Nowe dystraktory i pomysły na wyparcie napadowych myśli

Cześć! Mój cudowny „flow” z poprzedniego wpisu zdążył się niestety wypalić (i tak jestem z siebie bardzo dumna, bo dzielnie trzymałam się przez ponad tydzień!). Po tym czasie pojawiły się w mojej głowie (nie zgadniecie) negatywne, ale też… napadowe myśli. „Fala” przychodziła za „falą” a ja nawet raz popłynęłam razem z nią, zamiast na niej. NIE wymiotowałam ;) O tyle dobrze. Ale kolejne mini nawroty sprawiły, że trochę się podłamałam. Znowu wróciłam do czarno białego myślenia: „Przecież psycholog oznajmił mi w wakacje (lipiec 2015!!!), że nastąpił właśnie koniec terapii i że według wszelkich medycznych schematów i tabelek nie mam już bulimii (bo za rzadko wymiotuję). Byłam z siebie przecież taka dumna! Taki sukces po kilku miesiącach! A teraz… po kolejnych kilku miesiącach… no nie jest tak różowo. Wiedziałam, że mogą zdarzać się jeszcze nawroty, ale żeby tak często…?”.

Jakby to powiedzieć… Znowu zaczęłam rozkminiać. Że katapultowałam się we wrześniu ze swoich sfer komfortu – domu, uczelni, pracy, a przede wszystkim – regularnej terapii, w totalnie nową rzeczywistość. Z rodziną i przyjaciółmi mogę zobaczyć się tylko na skype’ie i (gdybym się uparła) z psychologiem (chyba?) teoretycznie też. Ale terapii w żaden sposób nie kontynuuję. Jak wiecie, eksperymentuję tymczasem na sobie i obserwuję się.

W związku z tymi obserwacjami zastanawiam się właśnie, czy ostatnie napady objadania były efektem chwilowego pobłażania sobie i odbezpieczenia „granatów” w postaci „zapalników” (których do tej pory nie jestem w stanie zidentyfikować w miarę konkretnie), czy to może wina ogółu sytuacji, które ostatnio miały miejsce i z  którymi musiałam się zmierzyć, czy może to wina chaosu, który panuje w mojej głowie i nie chce jej opuścić, a ja nie umiem się w nim odnaleźć. Nie wiem. Fakt jest taki, że czasami czułam się ostatnimi czasy jak wariatka, bo te moje nawroty-niby-nie-nawroty (napadowe myśli) zdarzały się co i rusz. Rozbudzona na nowo świadomość, że JESTEM UZALEŻNIONA od jedzenia dosłownie mnie zdołowała. Ameryki nie odkryłam – po takim czasie walki z bulimią powinnam być tego świadoma. Ale muszę przyznać, że łudziłam się, że po takim czasie moja relacja z jedzeniem trochę się ogarnie.

Myślę też sobie, że może to żadne nawroty z tych moich ostatnich lodówkowych wyskoków i że, po prostu, tak ma wyglądać już zawsze moje życie – z „falami” przychodzącymi za każdym razem, kiedy czuję, że grunt osuwa mi się spod nóg i kiedy to ledwie wypracowany, minimalny balans, którego tak bardzo szukam… szlag trafia. I może moje zadanie polega na tym, żeby użyć wszystkich dostępnych sił i środków, żeby powstrzymać „fale”. Może. A może to ja pozwalałam ostatnio, aby bulimiczne myśli zamieniały się w coś większego niż tylko wewnętrzny głos, który szepcze „no idź, pociesz się jedzeniem”. Może straciłam czujność. Będę się obserwować dalej i postaram się wyciągnąć wnioski. Na razie wyciągnęłam z szuflady dzienniczek żywieniowy i pierwszy raz od 02.07.2015 r. zapisałam zjedzone dziś posiłki.

Poza tym, odkryłam kolejne pomoce w walce z bulimią. To będą (aż) trzy pozycje, które chciałabym Wam również polecić :)

1. modne ostatnio, antystresowe kolorowanki dla dorosłych

Od przyjaciółki dostałam pod choinkę kalendarz na 2016 rok („52 tygodnie z rysunkami, które inspirują”). Te rysunki, jak się okazało, nie tylko inspirują, ale doskonale odciągają od bulimicznych myśli. To bardzo przyjemne zajęcie, o którym przypominam sobie za każdym razem, kiedy „nadchodzi fala” i które sprawia, że potrafię w kilka sekund zatopić się po uszy w wypełnianiu pustych pól, zamiast myśleć o jedzeniu. Histeryczne myśli, które nakazują mi rzucić wszystko i otworzyć lodówkę nie tylko się wyciszają – moje myślenie, z każdym wypełnionym kwiatkiem, racjonalizuje się. O wiele łatwiej przemówić mi do samej siebie i się, po prostu, ogarnąć. Przyjaciółka nieświadomie uzbroiła mnie w dodatkową (i wyjątkowo skuteczną!) broń przeciwko pannie B. Jestem jej za to bardzo wdzięczna, o czym powiedziałam jej już zresztą nie raz, kiedy znowu zwyciężyłam z panną B. – dzięki kolejnej kolorowance. Sami spójrzcie, jaki to piękny (i pożyteczny) prezent :)

12562398_10207485782215349_732502350_o

12499527_10207485781375328_1271780684_o

12557892_10207485781655335_919032870_o

12596671_10207485783695386_1094176801_o

2. mój udoskonalony „emergency” wpis S.O.S. 

We wpisie „S.O.S. (gdy już jest do kitu, ale nie chcesz, żeby było gorzej)” (który znacznie udoskonaliłam i poszerzyłam o opcję – co robić, kiedy „budzisz się w trakcie napadu”) znajdziecie link do pliku pdf. ze skróconą jego wersją. Ta wersja świetnie nadaje się do wydrukowania i skitrania w kuchni/kieszeni/portfelu na „czarną chwilę”. Moja wersja leży już między talerzami w kuchennej szafce. Jak na razie, nie musiałam z niej korzystać. Ale niech leży.

3. Lionel, który patrzy, co kombinujesz

Ok, możecie się śmiać. W sumie, o to w tym wszystkim chodzi. Ponieważ nie chciałam wywiesić na widoku w kuchni żadnej „instrukcji” – chociażby dlatego, żeby uniknąć pytań gości (chociaż moi tutejsi znajomi to w większości obcokrajowcy, „bulimia” jest słowem międzynarodowym i mogłabym narazić się na zbędne pytania). Poza tym, nie chciałam przypominać sobie za każdym razem, kiedy gotuję, że mam bulimię. Dlatego też, aby uniknąć tych nieprzyjemności, a jednocześnie mieć w kuchni jakiś dystraktor, od dzisiaj, na poziomie mojego wzroku na szafce kuchennej wisi sobie mem. Jaki? Taki:

12562415_10207484391500582_1276149768_o (1)

Niestety, mam tylko czarno białą drukarkę i mój Lionel Richie wygląda dość buro. Ale dzielę się z Wami wersją oryginalną, żebyście mogli zrobić to samo z wersją kolorową (różową! <3 ) albo, przynajmniej, żeby się pośmiać z mema. Spojrzenie Lionela naprawdę jest przenikliwe. Mam nadzieję, że mając coś takiego przed oczami, zastanowię się dziesięć razy, zanim poddam się (tfu!) „fali”. Jak na razie, efekt jest taki, że nie mogę przejść koło kuchni nie uśmiechając się od ucha do ucha.

Hello

Pozdrowienia! Sorry, że jakoś mało optymistycznie brzmię – to już pół roku, odkąd miało mi się udać, a tu się okazuje, że moja droga jest nadal kręta i zagmatwana. No ale cóż. „Takie życie”. Trzymajcie się ciepło w te mroźne (ale jakie piękne!) zimowe dni! Walczymy :)

Walczę i wygram

18 stycznia 2016 rok

(źródła obrazków: zdjęcia własne oraz https://pl.pinterest.com/penguinasana/lionel-richie/)

Print Friendly

2 comments

  1. na prawdę psycholog powiedział Ci, że jesteś już zdrowa? w sensie „z medycznego punktu nie masz bulimii bo wymiotujesz od święta”…dziwne. ale w sumie nie wiem jak to jest bo ja do końca terapii nie dotrwałam. Tzn dotrwałam ale z terapii związanej z ED niestety przeszłam na terapię związaną z przeżywaniem żałoby- i już tematu bulimii nie poruszałam bo ciężko mi było mówić o stracie bliskiej osoby i jednoczesnym wymiotowaniu…
    Podpisuję się ręką i nogą pod każdym słowem jakie tu padło. Walczę każdego dnia od 15 roku życia- czyli niedługo stuknie 13 lat z ED. prawie pół życia….będę zaglądać na pewno. Na wsparcie mogłam liczyć tylko ze strony mamy- nie ma jej ze mną już 7 lat i dziś pierwszy raz wstukałam w pana google słowa, dzięki którym trafiłam do Ciebie. Dziwne, przed każdym ukrywam co się ze mną dzieje więc teraz to dla mnie jak przyznanie się- przed samą sobą głównie- że udawanie „bycia fit” przeplatanego z napadami wcale nie służy mojemu zdrowiu…
    ps przez tyle lat zapomniałam, że mówiło się „mam ED”- zapomniałam, ze tak to się nazywa ale niestety doskonale wiem jak się objawia…
    lionel jest mega! domownicy będą się dziwić ale co tam- druknę i ja!
    rozpisuję się i zaczyna być mocno chaotycznie więc może ochłonę trochę i zajrzę innym razem. ściskam mocno!

    • Kochana, dzięki, że jesteś! Cieszę się, że Lionel i Ciebie będzie pilnował! Drukuj koniecznie! Właśnie najlepsze jest to, że nieświadomych można pozostawić w nieświadomości (chociaż, jak wiele razy już mówiłam, dobrze, żeby chociaż jedna osoba w domu miała świadomość Twojej choroby i mogła Ci pomóc… czy oprócz Mamy w nikim innym nigdy nie mogłaś znaleźć oparcia? Jeżeli nie, poszukaj wsparcia tutaj – już je znalazłaś albo w grupach wsparcia dla osób z zaburzeniami odżywiania – na przykład tutaj: http://anonimowizarlocy.org/ <3 ). Natomiast siebie można w zabawny sposób doprowadzić do porządku, mając przed oczami takiego Lionela. Czasem taki impuls jest najbardziej potrzebny wtedy, gdy przychodzi fala i nie umiemy myśleć racjonalnie. Lionel działa! Powodzenia <3

      Muszę trochę obronić mojego psychologa. Po pierwsze, terapia i tak miała się wkrótce zakończyć, z uwagi na mój wyjazd na letni kurs językowy, a następnie roczny wyjazd na studia zagraniczne, który to wyjazd właśnie trwa. Jednocześnie, jednym z obiektywnych kryteriów, dzięki którym ustala się, czy ktoś cierpi na bulimię, czy nie, jest kryterium „Epizody objadania się i inne nieprawidłowe zachowania występują co najmniej dwa razy w tygodniu w ciągu trzech miesięcy”. Jeżeli epizody objadania i wymiotowanie następują rzadziej niż we wskazanym czasie, podobno nie można mówić o bulimii jako takiej (pewnie psychiatrzy nazywają wtedy to jakąś inną, mniej poważną chorobą). Zgodnie ze statystykami, które prowadziłam w tym czasie na bieżąco, w dniu zakończenia terapii mogłam pochwalić się takim oto wynikiem: nie wymiotowałam ani razu od 20 dni; w ciągu ostatnich 70 dni wymiotowałam 1 raz; w ciągu ostatnich 86 dni wymiotowałam 2 razy. Czyli według obiektywnych kryteriów bulimii już nie miałam. I, w sumie, nadal nie mam, a i tak mam wrażenie, że ta bulimia ze mną jest. I wiem, że, niestety, nigdy nie będę mogła zapewne powiedzieć sobie: nie masz bulimii, hulaj dusza, piekła nie ma. Ale z tym DA SIĘ żyć i DA SIĘ odstawić to świństwo na bok tak, żeby nie przeszkadzało Ci w codziennym życiu i żeby nie musieć o tym sobie przypominać raz za razem. To wymaga pracy, zmiany priorytetów w życiu i systematyczności, ale się DA. Nawet pomimo wielu lat napadów i wymiotowania. I nawet pomimo tak ciężkiej sytuacji, o jakiej mówisz <3

      Znajdź w sobie siłę, pomimo wszystko, zaciśnij pięści, wypnij pierś do przodu i powiedz sobie, dlaczego chcesz z tym wygrać. A kiedy uświadomisz sobie, że CHCESZ ŻYĆ, a nie egzystować z przerwami na wymiotowanie, zabierz się do walki z bulimią. Chociażby miał to być piąty, dziesiąty albo i dwudziesty raz. Nieważne, ile razy upadasz – ważne, ile razy się podnosisz. To nie jest czcze gadanie. To sama prawda. A życie jest zbyt piękne i kruche, żeby zmarnować je, wisząc nad toaletą. Jakoś inni ludzie potrafią wychodzić z innych nałogów po wielu wielu latach. My też jesteśmy uzależnione. Dlaczego miałoby nam się nie udać? Ci inni ludzie nie mieli supermocy, które pomogły im wygrać. Człowiek jest człowiekiem, ale to właśnie w nas siedzi potencjał, który możemy przełożyć na taki wysiłek, jak walka z cholerną bulimią.

      Myślę, że statystyki wszystkich organizacji zdrowia i psychiatrów mogą mówić swoje, ale nie da się wyrzucić bulimii raz na zawsze ze swojego życia. JA WIERZĘ natomiast, że MOŻNA zepchnąć ją na drugi tor i nauczyć się z nią tak obchodzić, żeby nie wisieć znowu nad toaletą – czy to minimum dwa razy w tygodniu przez trzy miesiące, czy to raz na rok.

      Wracaj tutaj koniecznie w chwilach słabości – mi to pomagało i nadal pomaga :) Zawsze możesz napisać do mnie bezpośrednio maila. Postaram się porozmawiać i pomóc, na ile będę potrafiła. Nie mam prawa tak pisać, ale myślę, że Twoja Mama bardzo by chciała, żebyś podjęła tę walkę o siebie i swoje Życie.

      Trzymam mocno kciuki

      xoxo

      Ww.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>