Wyniki eksperymentów. Myśli, które odmieniły moje spojrzenie na bulimię.

Cześć! Dziś będzie kolejny (wyjątkowo) długi post. W tym wpisie wyciągam wnioski z eksperymentów, które ostatnio przeprowadzałam na sobie i o których pisałam tutaj. Już wiem, że czas zakończyć niektóre z nich, przy innych natomiast czas na wypróbowanie nowych opcji. Poza tym, dzielę się z Wami bardzo istotnym dla mnie przemyśleniem (o tym na koniec).

Eksperyment numer 1 – złamanie schematu posiłków 3/3(2)/3/3 

Na początku całkiem łatwo było mi złamać ten schemat. Najpierw kombinowałam z 3 posiłkami dziennie bez żadnych przekąsek. Zaraz po rozpoczęciu eksperymentu odwiedziła mnie natomiast (na prawie tydzień) przyjaciółka z Hiszpanii. Wtedy totalnie rozjechał mi się plan jedzeniowy i potrafiłam jeść tylko 2 (naprawdę) duże posiłki dziennie (w zasadzie bez przekąsek pomiędzy posiłkami). Szczerze mówiąc, żaden z tych planów nie jest dla mnie dobry. Najlepiej czuję się, jedząc 3 duże posiłki dziennie i jedną przekąskę.

Eksperyment uważam za zakończony, odkryłam mój schemat.

Eksperyment numer 2 - nauka okazywania szacunku głodowi – cieszenia się nim

Jedzenie smakuje o wiele lepiej, jeżeli jest się głodnym, to prawda. Jednak przypomniałam sobie przy okazji tego eksperymentu, że ja na przykład muszę być bardzo ostrożna, aby nie przegiąć w drugą stronę. Dlaczego? Są dwa powody.

  1. Czuję się bardzo słabo, gdy jestem bardzo głodna – mam mroczki przed oczami, ssie mnie w żołądku i jestem rozdrażniona. Na dodatek, takie jazdy mam bynajmniej nie po całodziennej głodówce. Wystarczy, że wypadam poza schemat 3-4 godzinnych odstępów między posiłkami i zaczyna się sajgon w moim organizmie. Wniosek jest prosty: nie mogę czekać dłużej niż 4 godziny do kolejnego posiłku. W innym wypadku czuję się, po prostu, źle. I to nie tylko fizycznie. Co gorsza, staję się (głodną) zołzą, której nie poznają znajomi…

  2. Drugi powód jest jeszcze ważniejszy – główną przyczyną moich ewentualnych napadów zawsze był fizyczny głód. Dlatego tak dobrze sprawdzał się u mnie dzienniczek żywieniowy i dlatego nie mogę dopuszczać do stanu, gdy jestem „zbyt” głodna. Nauka jedzenia o odpowiedniej kaloryczności i w odpowiednich odstępach czasu – to właśnie najskuteczniejszy sposób na pokonanie napadów objadania. Przynajmniej u mnie tak jest i było. I pewnie będzie zawsze. Potrzebuję po prostu wypracowanego schematu i regularności. Głodu, oczywiście, też – ale nie takiego, który wprowadza mnie w stan opisany powyżej. Potrzebuję lekkiego ssania w żołądku, dzięki któremu będę umiała docenić bardziej smak posiłku.

Ten eksperyment też należy zakończyć. Będę kontynuować dobre praktyki i wnioski, jakie z niego wyciągnęłam.

Eksperyment numer 3  – słuchanie wewnętrznego głosu i zaspokajanie zachcianek

Okazuje się, że, owszem (w przeciwieństwie do wielu osób, których „zapalnikami” są wszelkie słodycze/fast foody) mogę pozwalać sobie na małe przyjemności jedzeniowe, ale tylko pod warunkiem przestrzegania pewnych zasad:

  1. powinnam zawsze zaspokajać zachcianki w towarzystwie innych

    i tylko wtedy:

  2. gdy nie czuję, że jest to „czas fali” albo że właśnie się on zbliża (oczywista oczywistość, którą jednak trzeba powtórzyć);

  3. gdy wiem, że z tym posiłkiem nie będą wiązać się wyrzuty sumienia (czasami nadal mnie one dopadają… a czasami nie – i wtedy właśnie mogę zjeść coś „zachciankowego”);

  4. gdy nie jestem wściekle głodna, sama, zła, przemęczona (sprawdzona metoda HALTHungry/Angry/Lonely/Tired).

Innymi słowy – muszę czuć się „w stanie” zjeść coś wyskokowego – mieć na to ochotę, a przy tym dobry nastrój i, przede wszystkim –muszę umieć cieszyć się tym posiłkiem w danym momencie i doceniać każdy jego kęs. Jeżeli nie umiem cieszyć się jedzeniem, które mam na talerzu i które jest czymś „wyjątkowym, zachciankowym, trochę mniej zdrowym” – wiem, że powinnam to odłożyć. I że nie powinnam po nie w ogóle sięgać w przypadku HALT. Wiem to, ponieważ po tylu miesiącach od zakończenia terapii i po całym tym ostatnim eksperymentowaniu, sprawdziłam to na sobie. Jeżeli nie przestrzegam wszystkich powyższych zasad,pozwolenie sobie na „małe co nieco” bardzo utrudnia pokonanie fali (która i tak przychodzi w opisanych powyżej sytuacjach).

Poza tym, w związku z tym eksperymentem wyszło na jaw jeszcze kilka rzeczy:

  1. potwierdziło się, że nie mogę trzymać w domu słoików ze słodkimi kremami, które, jak się okazuje, są moimi zapalnikami!!!!(EUREKA! ZNALAZŁAM „ZAPALNIKI”!!!) O co dokładnie chodzi? Ano o Nutellę, masło orzechowe i inne tego typu smarowidła – uwielbiam je i niestety nie mam wrażenia, że są za słodkie albo za tłuste, aby zjeść je w dużej ilości. Bardzo rzadko umiem cieszyć się nimi, jedząc małą albo i nawet normalną porcję. W takiej ilości nie umiem w ogóle zaspokoić „zachciankina nie (jeżeli jeszcze nigdy nie słyszałeś o jedzeniowych „zapalnikach”, o których mówi Anna Gruszczyńska (www.wilczoglodna.pl) to już wiesz, o jakie jedzenie chodzi – zapalnik to produkt napadotwórczy).Nie dość, że te wszystkie kremy łatwo wprowadzają mnie w stan „fali”, to na dodatek ich opakowania starczą (teoretycznie) na wiele porcji. Czyli idealnie „nadają się” na napad… no, może dwa napady…

    Muszę się Wam przyznać, że właśnie w czasie eksperymentu pierwszy raz, odkąd pamiętam, kupiłam słoik nutelli (okazją były odwiedziny przyjaciółki, która jednak kremu nie tknęła, co sprawiło, że mogłam jak na dłoni sprawdzić, że nutella jest moim zapalnikiem). Podświadomie wiedziałam, że nie mogę sobie na nią pozwolić. Czyli, po raz kolejny, intuicja podpowiadała mi prawdę. To samo tyczy się zresztą masła orzechowego, które tym razem kupiłam zaraz po tym, jak wsunęłam w dwa dni słoik nutelli – pomimo że moja silna wola nie wytrzymała, przynajmniej eksperyment doprowadził mnie bardzo do ważnych wniosków;

  2. odkryłam też, że np. z lodami już nie mam takich problemów –stąd pewność, co do odkrycia moich zapalników;

  3. zjadłam j e d n e g o pączka w Tłusty Czwartek i przeżyłam bez napadu, co jeszcze raz potwierdza wszystko powyżej.

Ten eksperyment z całą pewnością nie jest zakończony. Będę nadal obserwować reakcje mojego organizmu na kolejne próby, na jakie wystawiam się kolejnymi zachciankami”. Niektóre wnioski mogę potwierdzić już teraz –wiem, co na zawsze skreślić z listy zakupów, czego nie kupować i nie jeść (a na pewno nie w samotności) i wiem, kiedy ewentualnie mogę pozwalać sobie na „dozwolone” zachcianki.

Eksperyment numer 4 – testowanie silnej woli i zostawianie odrobiny niedojedzonego jedzenia na talerzu.

Cóż, u mnie w domu zawsze wszyscy jedli bardzo dużo (duże porcje) i dość szybko. Trudno jest mi się przyzwyczaić do myśli, że mam wyrzucić nawet odrobinę jedzenia. Cel eksperymentu miał być taki – należało sobie udowodnić, że nie muszę jeść wszystkiego, co mam na talerzu. Powiem tak… w czasie trwania eksperymentu czasami mi się to udawało, ale wewnętrznie mnie po prostu skręcało, że mam coś wyrzucić. Dlatego, gdy gotowałam „idealne” porcje na jeden raz, raczej nie zostawiałam nic na talerzu.

Natomiast, przy okazji tego eksperymentu potwierdziłam jeszcze jedną prawdę – nie powinnam gotować więcej niż 1 porcję, jeśli gotuję tylko dla siebie. Czytaj: nie powinnam gotować „na zapas” na kilka dni. Wyjątkiem są może tylko zupy. Nawet, jeśli ugotuję „na zapas” warzywa, to raczej pochłonę ich całość… bo „nie najadłam się i wezmę dokładkę”. To jest podobno naukowo udowodnione – jeżeli wiemy, że mamy w kuchni dokładkę, to jest bardzo prawdopodobne, że i tak ją zjemy. Zjemy, nawet jeśli niekoniecznie jesteśmy nadal głodni, bo nasz umysł świruje i myśli, że nadal potrzebuje jedzenia. A dlaczego nasz umysł świruje? Bo wie, że może dostać dodatkową porcję. Jeżeli natomiast jemy mniejszą porcję „bez perspektywy” na więcej – najadamy się „szybciej” i nie myślimy o żadnej dodatkowej porcji. Polecam filmik „Psychodietki” na YouTube, w którym opowiada ona, jak dokładnie działa nasz umysł i jak jeść mniej.

Jeżeli nie ma szans, abyś nie nie przygotował jedzenia na zapas (np. dla rodziny) – zapas ten należy skitrać głęboko w lodówce i nie prowokować swojego organizmu.

W przypadku mięsa i ryb praktycznym rozwiązaniem na nieprzygotowanie dodatkowych porcji na zapas jest kupowanie ich ilości nawet na kilka dni, a następnie trzymanie ich w marynacie i sukcesywne przygotowywanie – w „pojedynczych” ilościach każdego dnia. 

Dobrą metodą jest też zmywanie naczyń. Nawet jeśli masz w domu zmywarkę, w momencie, gdy zawrócisz się do kuchni po to, by sięgnąć po dokładkę, zabierz się za zmywanie. Najpierw umyj swój talerz i sztućce. Potem ewentualnie przerzuć resztki do pojemników i schowaj je głęboko w lodówce. Potem zabierz się za zmywanie garnków, czy patelni. Dajesz sobie tym samym czas na ochłonięcie i włączenie racjonalnego myślenia. I odwalasz najgorszą robotę ;) 

Eksperyment numer 5 – testowanie nowych zamienników

Zdecydowanie daje radę wspomniana tutaj woda z cytryną. Napoje „zero” też nie są najgorsze, ale w mojej głowie uruchamiają one proces pt. Oho! Ruszyło słodkie, jesteśmy na fali!”. Dlatego nie mogę z nimi przesadzać. Poza tym świetnym dystraktorem są kolorowanki dla dorosłych, o których zbawiennej mocy pisałam w ostatnim wpisie. A już w ogóle najlepszym sposobem na napady są, jak wiecie, zbilansowana dieta, unikanie HALT i rozsądne dozowanie „nie-zapalnikowych” zachcianek (tak, mogę to powtarzać w nieskończoność, ale lepsze jest nie wywoływanie wilka z lasu w ogóle, niż chwytanie się zamienników… balans… balans i harmonia nas uratują! :) ).

Eksperyment numer 6 – opowiadanie komuś bezpośrednio i regularnie o tym, że czuję, że bliża się napad i mówienie o tym, dlaczego on się zbliża

Cóż, od poprzedniego wpisu zmieniło się tylko to, że rzuciłam księcia-dupka i już nie facet, a przyjaciółka pomaga mi rozmową w czasie, gdy wyczuwam „falę”. Mówię nie tylko o tym, że „fala” nadchodzi – mówię przede wszystkim, DLACZEGO ona nadchodzi. Najczęściej przyczyną jest jedna z okoliczności wskazanych w metodzie HALT (hungry, angry, lonely, tired). Tyle w temacie.

Eksperyment zakończony. Zakończony w ten sposób, że wiem, że ta metoda działa.

***

12695592_10207600841731765_44810227_o

Od czasu wpisu, w którym opisałam Wam powyższe eksperymenty, minęło dokładnie 51 dni. W tym czasie podjęłam jeszcze kilka innych eksperymentów. Jednym z nich było wprowadzenie (po raz tysięczny) regularnych ćwiczeń, ale nową metodą. Znowu złapał mnie leń, a pilates ćwiczony w domu przestał cieszyć. Zaczął nużyć. Wprowadziłam więc zasadę „15 minut dziennie” - tyle ćwiczeń minimalnie mam wykonać 1 dnia. To tak niewiele, że zawsze, gdy łapie mnie leń-gigant i „omamo, tak bardzo mi się nie chce” – po 15 minutach ćwiczeń na macie i tak stwierdzam, że było to za mało i ćwiczę drugie tyle. A to już robi 30 minut. Poza tym, tylko takie ćwiczenia nie sprawiają mi frajdy. Kiedy tylko mogę, dużo jeżdżę na rowerze i pogodziłam się znowu z basenem. Wyjeżdżam ze znajomymi na krótki wypady snowboardowe. Nie jestem, jak widzicie, totalnym leniem kanapowym. Jestem osobą co do zasady aktywną. Po prostu ćwiczenia w domu zaczęły mnie nużyć i znalazłam sposób na oszukanie tej nudy :)

***

Drugim dodatkowym eksperymentem, który teraz opiszę, jest coś, co ustanowiło jeden z punktów zwrotnych mojej terapii. Chodzi o wprowadzony przeze mnie na jakiś czas sposób pt. „zapominam o bulimii”. O co chodzi? Otóż, w pewnym momencie uświadomiłam sobie, że walcząc z nawrotami/napadowymi myślami, wpadam w lekką (a może i zupełnie poważną?) PARANOJĘ i myślę wtedy tylko i wyłącznie o tym, co jem, że mam bulimię i że jest znowu niedobrze, że ciężko, CZARNO-BIAŁO itd… Wobec powyższego, „inteligentnie” postanowiłam, że eksperymentalnie „odstawię na bok bulimię” i będę żyła tak, jakby jej w ogóle nie było. Nawet przez chwilę mi się to udało, ale, co oczywiste, „odstawienie” bulimii oznaczało też igranie z regularnością posiłków, kupowanie znowu masła orzechowego… jedzenie duuuużych porcji jedzenia, „bo czasem można” (czasem było zawsze)… usprawiedliwianie się po zjedzeniu połowy słoika nutelli, że „przecież normalni ludzie też tak czasem mają”. No to prawda, podobno mają. Ale im nie przyjdzie do głowy, żeby po takiej „zachciance” sięgnąć po kolejne produkty, które razem dadzą nam około 3500 kcal. Dlatego, jak się domyślacie, długo tak nie pociągnęłam – to panna B. znowu próbowała mnie pociągnąć ze sobą na dno. Ale się nie dałam, zakończyłam eksperyment.

Wniosek: chociaż tak bardzo chciałabym zapomnieć o bulimii i udawać, że jej nie mam, to, niestety, nie mogę tego zrobić.Kiedy doszłam do tego wniosku, bardzo mnie to zasmuciło. Nawet teraz trochę ściska mnie w gardle. Wiem jednak, że muszę sobie wybaczyć, że w ogóle wprowadziłam się w sidła bulimii. Wprowadziłam się w zasadzie na własne życzenie – moim próżnym i pustym dążeniem za wszelką cenę do „okładkowego” wyglądu. Do efektu, który (naprawdę nie wiem, po jaką cholerę) tak bardzo chciałam osiągnąć. To znaczy wiem, po co. Byłam zaślepiona i wierzyłam, że coś mi to da, gdy będę chudsza i z sześciopakiem. Że będę szczęśliwsza a życie piękniejsze. To, co mogę zrobić teraz, to przestrzec innych – nie idźcie tą drogą. Jeżeli nie jesteś szczęśliwa teraz, to co da Ci sześciopak albo płaski brzuch, chude uda? Może dadzą Ci kilka chwil uczty dla Twojej próżności i trochę dobrego samopoczucia. Potem i tak ogarniesz, że dla sześciopaku tak naprawdę zrezygnowałaś z życia i nie masz się czym cieszyć… może nawet nie masz się z kim cieszyć tym Twoim sześciopakiem, czy tam nowym, zmniejszonym o ileś-tam numerkiem na wadze. Ty to Ty. Ty to nie Twoje ciało. Obudź się i żyj, zamiast koncentrować się na cielesności! Nie odrzucaj innych ludzi. To oni mogą Ci pomóc z tego wyjść. Ja zmarnowałam za wiele czasu, żeby dostrzec, jak wartościową osobą jestem, nawet mając małą oponkę i cellulit. O zgrozo! Tak się tego bałam te kilka(naście) miesięcy temu! Wtedy wyglądałam o niebo lepiej, ale byłam wtedy nieszczęśliwym człowiekiem. Teraz jestem szczęśliwa. I daleko mi do sześciopaku.

Jednocześnie mogę Wam przyznać (z ręką na sercu), że moje ciało jest dla mnie aktualnie czymś innym, niż było kilka miesięcy temu. Moje ciało jest… ucieleśnieniem mnie i maszyną, która ma na celu przeprowadzić mnie przez życie. I dlatego zasługuje ono na dobre traktowanie. Wiem, że moje ciało nie jest tym samym, czym jestem ja. Wiele o tym już pisałam, ale napiszę po raz kolejny. Proces myślowy, który towarzyszył mi przez miesiące, przedkłada się na efekty. Dowody? Proszę bardzo – napady, zakończone rzyganiem, jakie spotkały mnie chociażby w Boże Narodzenie, były raczej wyuczoną reakcją organizmu na stres i złe emocje. Były „oczyszczaniem” się ze złych emocji tak samo, jak z jedzenia. Napady te nie były sposobem na schudnięcie. Teraz, kiedy wracam myślami do tych napadów, wiem, że wtedy nie miałam kontroli nad swoim świeżym związkiem (książę-dupek milczał wtedy przez dwa tygodnie). Wzięłam się więc za jedzenie i wymiotowanie – żeby udowodnić sobie, że mam kontrolę nad czymkolwiek w moim życiu. Nie chodziło mi o odchudzenie się. Chodziło o żałosną reakcję na stresującą sytuację. Wiem, że teraz nie mogę do tego dopuścić – ani do stresu jakimś-tam dupkiem, ani do takiej mojej reakcji.

Poza tym, już nie nazywam się „spasioną świnią”, choćbym widziała cellulit trzęsący się przy wykonywaniu ćwiczeń. Wcześniej gadałam tak do siebie, patrząc w lustro. Tak, mówiłam tak do siebie, nawet widząc mój zarysowany kaloryfer. A może wcale go wtedy nie widziałam? O losie… o ironio…

Nadal miewam słabe dni, ale każdy je miewa. Sęk w tym, że nie nienawidzę już mojego ciała.

Ok, odeszłam od głównego wątku. Ale nie przez przypadek użyłam powyżej słów „żeby udowodnić sobie, że mam kontrolę nad czymkolwiek w moim życiu”. Jak Wam już wspominałam w poprzednich wpisach, w ostatnim czasie miałam w głowie wielgachny chaos i zastanawiałam się nad sensem tego, co aktualnie robię w kwestii mojej nauki i przyszłej kariery. Szło to w parze z zamartwianiem się, stresowaniem i w rezultacie z tym, co nazwałam już kilka razy nawrotami i które nawrotami chyba nie były – bo nie wróciłam do rzygania regularnego przez dłuższy czas – ale mniejsza o to… W tym miejscu po raz kolejny chcę Was odesłać do złotej reguły HALT – przecież kiedy jesteś w dołku, to właśnie tak się masz – lonely, angry, tired… i mentalnie hungry.

A wracając do głównego wątku… kiedy ostatecznie okazało się, że „zapomnienie o bulimii” nie działa, zrobiłam inny myk. Usiadłam i obejrzałam kilka motywacyjnych filmików (zapisałam je w Zakładce „Linki, które leczą” pod hasłem „Motywacja”). Następnie (zamiast przysłowiowej kartki i ołówka) otworzyłam nowy plik, który po fakcie nazwałam „planem działania”. Po burzy mózgów, jaka towarzyszyła mi zaraz po obejrzeniu motywujących filmików, przyszło mi do głowy wiele pomysłów – co mnie interesuje tak naprawdę? O czym marzyłam kilka lat temu, ale odłożyłam to na bok? Czy te marzenia mogą stać się racjonalnym planem? Co mogę zrobić, by zrealizować te marzenia?

Okazało się, że moje marzenia mogą stać się racjonalnym planem.

 e6248d801ddd9ca3da6023a0b62f28ab (1)

Najpierw ułożyłam hasłowo pomysły „staż tu”, „staż tam”, „dyplom”, „master za granicą”, certyfikat językowy, zmiana firmy, w której pracuję… Następnie ułożyłam te wszystkie pomysły chronologicznie – tak, aby miało to ręce i nogi, żeby było to realnie możliwe do zrealizowania w danym przedziale czasowym, i żeby zbliżyło mnie do tego, co umieściłam aż na szczycie. Na szczycie pojawił się bowiem staż w organizacji międzynarodowej. To o nim zawsze marzyłam, ale wymazałam to marzenie z pamięci. Uznałam za zbyt nieosiągalne. Zbyt oderwane od rzeczywistości.

9b16f45bc2cc97c25b9e6128205bb61d

Rozłożyłam zadania na kolejne dwa/trzy lata. To nie są zbyt dalekosiężne plany, ale przede mną dużo odważnych kroków, które podejmę, by znaleźć się aż na końcu tej mojej osi czasu. Jeżeli nie powiedzie się ten plan, mam awaryjny, bezpieczny.

Dlaczego poruszyłam ten temat? Po pierwsze – dlatego, że chaos, o którym pisałam, nagle zamienił się w klarowny, skonkretyzowany plan działania. Tak niewiele trzeba było do jego stworzenia. Trochę kreatywnej atmosfery, inspiracji motywacyjnymi filmikami i kartka papieru (w moim przypadku plik w wordzie ;) ). To, od czego moje myśli próbowały uciec i uciekały… w stronę lodówki, ogarnęłam sama. Wreszcie. Na terapii nie raz poruszony został temat tego, co oznacza dla mnie wywoływanie wymiotów po napadzie obżarstwa. Wychodziło wtedy na jaw, że, między innymi, ale i w głównej mierze, wywoływanie wymiotów było u mnie sposobem na pokazanie, że coś doprowadzam do końca. Przejmuję stery. Kontrolę. Dlatego tak ważne jest to, o czym Wam właśnie napisałam. Może i Wy macie podobnie? Może i u Was bulimia jest sposobem na ucieczkę od rzeczywistości i skitranie się z głową w kiblu, zamiast zmierzenia się z wyzwaniami życia?

dee8772811acb751e12dececeeec3ab7

Zaraz za poukładaniem chaosu w mojej głowie przyszła kolejna myśl – nie mogę udawać, że nie mam bulimii i po prostu o niej zapomnieć, bo wiem, że skończy się to źle. Mogę natomiast przejąć kontrolę nad swoim życiem, podążać wyznaczonym planem, chwycić za stery i bulimię zepchnąć na drugi tor.Tak, żeby moje życie kręciło się wokół spełniania marzeń, a nie wokół bulimii. 

Pozwalałam pannie B. wkraczać zawsze wtedy, kiedy było mi źle. Czas zacząć żyć tak, żeby każdy dzień mógł byćtym szczęśliwym dniem”. Bynajmniej nie takim sielskim, anielskim – każdy dzień powinien być dniem pełnym wyzwań i pracy, ale też odpoczynku i chwil z przyjaciółmi, rodziną. I takim, który będzie zbliżał mnie do spełnienia marzenia – dojścia do celu, który sobie (wreszcie) wyznaczyłam. To dążenie musi być jednocześnie racjonalne i wyważone – tak, aby perfekcjonizm na nowo nie zepsuł całego dobra, które ostatnio poukładało się w mojej głowie.

fd517f07eeb380a84acb26711d87646b

Brzmię jak jedna z tych nawiedzonych osób, których przemowy wyświetlają w motywacyjnych filmikach (filmikach, których się naoglądałam)? Możliwe. Ale to dobrze, bo podobno do takich „świat należy”. Do odważnych.

To jest właśnie ta myśl: chcę żyć odważnie i skupiać się na realizacji pasji i marzeń. Wychodzić ze swojej strefy komfortu. W wolnym czasie będę robić to, co przynosi mi najwięcej szczęścia. I spróbuję nie pozwolić bulimii na wkroczenie z kolejnym nawrotem. Spróbuję nie mieć czasu na bulimię. Nie zapracowując się na śmierć, tylko raczej – będąc szczęśliwą z tym, co robię ze swoim życiem. Chcę omijać HALT-owe okoliczności i chcę korzystać z wypracowanych metod (łącznie z Lionelem, który nadal wisi u mnie w kuchni i odstrasza od obżarstwa w chwili słabości). Tak. Chcę, przede wszystkim, przestać kręcić się wokół panny B. Ale nie zapomnieć o niej i udawać, że nie istnieje. O nie. Czas zrobić wszystko, żeby przestać definiować się przez pryzmat tego świństwa. Trzymajcie kciuki. Ja trzymam za Was cały czas. Dzięki, że jesteście :*

 06 lutego 2016 r. 

Walczę i wygram 

(źródła obrazków: www.Pinterest.com; zdjęcia własne)

 

Print Friendly

2 comments

  1. Dziękuję Ci za wszystko o czym tu napisałaś :) Stawiasz mnie właśnie na nogi… tych informacji było mi trzeba :) Dziękuję raz jeszcze! :*

Odpowiedz na „~rozaAnuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>