Akceptacja ciała

Kilka miesięcy temu stawałam przed lustrem i płakałam. Nienawidziłam się za najmniejszą fałdkę tłuszczu, nawet (a może raczej – zwłaszcza) tę wyimaginowaną. Za dziwny fioletowawy kolor skóry na nogach, kiedy jest mi zimno. Za rozstępy i cellulit. Jeszcze wcześniej znienawidziłam moje ciało za „za duże” stopy (rozmiar 42) i „zbyt wielki” wzrost (178 cm). Miałam obsesję na punkcie ciała i swoich niedoskonałości. A dziś? Dziś jest zupełnie inaczej. Wiem, że niektórych rzeczy w sobie nie zmienię i godzę się na to. Lubię się. I już nie podwijam koszulki do góry, za każdym razem, gdy patrzę w lustro – żeby sprawdzić, czy przypadkiem już schudłam. Zdarza mi się to tylko czasami, ale ten nawyk wyrzuciłam na wysypisko nawykowych śmieci. Już nie zakrzywiam obrazu samej siebie, umiem patrzeć na siebie w miarę obiektywnie – a przynajmniej zdrowo. Nie tylko akceptuję mój wygląd, ale też dbam o siebie od stóp do głów, żeby czuć się w swojej skórze jeszcze lepiej. Lubię to, co mam. Moje kompulsywne zajadanie stresu i złych emocji co prawda tylko jedną nogą (jedną i pół :) ) stoi na wysypisku nawykowych śmieci – nadal, choć tylko okazjonalnie, zdarzają mi się wpadki. Ale to nie zmienia faktu, że wreszcie wyzdrowiało moje podejście do wagi i ciała. W tym zakresie pokonałam zarówno perfekcjonistyczne podejście do mojego wyglądu, jak i tendencje do patrzenia na swoje odbicie w krzywym, bulimicznym, zwierciadle.

Ten post powstaje dlatego, że naczytałam się właśnie inspirujących wpisów na innych blogach. I dlatego, że pisząc w zakładce „jak zacząć walczyć z bulimią”, wspomniałam już o tym, jak ważne jest przestawienie priorytetów i pokochanie swojego ciała. Ale tak jakby zapomniałam, że przecież to pokochanie siebie było jednym z najcięższych elementów dotychczasowej walki i to jest coś, co było na początku terapii po prostu „niemożliwe”. I że nie do końca wytłumaczyłam, o co mi chodzi.

Pamiętam jak pytana o stosunek do mojego ciała podczas którejś z wizyt u psychologa, ze łzami w oczach wymieniałam epitety, którymi siebie nazywałam: „spasiona świnia”, „żałosna galareta”, „wielkie uda”, „ogromna dupa”. Nie wyglądałam wtedy jakoś wyjątkowo gorzej niż wyglądam teraz. Ba… Wiecie, jak wyglądałam nieco wcześniej – kiedy wciąż chciałam się odchudzać, bo wydawało mi się, że wyglądam wciąż nieperfekcyjnie, że mam za duże uda i w ogóle jeszcze daleko mi do ideału… a w rzeczywistości byłam w mojej najlepszej formie? Nie pokażę Wam. Chociaż już raz opublikowałam zdjęcie mojego brzucha z zarysowanymi „abs”, to Wam tym razem nie pokażę. Dlaczego? Ano dlatego, że nie o pokazywanie zarysowanych mięśni brzucha tu chodzi. Chodzi o to, żeby właśnie pozbyć się tego nieustannego porównywania „sprzed i po” i oceniania postępów w walce z bulimią przez pryzmat tego, jak wygląda mój brzuch, pośladki, uda. Ile ważę i jaki noszę rozmiar. Wychodzenie z bulimii to wyjście z nałogu jedzenia, także (a może przede wszystkim) dzięki zrozumieniu, że to nie ciało jest w życiu najważniejsze. Jeżeli zrozumiemy tę prawdę, to zaczniemy szanować ciało. Traktować je jak przyjaciela, który działa w jednej drużynie razem z nami, a nie wroga, którego trzeba zniszczyć. Jeżeli zaczniemy szanować ciało, to i jedzenie zmieni dla nas znaczenie. Zamiast przerażać, jedzenie stanie się czymś normalnym. Na początku – tylko „w miarę normalnym”, a potem (w to wierzę) będzie już tylko jedzeniem. Tak jak kiedyś, przed bulimią – przestanie być narkotykiem i lekiem na całe zło.

Mówisz ‚sadło’? A co to znaczy konkretnie? Brzuch? Pupę? Ramiona? Które części siebie tak bardzo znielubiłam i kiedy się to stało, że nazywam ‚sadłem’? Uważam, że dopóki ‚sadło’ jest oderwanym bytem, zniekształconą masą, za którą kryje się cała góra emocji i przekonań, to nie można mówić o procesie chudnięcia [ani tym bardziej o wyzdrowieniu z zaburzeń odżywiania – przyp. Walczę i wygram]. Uważam, że dopóki nie spojrzę na siebie całą, nie mogę widzieć, a więc i wiedzieć, czego potrzebuje moje ciało. Co więcej, głęboko wierzę, że taką pracę z powodzeniem można odbyć w kręgu kobiet. Trzeba nam się spotykać, patrzeć na siebie, mówić i pracować wspólnie.” (źródło:
http://www.kobietaxl.pl/psychologia/jak-pokochac-wlasne-sadlo.html
). Ten fragment pochodzi z wywiadu, w którym co do zasady chodzi o pokochanie swojego ciała, gdy jest się obiektywnie otyłym. Co innego jednak dotyczy tych bulimików, którzy obiektywnie wcale nie są otyli. Po większości z nas w ogóle nie widać, że mamy zaburzenia odżywiania – albo ważymy ciut za wiele (więc nie może sprawdzić się stereotyp pt. „Zaburzania odżywiania? Aha! To anoreksja?”), albo wyglądamy po prostu normalnie (ja teraz) albo wyglądamy wręcz „fit” (ja na początku choroby). Jedno nas łączy – nieważne, jak wyglądamy – i tak nienawidzimy tego, co oglądamy w lustrze. Wyolbrzymiamy każdą wadę, łapiemy się za najmniejszą fałdkę tłuszczu, wyzywamy się, gardzimy sobą. Chociaż w rzeczywistości wyglądamy dobrze. NORMALNIE.

Jak więc z takiego chorego podejścia niby udało mi się przeskoczyć do tego, o czym piszę? Cóż… Te rezultaty – to, co mam teraz w głowie, a także to, co leży od jakiegoś czasu na wysypisku moich nawykowych śmieci, to efekt długotrwałej pracy nad sobą. Nie tylko terapii u psychologa. Jakimś cudem wreszcie zrozumiałam, że schudnięcie nie jest moim celem numer jeden. Ba, zrozumiałam, że takie myślenie zabija moją radość życia. Że mogę myśleć inaczej i cieszyć się życiem bez względu na wygląd. Że nie tylko mogę tak sobie „wmawiać”, ale że rzeczywiście mogę tak myśleć. I że bez takiego myślenia bankowo nie uda mi się wyrzucić panny B. ze swojego życia. Że ciało to nie ja. Że muszę je szanować, kochać, pielęgnować. No więc do rzeczy – jak zmieniłam myślenie?

Jak wiecie, na przestawienie moich priorytetów duże znaczenie wywarł groźny wypadek, któremu uległam i z którego wykaraskałam się jakimś cudem bez szwanku. Przez kilka sekund, w maju ubiegłego roku, dosłownie miałam śmierć przed oczami. Pisałam Wam o tym. Mówiłam też, że to był taki mój punkt zwrotny w czasie terapii. Ale to nie znaczy, że bez tego nie byłabym tu, gdzie jestem. Oprócz myśli, które przyszły po wypadku, sama stymulowałam mój mózg do tego, aby przestał mi podsuwać na myśl bzdury, gdy patrzę na swoje ciało.

Pierwszym czynnikiem, który miał mnie zacząć uzdrawiać było to, że ważyłam się tylko raz w tygodniu, tylko u psychologa i pod jego okiem – miałam zakaz ważenia się w domu. Wcześniej zdarzało mi się ważyć po kilka razy dziennie. Trochę za dużo na wadze? „O jaka ja beznadziejna – zjem i wyrzygam” – tak było, kiedy obsesyjnie się ważyłam. Dzięki zasadzie psychologa – ważenie tylko na wizytach – trochę się ogarnęłam (teraz nie ważę się wcale, nie wiem, czy to dobrze).

Po drugie, przestałam oglądać się ze wszystkich stron, zawsze gdy idę do łazienki albo gdy staję przed lustrem. Wcześniej koszulka szła w górę zawsze, gdy chodziłam chociażby na siusiu. Takie  niekontrolowane, nawykowe oglądanie, czy już schudłam, czy jeszcze nie, nie pomagało mi pozbyć się chorego myślenia. Nie pomagało pogodzić się z myślą, że to, kim jestem, nie zależy od tego, jak wyglądam – czyli tego, co powinno wyryć się na stałe w naszych mózgach po pokonaniu panny B.,  co powinniśmy odkryć w trakcie walki i co jest w stanie popchnąć nas do przodu, ku wygranej (serio, z tą świadomością jest o wiele lżej).

Po trzecie, mówiłam do siebie (czasami na głos), że jest ok, że wcale nie jestem ani „spasioną świnią”, ani „żałosną galaretą” – chociaż właśnie to podpowiadała mi chora część podświadomości. Dyskutowałam sama ze sobą. Zresztą, takie dyskusje ze sobą to też dobry sposób na odpędzenie od siebie także innych negatywnych myśli (również tych napadowych) i, jak wiecie, nadal stosuję tę technikę. Polecam serdecznie – bycie swoim przyjacielem i mówienie do siebie z dobrocią potrafi uratować tyłek w słabych chwilach.

Po czwarte, zrozumiałam, że jestem jedną z tych osób, które uzależniają swoje szczęście od wyglądu. I postanowiłam to zmienić. Chodzi o to, że zawsze niby wiedziałam, co siedzi w głowach ludzi z zaburzeniami odżywiania i niby podświadomie wiedziałam, że to jest złe, nieprawidłowe… Nie zdawałam sobie jednak sprawy, że ja sama też tak myślę. Jak? Ano w kategoriach „jak schudnę to… (będę szczęśliwa, znajdę chłopaka, będzie mi łatwiej)”. To, że JA jestem jedną z osób, które myślą w ten osób, odkryłam na terapii. Prawdopodobnie bez psychologa oszukiwałabym się nadal, że choroba wcale nie przeżarła mi doszczętnie mózgu. Bo przeżarła. Dopiero z biegiem czasu zrozumiałam jeszcze jedną ważną rzecz. Otóż wtedy, gdy przezywałam moje ciało najgorszymi epitetami, nie tylko robiłam sobie coś złego i kierowałam się chorymi priorytetami, ale, przede wszystkim – nie miałam racji. Byłam wtedy szczupła i, o ironio … nieszczęśliwa jednocześnie.

Po kolejne, staram się dostrzegać, jak piękne i ważne są inne aspekty mojego życia. Jestem wdzięczna za najmniejsze dobro, które mnie spotyka. Włożyłam w ten nawyk na tyle dużo wysiłku, że już w którymś z wrześniowych wpisów mogłyście czytać, jak to stwierdziłam, że myślenie o byciu chudym (i o cielesności w ogóle) – jako o swoim priorytecie, jest po prostu żałosne, próżne i marne. Wybaczcie, jeżeli kogoś urażę tymi słowami – sama byłam w tym miejscu. Ale, tak serio, czy nie mam racji? To cholernie głupie marnować życie na próżne i puste dążenie do określonego wyglądu. Jeżeli nie jesteś modelką albo zawodnikiem fitness, to nie musisz wyglądać jak oni. Oni też nie muszą, ale taki wybrali zawód. Nie ma jednak innego sposobu na dostrzeżenie tych innych ważnych aspektów życia, jak włożyć w to wszystkie siły i zajrzeć w zdrową część umysłu, która chowa nasze prawdziwe priorytety. I starać się patrzeć na świat tylko tą częścią umysłu.

Po tysięczne, wyrzuciłam motywacyjne obrazki, „odfollowowałam” fitstagramy (tak, prowadzenie blogowego instagrama przez te kilka dni naprawdę było głupie), pinteresty i strony na facebooku, z których zionęła afirmacja cielesności i bycia fit. Odcięłam od siebie falę zbędnych informacji i ilustracji, żeby przestać się z nimi porównywać (nawet nieświadomie).

Po ente, chociaż powinno być to na miejscu pierwszym – naprawdę chciałam wyzdrowieć. Zrozumiałam, co sobie robię i że nie chcę żyć w klatce choroby. Nie chcę, żeby bulimia wchodziła w dosłownie każdy aspekt mojego życia. Nie chcę, żeby mój wygląd stał ponad związkami, edukacją. Nie chcę więcej marnować sobie życia.

I w końcu – dałam sobie przyzwolenie na bycie nieidealną. Zrozumiałam, że niektóre fakty są faktami, których zmienić się nie da (proporcje ciała, nawet po schudnięciu; wzrost; kolor nóg, gdy mi zimno; rozmiar stóp; nos; włosy). A innych – nie warto zmieniać (normalne, ludzkie boczki i zadek niczym u Bijons). Bo nieidealnie też jest dobrze.

Nie chodzi mi o to, żeby tym wpisem przekonać kogokolwiek, że ciało to nie sprawa numer jeden w życiu, że to strasznie próżne, żeby myśleć o sobie i swoim życiu z perspektywy numerków na wadze i na metkach ubrań, że chudość szczęścia nie daje i że trzeba lubić siebie. To są wnioski z tego tekstu, ale wiem, że tego nie da się ot tak zrozumieć. Na to potrzeba czasu. Trzeba być cierpliwym i włożyć w to dużo wysiłku. Ale ten proces ma szansę dobiec do tego momentu, w którym jestem i ja. W którym pokazuję Wam to:   

12833254_10207817802715654_1159544881_n

i jest mi z tym dobrze. Nieperfekcyjnie i, cholerka, dobrze. Moje ciało to… TYLKO moje ciało, nie ja. Dbam o nie, ale przede wszystkim dbam o to, co się dzieje w mojej głowie. A w mojej głowie dzieje się tysiąc razy lepiej niż jakieś minus 5 (albo i więcej) kg temu. Na zdjęciu powyżej nie wciągam brzucha – wręcz przeciwnie, wywalam na wierzch oponkę. I nie mam z tym problemu. Jestem NORMALNA. I wiem o tym, że nie wyglądam jak miss. I nie chcę. Chcę być szczęśliwa. Co prawda chcę zrzucić tu i tam centymetr albo dwa, w które obrosłam przez ostatni rok (półtora?) – ale pracuję nad tym małymi kroczkami i nie jest to bynajmniej moim priorytetem. Nie uda mi się to „do wakacji”? Trudno. Ostatnio wolę zjeść coś dobrego i nie prowokować napadu objadania się poprzez odmawianie sobie zachcianki, niż zyskać minusowy bilans kaloryczny. Już teraz chodzę na basen i nie wstydzę się wskoczyć w kostium kąpielowy. Chodzę na siłownię bez obawy, że wszyscy zobaczą, w jakiej jestem formie (a co przerażało mnie po utracie „fit ciała” w ubiegłym roku). Bo nie obchodzi mnie to, co myślą. Poza tym, obecnie sama w ogóle nie oceniam ludzi po wyglądzie, ani nie dopisuję im stereotypowych cech, co czasami mi się zdarzało w przeszłości – wiem, że pucołowaty, „normalny” albo otyły może być uzależniony od jedzenia, a super chudy może być cholernie nieszczęśliwym anorektykiem i jego chudość nie jest emanacją siły, a oznaką choroby, z którą przyszło mu się zmagać. I że nawet ci najbardziej „fit” mogą robić dobrą minę do złej gry, tak jak robiłam to ja. I że w ogóle nie wolno się porównywać z cudzą fizycznością, bo cudzy rozmiar majtek to cudza sprawa. A już na pewno nikt nie powinien być oceniany na podstawie powierzchowności.  Ciało to TYLKO ciało. Duże, małe, chude, kościste, kanciaste, wysokie, małe… Co za różnica? W każdym ciele siedzi człowiek z inną, niepowtarzalną historią i osobowością. Wierzę w takie dziwne coś, jak piękno człowieka, niezależne od jego wyglądu – to, co wyczytujesz ze spojrzenia, z rozmowy, inteligencji, czasami też z niespotykanej „pięknej brzydoty” – tak oryginalnego, że aż cudownego wyglądu. Nie umiem Wam tego wyjaśnić… Ale to piękno, o którym piszę, ma się nijak do wymiarów ciała. To takie ludzkie piękno, na które jestem wrażliwa od zawsze, a zwłaszcza od czasu, gdy odrzuciłam afirmację chudości i bycia fit za wszelką cenę. 

Warto walczyć o zmianę myślenia, serio. Życie jest za piękne, żeby się nienawidzić i patrzeć na wszystko ze złej perspektywy. Powodzenia wszystkim. A z okazji wczorajszego Dnia Kobiet – spóźnione życzenia: żebyśmy były dla siebie dobre, szanowały i kochały prawdziwie – świat, siebie i innych. Bo życie jest piękne. Chociaż czasem wydaje się, że jest do dupy. I to też jest ok.  :*

P.S. Od ostatniej chwili słabości mam się wyśmienicie.

09 marca 2015 r. 

Walczę i wygram 

(źródło obrazka: zdjęcie własne)

Print Friendly

2 comments

  1. nawet nie wiesz jak mnie zmotywował i otworzył oczy; czytajac 4 punkt poczulam sie jakbym „czytala ” swoje mysli; ja rowniez walcze i chce zmienic swoje nastawienie, uniezależnić sie od tego jak wygladam ale byc tylko szczesliwą,po prostu BYC i cieszyc sie z zycia i z tego co mnie spotyka; pozdrawiam i trzyma za Ciebie kciuki; musi byc dobrze

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>