O bieżących eksperymentach z jedzeniem i silną wolą + krótka retrospekcja i analiza „napadogennych” produktów

Opowiem Wam dziś o eksperymentach, które przeprowadzam ostatnio na samej sobie.

Wspominałam Wam już nie raz, że moim zdaniem u każdego chorego bulimia wygląda nieco inaczej - inne jest podłoże choroby, inny jest jej przebieg, inaczej zapewne będzie wyglądało leczenie. Jasne, istnieje wiele schematów, które powtarzają się u każdego bulimika – na przykład oczyszczanie, negatywne emocje, towarzyszące napadom albo powikłania towarzyszące chorobie. Istnieje również wiele schematów, które powinny być powtarzane przy wychodzeniu z bulimii – na przykład racjonalne odżywianie, prowadzenie dzienniczka żywieniowego, podjęcie terapii u psychologa, czy ćwiczenie wyrozumiałości wobec samego siebie. W mojej walce, jak wiecie, ostatnio bardzo pomaga mi blog wilczoglodna.pl. Nigdy nie przestanę Wam go polecać. Wiecie też, że przez kilka miesięcy walczyłam z bulimią i perfekcjonizmem podczas terapii u psychologa. Czytałam blogi, książki, oglądałam filmiki na YT (część materiałów, z których korzystałam albo wciąż korzystam znajdziecie TUTAJ). Nie raz Wam pisałam, że każda pomoc w walce jest wyjątkowo cenna i musimy pozwolić sobie pomóc.

Wśród gotowych recept na wychodzenie z bulimii znajduje się m.in. metoda eliminacji produktów, które wywołują u nas napad. Mój psycholog w pierwszych godzinach terapii zapytał mnie o produkty, których spożywania nie umiem kontrolować i które zawsze prowadzą do napadu. Batoniki? Lody? Słodycze w ogólności? Chipsy? Fastfood? Chleb? Tłuste potrawy? Szczerze mówiąc, wtedy nie miałam pojęcia, co powiedzieć. Kiedy zbliżał się napad, po prostu jadłam wszystko, co „zakazane” podczas ówczesnej „zdrowej diety” (która była raczej dietą niemal głodową) – „zakazane” były m.in. płatki śniadaniowe (na mleku), dżemy, słodycze, jogurty (inne niż naturalne), deserki typu „ryż na mleku” albo „monte”, pieczywo, masło, tłuste rzeczy, makarony (kocham makaron), sosy, czy nawet ziemniaki. Fastfoodów nigdy nie lubiłam jakoś specjalnie, więc z nimi może nie miałam do czynienia podczas napadów (raz czy dwa zdarzyła się pizza w ogromnych ilościach). Co do zasady, podczas napadu potrafiłam wsunąć w zasadzie wszystko to, co potencjalnie mogłoby być „napadogennym” produktem („Wilczo Głodna” nazywa te produkty „zapalnikami” i radzi je zupełnie odstawić ze swojej diety – tak jak alkoholik odstawia alkohol). Ale czy ja potrafiłabym wskazać konkretną grupę produktów, od których zaczynały się moje napady? Przyznam, że było jedno dziwne „danie”, po którym zawsze rzucałam się na niezdrowe jedzenie… O tym za moment.

Powróćmy najpierw do czasów, kiedy jeszcze nie potrafiłam nazwać po imieniu uczucia zbliżającego się napadu bulimicznego - tego czegoś, co nie pozwalało mi przestać myśleć o konkretnym produkcie z zakazanej listy albo o jedzeniu w ogólności. To uczucie, rzecz jasna, nadal mnie dopada. Wiecie, o co chodzi. Koszmarny pociąg do jedzenia. Między dzisiejszym a tamtejszym uczuciem zbliżającego się napadu zachodzą jednak ogromne różnice. Wtedy też wiedziałam (przeczuwałam), że zajedzenie tego uczucia może skończyć się źle. Wtedy chciałam jakośtam ugasić to koszmarne, niewytłumaczalne pragnienie. Nie pozwolić mu się wydostać na zewnątrz. Nie wiedziałam jednak, że pragnienie zjedzenia czegoś konkretnego (albo zjedzenia czegoś w dużej ilości) mogło brać się z niewyspania albo z niedojedzenia. Nie wiedziałam, że takie zachcianki mogą brać się z normalnego,  fizycznego głodu, będącego wynikiem mojej niskokalorycznej diety i że zamiast obsesyjnie myśleć o jedzeniu, mogę po ludzku zjeść normalny, duży posiłek i nie przejmować się przy tym, że zrobiłam coś złego. Nie wiedziałam, że to uczucie może wynikać ze stresu, złości albo innych emocji. Nie mówiłam więc o tym „czymś” nikomu. Nie dawałam temu „czemuś” upustu. Nie próbowałam tego przeanalizować, ani zrozumieć, co się właściwie ze mną wtedy działo. W końcu dawałam za wygraną i szłam do kuchni. Nie chcąc, oczywiście, rzucać się na niezdrowe jedzenie i nie chcąc rujnować diety, zaczynałam jeść najpierw produkty „bardzo zdrowe” – typu light. Albo nawet warzywka. Po pewnym czasie, co zabawne (albo wcale nie), zazwyczaj sięgałam po… chudy twaróg z miodem – bo chudy i z białkiem, a miodek, bo słodki, ale zdrowszy niż ciastka i cukier. No i właśnie po takim plasterku twarogu, który zamieniał się w kostkę, rzucałam się na wszystkie niezdrowe, zakazane rzeczy, które akurat były dostępne w kuchni. Może to ten właśnie nieszczęsny twaróg z miodem był moim „zapalnikiem”? :D Nie umiem wskazać czegoś innego, co miałoby być moim „napadogennym” produktem… przecież podczas napadów jadłam po prostu wszystko, co było zakazane. Wszystko, po zjedzeniu czego czułam się zazwyczaj winna. A zakazane było… prawie wszystko. No dobra, może nie wszystko. Ale na pewno zakazane było dużo za dużo. Czy, zgodnie z teorią „napadogennych produktów” vel. „zapalników” powinnam zatem nie jeść niczego z tego, co pochłaniałam wtedy z taką namiętnością?

Jeszcze nie tak dawno temu nadal czułam koszmarne poczucie winy po zjedzeniu tych wszystkich zakazanych rzeczy. Rzeczy „napadowych”. Tych, których mam „unikać, stosując zamienniki”. Ale potem zaobserwowałam coś. Podjęłam się obserwacji samej siebie i wyciągnęłam wnioski… Ponieważ przez dłuższy czas znowu nałożyłam na siebie wymóg jedzenia TYLKO tych „zdrowszych”, ewentualnie zamiennikowych rzeczy… Znowu zaczynałam świrować. Tak jak Wam pisałam, od czasu do czasu udawało się pójść na ciacho albo ze znajomymi do restauracji i nie czuć wyrzutów sumienia. Ale to były pojedyncze przypadki. Co do zasady, odejście od jedzenia według m.in. tych przepisów, powodowało u mnie poczucie winy. Sprawiało, że czułam się słaba. Beznadziejna. Bo nie umiem sobie poradzić z jedzeniem – jedzeniem, które, co do zasady przecież właśnie OGARNĘŁAM – bo jem zdrowo i bez „zapalników”. Bo odstawiłam, co niedobre i jadłam regularnie, nie doprowadzając do wygłodzenia. Wszystko pięknie, tylko że przecież cały czas, pomimo „ogarniętej diety”, miałam z tyłu głowy to, że niektóre rzeczy są tymi ZAKAZANYMI. Nieustannie czułam, że znowu się ograniczam. Że pomimo tego, że jem zdrowiej, że ćwiczę i jestem bardziej racjonalna, to ciągle istnieje wielka, niedostępna i frustrująca przestrzeń zakazanych produktów – przecież w tej przestrzeni umieściłam i makaron, i chleb, i nieco bardziej tłuste potrawy. Myślałam: „No więc jak to ze mną jest? Niby jestem zdrowsza, a ciągle skupiona wokół jedzenia.”

Hmmm… Jasne, że proces uzdrawiania z zaburzeń odżywiania musi się wokół odżywiania kręcić – to właśnie ono ma zostać naprawione… Ale… czy na pewno?

Ponieważ w ostatnim czasie znowu zdarzały mi się napady (tak, zdarzyły mi się jeszcze ze dwa napady po tym, jak wspomniałam Wam, jak bardzo było źle, a potem trochę lepiej i jeszcze lepiej), postanowiłam zacząć eksperymentować – wsłuchać się w to, co mówi moje ciało i mój umysł. Odciąć się od znanej mi teorii „produktów zakazanych”. Bo jakoś u mnie nie zadziałała. Co zaczęłam więc robić?

1ddddf641e16280737a89b4a87419f45

Eksperyment numer 1złamanie schematu posiłków 3/3(2)/3/3  (3 posiłki, 3/2 przekąski, co 3 godziny, max 3 godziny przed snem). Staram się rzadziej sięgać po przekąski albo w ogóle ich unikać. Próbuję zamiast tego jeść większe (główne) posiłki. Są bardziej obfite i bardziej cieszą. Wciąż są też bardzo zdrowe – śniadania to te z moich przepisów. Uwielbiam ich smak i wygląd. Nadal jem dużo warzyw. Próbuję po prostu znaleźć optymalny dla mnie i dla mojego ciała schemat. Na razie udaje mi się jedno – nie jeść na 3 godziny przed snem. I ta „trójka” pozostanie ze mną na pewno. Co do reszty – eksperyment trwa.

Wprawdzie jeszcze nie ma finalnego rezultatu Eksperymentu numer 1, ale Eksperyment numer 2 skłania mnie do drugiej metody (jeść rzadziej, ale trochę bardziej „na bogato”). Co to za eksperyment? Otóż, jest to nauka okazywania szacunku głodowi – cieszenia się nim. Nie głodówka, o nie nie. Nie telepie mnie, żeby zjeść. Po prostu lekko zasysa mnie w żołądku. I to żołądek przyjemnie przypomina mi, że jest pusty i czas go napełnić. Napełnić pysznym i zdrowym paliwem. To bardzo dobre uczucie, zwłaszcza po tym, jak wiele miesięcy pchałam w siebie jedzenie bez sensu. A potem, dzięki bardzo częstym posiłkom, nie odczuwałam głodu prawie wcale. Głód może być dobry – sprawia, że jedzenie jest smaczniejsze. I bardziej doceniamy to, co mamy na talerzu.

Eksperyment numer 3 polega natomiast na tym, że jeżeli mój wewnętrzny głos mówi mi, że mam ochotę na coś słodkiego albo na wielką porcję falafela w picie – słucham tego głosu i idę za nim. Wybieram się ze znajomymi albo z moim facetem na giga falafela w picie albo na ciacho. Albo kupuję lody i zjadam 1 porcję. Chowam następnie opakowanie z kolejnymi 2 porcjami do lodówki. Nie, nie „na wszelki wypadek”. Chowam je, bo zaspokoiłam zachciankę – zjadłam kubek (400kcal) lodów czekoladowych i nie mam ochoty na więcej. Nie terroryzuję się myślą o tym, że mi się chce tak bardzo „tego czegoś”. Po prostu idę do restauracji albo do sklepu, kupuję to i to jem. UWAGA jem za to w rozsądnych ilościach. A na dodatek, dzięki kolorowej i zbilansowanej diecie na co dzień – zachcianki przychodzą o wiele rzadziej! Nie dochodzi więc u mnie do krytycznego momentu, kiedy nie myślę o niczym innym, jak tylko o tej zachciance – po prostu zapobiegam napadowi, pozwalając sobie na odrobinę luzu. 

No i z tym wiąże się Eksperyment numer 4 – testuję swoją silną wolę. Staram się zostawiać trochę niedojedzonego posiłku na talerzu. Nie marnuję jedzenia – zostawiam dosłownie kęs. Odkładam do zamrażalnika pudełeczko niezjedzonych w całości i na raz lodów. Na imprezie/kolacji ze znajomymi jem ulubiony rodzaj ciastka, jeśli mam na nie ochotę, ale odmawiam potem zjedzenia kolejnego, na które również mam cholerną ochotę, ale nie chcę przesadzić.

Terroryzuję się? Może i tak. Może nie powinnam w ogóle kupować tych lodów, jeść ulubionego ciastka, ani żadnego innego. Ale, kurczę, ostatnio zjadłam pierwszy raz od wieeeelu wielu dni opakowanie (0,5 litra) lodów w 3 różnych porcjach, w różnych dniach. Nie na raz. To JEST sukces, bo pudełko było schowane w zamrażalniku w mieszkaniu, w którym mieszkam aktualnie SAMA.

5840

Eksperyment numer 5testuję nowe zamienniki. Niektóre nowe zamienniki są … niezdrowe – Fanta zero, Sprite zero, Cola zero. Opijam się nimi, kiedy nie wiem, o co mi chodzi, ale chce mi się słodkości. Piję dużo wody. Super jest też woda z cytryną. I wyjście z domu.

A propos wyjścia z domu – Eksperyment numer 6pierwszy raz opowiadam komuś bezpośrednio i regularnie (nie oszukuję, że jest już super, jak ciągle nie jest) o tym, że czuję, że bliża się napad i DLACZEGO PRAWDOPODOBNIE zbliża się do mnie ta „Fala”. Komu opowiadam? To też nowość - chłopakowi (chyba już oficjalnie jesteśmy razem ;) ). Dzwonię i gadam. Albo piszę wiadomość. On słucha albo czyta wiadomość. Jeżeli napad nie jest spowodowany głodem (a nie jest, bo, jak wspomniałam, nie głodzę się już i nie dopuszczam do pojawienia się takiej opcji) umawiamy się na wspólny posiłek za jakiś czas – ten czas, kiedy będzie „pora mojego jedzenia”. Tak się dzieje, jeżeli w danym momencie nie może ze mną rozmawiać, ani się spotkać. Do czasu spotkania ja opijam się Fantą zero albo wodą z cytryną. Idę do biblioteki. Ćwiczę. Jeśli natomiast on ma trochę czasu, to idziemy na spacer. Rozmawiamy. Zajmujemy się czymś innym. Mam też tutaj wspaniałą przyjaciółkę (nie, to nie jest za duże słowo, chociaż znamy się zaledwie 3 miesiące), z którą mogę zrobić dokładnie to samo.

b6232c10ab030a918c7500e364a326a5

Te wszystkie „innowacje” wystawiają mnie na wiele prób. Jak na razie wychodzi mi to jednak na dobre. Obsesyjne myślenie o jedzeniu ustępuje miejsca radości z dobrego towarzystwa, z pysznego jedzenia. Znowu w miarę regularnie ćwiczę i dbam o dietę. Ale (w granicach rozsądku) pozwalam sobie też na łakocie. I nagle jakoś mi łatwiej. Jaki jest więc tego wniosek? Że raczej nie wszystkie metody są dobre dla każdego. Może ktoś zna swoje „zapalniki” i ich odstawienie załatwia sprawę. Może i u mnie by się sprawdziło ich odstawienie, tylko że „wymiękłam”, bo było ich za dużo. Może. A może jednak możliwe jest uzdrowienie relacji z jedzeniem poprzez zaplanowane i kontrolowane grzeszki – tak, jak robią to „normalni ludzie”. Wiem, że nigdy nie będę „normalna”, bo bulimia zawsze będzie czyhać za rogiem. Może robię sobie kuku moimi eksperymentami. A może nie.

Dam wam znać, jak to mi wyjdzie. W święta mam zamiar świętować – zjem dużo, bo tęsknię jak cholera za polskim jedzeniem. Ale będę jeść z szacunkiem, bez dokładek i w towarzystwie rodziny. A potem zgarnę wszystkich na spacer, żeby ułożył nam się w brzuchach bigos i pierogi. Eksperymentujecie podobnie? Ciekawe, czy u Was daje radę metoda z odstawieniem „zapalników”. Buziaki!!!

17 grudnia 2015 r.

Walczę i wygram

(źródło obrazków: Pinterest.com)

Print Friendly

2 comments

  1. Mam dokładnie tak jak Ty. Nie odstawiam zadnych zapalników. kiedy wiem, ze czegoś nie moge zjesc , zaczynam obsesyjnie o tym myslec i wtedy wszystko zaczyna sie walic. Kiedy wiem ,z e np dziś mogę zjesc orzechy , które ubóstwiam, i jutro i na sniadanie i na kolacje…. to po co obżerać sie tym na raz. Do świąt też będe podchodzic ze zdrowym rozsądkiem. Święta są od świetowania,a nie od biczowania się Wszystko w granicach rozsądku. Trzymam kciuki za Ciebie, relax :)

    • Cześć! Podoba mi się Twoje nastawienie :) Mam nadzieję, że takie racjonalne dozowanie przyjemności da radę na dłuższą metę. Jak na razie jest ok. Dziękuję za kciuki i za komentarz :) Wesołych, spokojnych i rodzinnych Świąt ;*

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>