uśpionego zaburzenia odżywiania, zacząć wbijać szpile w samo jego centrum – w strach przed jedzeniem? Może czas opuścić jednak kolejną strefę komfortu w taki sposób, o jakim mówią wychodzący z BED – oswoić „straszne” jedzenie? Wiem, że np. nie powinnam jeść kremów-smarowideł, które uznałam za swój „zapalnik” . Na pewno jeszcze nie jestem gotowa na takie drażnienie samej siebie. Ale jestem gotowa chociażby na jedzenie pełnomlecznych i pełnotłustych wersji niektórych potraw, zamiast stosować ich odtłuszczone zamienniki. Nie chodzi o pożeranie ich wielkiej ilości, tylko o pokazanie sobie samej, że mogę je jeść i od tego nie umrę. Że to jedzenie jest nie tylko bardziej kaloryczne, ale przede wszystkim jest ono pełniejsze w smaku. Prawdziwe. I dla ludzi. Chociaż z moim jedzeniem jest lepiej, to mój mózg nadal boi się takich produktów.

Nie będę zaczynać od zera. Pewien progres już nastąpił w ostatnich miesiącach. Na przykład znowu jem pieczywo (chrupiące, świeże pieczywo zamiast papierowego chrupkiego chlebka). Pozwalam sobie na pełnotłusty jogurt grecki, zamiast wybierać jego wersję odchudzoną. Bo zapomniałam już dawno, jaki on jest pyszny (nie kwaśny, o konsystencji kremu, zamiast leistych sików i nieporównywalnie bardziej intensywny w smaku niż ten „light”). Czasami smażę moje placki bananowe na maśle… To wszystko nie są kroki w tył do czasów, gdy zaczęłam prowadzić swój dzienniczek żywieniowy i pozwalałam sobie na wszystko, co leci, byle zmieścić się w bilansie. Chodzi o rozpoczęcie na nowo etapu, który przeskoczyłam gdzieś pod koniec terapii. Chodzi o etap, który przeskoczyłam wówczas, gdy psycholog kazał mi zacząć stosować zamienniki, zamiast sięgać nieco za często po ekstremalnie słodkie i tłuste jedzenie, na które sobie pozwalałam (w ramach bilansu kalorycznego). Wydaje mi się, że słowa psychologa, które miały mnie tylko nakierować w stronę tworzenia bardziej zbilansowanej diety, potraktowałam na swój sposób „czarno biało” (jak zwykle) i poczułam się w pewien sposób skarcona. Więc, zamiast od czasu do czasu pozwalać sobie w ramach zrównoważonej diety na słodkie i tłuste (normalne) jedzenie – znowu postanowiłam wyłączyć je w 100% i jeść „idealnie”. Tym samym, znowu, wepchnęłam pewną kategorię jedzenia w zakazaną sferę. Zamiast w ogóle zniszczyć w mojej głowie różnice między jedzeniem „dozwolonym” i „zakazanym”, pogłębiłam ten podział. Nie mogę obwiniać za to ani siebie, ani psychologa. Jak by na to nie patrzeć, przez terapię szłam jak burza i wydawało mi się, że nadążam z wprowadzaniem wszystkich zmian. Niestety, chyba to wszystko zadziało się za szybko. Czas więc na wykreowanie w mojej głowie nowych myśli – nowego podziału, ale na jedzenie „dobre na co dzień” i „równie dobre, ale od święta” (NIE ZAKAZANE).

Niedługo wracam do domu na jakiś czas, spróbuję poeksperymentować z innym, „pełnosmakowym” a nie „odchudzonym” (polskim! <3) jedzeniem.

a1855fde8b8d109251746bf6e3374b06

Poza tym, chyba przy okazji najbliższego powrotu do domu, powiem Ojcu o mojej walce z bulimią. Nie wiem, czy Wam o tym wspomniałam, ale w moim domu o terapii i moich zmaganiach wiedzieli tylko Brat i Mama. To oni od czasu do czasu walili w drzwi łazienki, kiedy siedziałam w niej za długo. To mojego Brata posyłała Mama w ubiegłoroczne Święta Wielkanocne, żeby sprawdził, czy nie zwracam mazurków skitrana w łazience na strychu. To Mama pomagała mi wstać z toalety albo z kanapy, kiedy drętwiały mi nogi od kolan w dół i nie mogłam się podnieść (te drętwienia były spowodowane awitaminozą i niskim poziomem elektrolitów, do czego doprowadziłam się przez zwracanie jedzenia nawet kilka razy dziennie). To z Bratem i Mamą mogłam mówić o gorszych dniach i prosić ich o ukrywanie przede mną jedzenia. Ojciec do tej pory jest niczego nieświadomy i zdarza mu się prawić mi uszczypliwe uwagi na temat tego, czy aby na pewno mogę sięgać po nie odchudzone produkty. Taka jego natura – prawienie złośliwych komentarzy. Poza tym, przez kilka lat wprowadzałam w domu reżim jedzenia „light” i wszyscy wiedzieli, że tylko takie produkty pozwalam sobie jeść. Więc tak jakby, na swój sposób, Tata chyba chciał mnie też wspierać w moim postanowieniu. I nieświadomie mi szkodził.

Będę rozmawiać z rodziną o wielu rzeczach, które zadziały się w ostatnich miesiącach w mojej głowie – chcę im przedstawić mój wymyślony niedawno plan na przyszłość. To będzie dobra okazja do wyłożenia wszystkich kart na stół. Także przed Tatą. Nie jestem tylko pewna, czy to jest potrzebne. Może lepiej pozostawić go w słodkiej nieświadomości? Zobaczymy.

Pozdrawiam cieplutko. Liczba odsłon bloga ostatnio wzrasta z każdym postem o kilkaset. To trochę onieśmielające. Mam nadzieję, że moja historia pomaga Wam w Waszej walce o zdrowie i szczęście. Trzymajcie się!

12 marca 2016 r.

Walczę i wygram

(źródła obrazków: www.Pinterest.com)

Print Friendly

2 comments

  1. ja jestem BED; i walcze z tym od 10 lat od 2 tyg. podejmuje juz ostania probe; zastanawiam sie tez czy uswiadomic moja rodzine ze mam taki problem;

    • Gdybym nie wyciągnęła ręki po pomoc do Mamy, Brata a potem do psychologa, nie byłoby mnie tutaj. Ciężko jest zmagać się z tym świństwem samotnie. Bliscy przyjmują informację o chorobie bardzo różnie i nie można ich za to winić. Ważne, by możliwie klarownie, spokojnie i rzeczowo wytłumaczyć im, z czym dokładnie walczymy. Nie tylko opowiedzieć o tym, że to nie „fanaberia” albo „wymysł”, ale problem, który ma swoje imię i medyczną kwalifikację. Trzeba powiedzieć o swoich emocjach i być gotowym na opowiedzenie o tym, jak dokładnie wygląda nasza choroba i jak można sobie pomóc. Albo, przynajmniej, jak nie przeszkadzać. Tak czy siak, to, co powtarzam od zawsze – powiedzenie komuś o swoim problemie to jeden z pierwszych kroków do odhaczenia na liście „to do” walczących o zdrowie. To odważna decyzja, ale warto ją podjąć. Daj znać, jak Ci poszło, jeśli się zdecydujesz :) Powodzenia!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>