O małych szczęściach i szacunku do siebie.

Kilka dni temu, pierwszy raz od założenia bloga, przejrzałam wszystkie moje wpisy – od początku do końca. Towarzyszyła temu zmiana grafiki bloga – poprzednia była bardziej „moja”, ale ta jest za to czytelniejsza i łatwiej prześledzić „od a do z” moje notki. Przynajmniej tak mi się wydaje. Nie o grafikę mi jednak chodzi. Chodzi mi o to, że na tym blogu, jak na dłoni, widać moją historię. Historię przemian moich myśli i zachowań. Historię, jak się okazuje, bardziej dynamiczną, niż mi się zdawało.

6402fff6204dbf267608c5e7afd8e395

Czytając archiwalne wpisy, przeanalizowałam, jakie wydarzenia w moim życiu towarzyszyły poszczególnym notkom. I wiecie, co? Przez te ostatnie miesiące działo się niesamowicie dużo. To przełomowy okres w moim życiu. Im dalej w las (bez „Wilka”), tym…. szczęśliwsza stawałam się (i staję) na co dzień. Tym piękniejsze rzeczy mnie spotykają. Pozbywanie się bulimii to przy okazji odkrywanie mojego „ja”, a terapia u psychologa i obserwacja siebie, to procesy, które prowadzą do zawiązania chyba najważniejszego związku, jaki można zawiązać w życiu – przyjaźni z samym sobą. Przyjaźni, ale też miłości i szacunku do samego siebie. Bez nich nie da się wygrać z panną B. Bez szacunku do siebie nie ma mowy o wyjściu z bulimii, ani o szczęśliwym życiu, to prawda. Ale prawdą jest też, że szacunku do siebie nie ma się też na początku choroby – nabywa się go z czasem. I jest najlepszą bronią na pannę B. 

Czy to nie szacunek do życia rozpala w nas chęć do wyjścia z tego świństwa? Ależ oczywiście, że tak. Im dłużej walczysz, im więcej wiesz o bulimii, tym zdrowsze są Twoje myśli. Coraz bardziej szanujesz siebie, bo coraz bardziej szanujesz życie.  Wiesz, jak cenne jest zdrowie. Pomału przestajesz przejmować się wyglądem. Pragniesz siebie zdrowej, a nie chudej. Przestajesz stawiać na pierwszym miejscu wygląd i jedzenie, przestawiasz priorytety. Uczysz się popełniać błędy i uczyć się na błędach. Uczysz się nie przejmować i żyć zgodnie z maksymą „miej wy… a będzie Ci dane”. Dostrzegasz małe szczęścia w zwykłych rzeczach. Nagle nie chodzi już tylko o walkę z chorobą. Okazuje się, że szacunek do siebie przedkłada się na relacje z innymi ludźmi. Już się nie boisz, że będziesz sama. Nie pozwalasz sobą manipulować jakimś dupkom, a w zamian za to poznajesz wartościowych ludzi, którzy widzą, że z Tobą należy się liczyć. I szanują Cię za to, jaka jesteś.

Po tym wszystkim okazuje się, że krok po kroku, doprowadziłaś do małej (r)ewolucji w swoim życiu. Cóż… rewolucja to gwałtowna zmiana. Ewolucja jest to natomiast proces przemian. Tak naprawdę to drugie określenie jest lepszym sposobem na opisanie mojej walki z bulimią. Za to pierwsze słowo lepiej oddaje to, co czuję, patrząc na siebie dziś i na siebie z początków pisania bloga. Z chorej, bojącej się popełniać błędy – w zdrową, wyrozumiałą dla siebie i z apetytem na życie.

IMG_20151113_162007

Od ostatnich wpisów zmieniło się tylko tyle, że musiałam odstawić sport, bo nabawiłam się poważnej kontuzji kolana. Poza tym, poznałam kogoś i chyba zadurzam się w nim coraz bardziej. Nie wiem, co z tego będzie, ale on sprawia, że czuję się szczęśliwa, piękna. Szanuje mnie. A ja dzięki niemu kocham samą siebie coraz bardziej. To pierwszy od dawien dawna facet w moim życiu, który wydaje się być księciem z bajki. Księciem z wadami – nie tańczącym zbyt cudnie (kocham tańczyć), palący (sama niedawno kopciłam, ale teraz palenie wydaje mi się wadą – zabawne) i z dziwacznymi tikami nerwowymi (ale tylko raz na jakiś czas). Ten mój książę sprawia, że i ja czuję się księżniczką. Przynajmniej przez ostatnie dwa tygodnie. I wiem, że to, jak wygląda moja relacja z tym przystojniakiem, to efekt pracy nad sobą samą w ostatnich miesiącach. Może mój książę okaże się dupkiem, jak to było u mnie do tej pory, a może będzie odwrotnie. To, że może być inaczej niż zwykle, wiąże się z jedną, bardzo ważną rzeczą – po po raz pierwszy, zanim zakochałam się w facecie, zakochałam się najpierw w samej sobie. A na dodatek, pozwoliłam sobie od początku być sobą. I tylko sobą – nieperfekcyjną, a jednocześnie swobodną i pewną siebie. Pomyślałam „albo mnie taką polubi, albo niech nie lubi mnie wcale i niech spada”. No i stało się coś, czego się nie spodziewałam. Jest cudownie.

Bez bulimii nie byłoby mojej terapii. Bez terapii nie podjęłabym tylu odważnych decyzji w moim życiu i nie zaczęłabym wreszcie szanować samej siebie. Wszystko, co nas w życiu spotyka, ma swój cel. A to, co nas spotyka, w większości jest efektem naszych wyborów. Wybory są efektem naszych myśli. To nie brednia. To czysta prawda i sprawdziłam ją na sobie. Jeżeli to moje szczęście ma z jakiegoś powodu przeminąć, niech przeminie. Ale dla takich chwil, jakie przeżywam obecnie, warto jest podjąć wysiłek o zdrowie, o nową siebie bez choroby. I nie chodzi o to, że zadurzyłam się i gadam z uśmiechem na ustach, mając w brzuchu motyle. Ten uśmiech nie schodzi mi z twarzy już od dłuższego czasu, kiedy to na nowo znalazłam w sobie siły do podniesienia się po upadku i odkąd na nowo doceniam dar życia i zdrowia, jaki dostałam.

Życzę wszystkim, którzy czytają ten post do tego miejsca, aby kochali siebie. Bo dopiero miłość do siebie samego może przekazać miłość do innych. I do świata. Kochaj bliźniego swego jak… No właśnie. Walczcie i kochajcie – bądźcie swoimi przyjaciółmi. Pamiętajcie też, że w każdym normalnym związku jest miejsce również na gorsze chwile. Dlatego po każdym popełnionym błędzie bądźcie dla siebie wyrozumiali, dobrzy i wybaczajcie sobie. Słowo honoru, że takie myślenie owocuje niesamowitymi wydarzeniami w życiu. Małymi codziennymi szczęściami, które zebrane razem dają jedno wielkie szczęście.

16 listopada 2015 r.

Walczę i wygram

(źródło obrazka: www.Pinterest.com, zdjęcie własne)

Print Friendly

2 comments

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>