Nie warto

Znalazłam moje zdjęcia z 2013 i 2014 r. Zdjęcia „sprzed” i „po”. Typowe before i after małego fitness freaka. Wiecie, co? Zapłakałam. Bo to, co widzicie na prawym zdjęciu, jest co prawda imponujące. To ciało wypracowałam katorżniczymi treningami i dietami. Pracą i niesamowitą konsekwencją. Perfekcyjną konsekwencją, bym powiedziała. Treningi o 6 rano przed pracą, basen wieczorem, zero czasu dla znajomych i na imprezy. Gotowanie posiłków z tabelkami kalorycznymi nad głową. Komplementy i pochwały – za systematyczność i za wygląd, oczywiście. Samotność. Koszmarna samotność i potrzeba ciągłego polepszania siebie, bo oprócz coraz lepszego ciała w sumie nic mi nie zostało. A przynajmniej tak mi się wydawało. Napady obżarstwa i wymiotowanie. Jeszcze większa samotność. Pustka. Palpitacje serca, przekrwione oczy, niepozwalające chodzić i zasnąć skurcze palców u stóp i łydek. Odrętwienia nóg, niepozwalające wstać z toalety przez dobre kilkanaście minut. Osłabienie, rozdrażnienie, wahania wagi, sucha skóra, popękane, zdarte dłonie. Piekące gardło, zgaga i rozwalona perystaltyka jelit. A co najgorsze – okłamywanie rodziny, przyjaciół, trenera personalnego. Nienawiść do siebie.

10009458_10202794343732319_55883826_n

Nie każdy, kto dba o siebie i ćwiczy tak intensywnie, zapada na zaburzenia odżywiania. Mnie się jednak zdarzyło. Byłam głucha na „odpuść”, „wyluzuj”, „już jest dobrze, nie ciśnij tak”, „odpocznij”, „chodź z nami do kina, ciągle tylko ćwiczysz” i nawet na „opuściła się pani w nauce”. Cóż. Jeżeli dostajesz sygnały zewsząd, że coś jest nie tak, a zwłaszcza jeżeli buntuje się Twoje ciało – odpuść. NIE WARTO.

Gdybym tak bardzo nie dążyła do efektu ze zdjęcia po prawej (niedługo po jego wykonaniu zaczęły się napady i rzyganie) i gdybym odpuściła sobie walkę o chudość za wszelką cenę – nie byłoby mnie tutaj. Zaoszczędziłabym zdrowie, pieniądze, czas. Zyskałabym prawdopodobnie więcej dobrych chwil ze znajomymi, rodziną i chociażby spokojną naukę, zamiast zarywania nocy w ostatnim momencie przed egzaminem. Z drugiej strony, gdybym nie wpadła w sidła bulimii, nie byłoby terapii. Można by powiedzieć, że nie odkryłabym siebie na nowo i nie zaczęłabym się ze sobą zaprzyjaźniać. Bo przecież ta walka o piękne ciało była ucieczką od nielubienia siebie. Od niezrozumienia własnych potrzeb. Ucieczką od braku akceptacji samej siebie. Schudłam, wyglądałam świetnie, ale i tak się nie lubiłam – było mi mało. Nie było perfekcyjnie. I pewnie mogłabym to ciągnąć w nieskończoność. Gdyby nie bulimia i terapia. Walka o zdrowie. Tak, terapia odwróciła wszystko do góry nogami. I uważam, że wszystko jest po coś – nawet moja bulimia. Ale wiecie, co? Ja i tak wiem, że nie było warto. Bo terapię u psychologa można podjąć zawsze. Nawet bez panny B. na ramieniu. Nie warto odkładać szczęścia na potem „jak schudnę, to mnie zaakceptują i będę szczęśliwa”. Nie. Trzeba powiedzieć sobie „jestem szczęśliwa z tym, co mam tu i teraz i mam zamiar to wykorzystać – moje zdrowie i to, że mam w co się ubrać, mam co jeść i pić, mam dookoła siebie piękno tego świata, żyję lepiej niż miliony biednych albo uciekających od wojen ludzi, mam dostęp do edukacji i rozrywki, mam przyjaciół, rodzinę i mnóstwo ludzi, którzy mnie kochają i wspierają. Mam jeszcze tyle wspaniałych rzeczy do zrobienia, miejsc do odkrycia i ludzi do poznania”. „Jestem szczęśliwa z tym co mam.”

Jak jest teraz, ponad 1,5 roku po wykonaniu zdjęcia po prawej? Po walce z bulimią, przytyciu i lekkim schudnięciu? Teraz wyglądam tak.

12297865_10207141422446570_2061648766_o

I chyba mi ze sobą dobrze. Próbuję ze wszystkich sił, codziennie, być szczęśliwa z tym, co mam. Idzie mi coraz lepiej. Szanuję moje ciało coraz bardziej i traktuję je coraz lepiej – dobrym jedzeniem, wysiłkiem. Zamiast spędzać godzinę na napadzie objadania i przeczyszczaniu, poświęcam ten czas np. na zrobienie sobie peelingu z kawy mielonej (wspaniale wygładza ciało) albo na przygotowaniu ściągającej maseczki na twarz – z jajka i miodu… Tak, na tym etapie mojej walki (etapie „po walce, a może wcale nie”) znajduję coraz częściej czas na mini spa. Tak, na mini spa w akademiku na mojej małej wielkiej emigracji. Chcę wynagrodzić mojemu ciału wszystkie te beznadziejne chwile, które niedawno mu zafundowałam. Ciało jest jedno na całe życie. I już wiem, że nie jest opakowaniem, które powinnam wyrabiać na wzór lalki barbie. Moje ciało to maszyna, która pozwala mi funkcjonować i cieszyć się tym, co mam. Tu i teraz. I za kilkadziesiąt lat też. Dlatego moje ciało zasługuje na to, co najlepsze.

Walczę sobie nadal – ciesząc się moimi małymi szczęściami i ze świadomością tego, że nie warto zarzynać się i rezygnować z tylu pięknych rzeczy w życiu jedynie dla wyglądu. Dla opakowania. Nie warto i już.

23 listopada 2015 r.

Walczę i wygram

(źródła obrazków: moje własne selfie’s)

Print Friendly

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>