Najskuteczniejszy sposób na pokonanie napadów objadania się?

im-possible

Tytuł brzmi bardzo obiecująco, prawda? Zapowiada się, że wreszcie ktoś wie, jak powiedzieć sobie STOP, gdy przychodzi ten koszmarny moment, kiedy stoisz w kuchni i już wiesz, że jesteś w stanie opustoszyć lodówkę, szafki z chlebem albo ze słodyczami, a nawet pootwierać domowe słoiki z dżemami… ten moment, kiedy chwilę później pozbywasz się tego wszystkiego w najbardziej żenujący sposób… a w następnej chwili nienawidzisz siebie za to, co właśnie się zdarzyło… ZNOWU się zdarzyło… Czy jest sposób, żeby temu zapobiec? Żeby powiedzieć sobie DOŚĆ? Cóż, w pewnym sensie jest na to jedna, bardzo skuteczna (ale wcale nie najłatwiejsza) metoda.

Odkąd zaczęły się u mnie kompulsy, wiele razy przekopywałam Internet w poszukiwaniu sposobu na powstrzymanie napadów. Przecież normalni ludzie umieją powiedzieć sobie STOP, kiedy sięgają po kawałek czekolady. Jakoś nie kończy się u nich na całej tabliczce, nie mówiąc o tym, co się dzieje później… W wielu miejscach (nawet w moich materiałach, które otrzymałam na terapii) pojawiają się pewne propozycje. A zatem – gdy już wiesz, że jedzenie chce z Tobą wygrać, powinnaś (powinieneś):

  • przede wszystkim jak najszybciej wyjść z kuchni (ewentualnie zrobić sobie herbatę, a następnie błyskawicznie uciec z kuchni)

  • porozmawiać z kimś (o czymkolwiek)

  • obejrzeć telewizję

  • poczytać książkę

  • wyjść na spacer

  • potańczyć

  • po prostu zająć się czymś, co sprawia Ci przyjemność

A ja pytam… serio? Serio komuś to pomaga? Próbowałam tego wszystkiego… Rozmowa może i jest skuteczna, ale w momencie, kiedy mam w głowie tylko jedzenie… a raczej, kiedy czuję, że jedzenie ostatecznie przejęło nade mną kontrolę, nie jestem w stanie normalnie porozmawiać, chociażby o pierdołach. Jestem nerwowa, otępiała… i rozmowa się nie klei. Jeżeli chodzi o czytanie – nie jestem w stanie się skoncentrować. O nauce nie ma w ogóle mowy. Ciężko bywa nawet w pracy, chociaż tam ostatecznie jakoś potrafię skupić się na swoich zadaniach (oczywiście w czasie ich wykonywania mam w głowie to, co będę jadła po pracy). Pozostałe rozwiązania zupełnie u mnie nie działają. Potrafiłam wyjść na kilka godzin poza dom – na zakupy (a nawet na imprezę). Wracałam i kończyło się napadem ekstremalnym! Bo przez cały czas „zastępczych działań“ miałam w głowie jedzenie. UWAGA! Jeżeli znasz powyższe metody i Ci pomagają – wspaniale (mogę Ci tylko pozazdrościć)! Jeżeli jednak ich nie znasz – wypróbuj je, może na Ciebie podziałają!

W tym miejscu muszę w końcu przedstawić Ci „mój” sposób (sposób mojego psychologa) na radzenie sobie z napadami objadania się… i w tym miejscu niestety będę musiała Cię rozczarować. Nie znam (i prawdopodobnie nikt na świecie poza Twoją własną, wewnętrzną siłą nie zna) magicznego sposobu na zwyciężenie z tym koszmarnym wewnętrznym głosem, który sprawia, że pochłaniasz ogromne ilości jedzenia. Jest za to metoda na to, aby ten głos W OGÓLE SIĘ NIE POJAWIAŁ – czyli moja praca domowa zaledwie od kilku dni. Chodzi tu o spowodowanie, żeby w ogóle nie doszło do momentu, kiedy obsesyjnie myślisz o jedzeniu (a w konsekwenecji – aby nie doszło do napadu). COOO? Co ja bredzę? Przecież wiadomo, że to o to w tym wszystkim chodzi i że to nie od nas zależy, że myślimy o jedzeniu 24/7… że to wina tej koszmarnej bulimii! A wiesz, co Ci powiem? To MOŻE ZALEŻEĆ OD CIEBIE. Trzeba jednak mnóstwa siły, by stosować się do zasad racjonalnego (systematycznego) odżywiania, które za chwilę opiszę. Dla nas to może być męka, dla osoby bez zaburzeń odzywania (ED) to raczej normalka.

Do czego zmierzam? Część napadów bierze się z głodu – fizycznego głodu, który ma miejsce przy restrykcyjnej diecie. Wiadomo, że część napadów spowodowana jest silnymi emocjami. Że jest sposobem na poradzenie sobie z emocjami, problemami, które siedzą Ci w głowie. Ale to jest druga strona medalu – taka, z którą najlepiej iść na terapię. Chodzi mi o to, że (według mojego psychologa) najskuteczniejszą metodą na uniknięcie obżerania się jest uniknięcie samego napadu poprzez systematyczne odżywianie. I takie właśnie dostałam zadanie domowe na najbliższy tydzień. Czy jest łatwo? Absolutnie nie. Ale jak na razie to działa. Od 26.03.2015 r. zapisywałam w notesiku wszystko, co jadłam. Bez żadnej ściemy. No i wtedy wyszło szydło z worka. Ile kalorii jadłam średnio przez cały dzień, zanim zaczął się wieczorny napad? Między 800 a 1200. Wiesz, ile to jest? MAŁO. To jest BARDZO MAŁO. ZA MAŁO jak na aktywną osobę – studiującą, pracującą, chodzącą na siłownię/ na basen lub ćwiczącą w domu, mającą 178 cm wzrostu. Powinnam jeść około 2000 kalorii. OJEZU przecież nie da się schudnąć przy takiej ilości kalorii! Nie da się? A ile razy w ostatnim czasie tyle zjadłaś? Oczywiście, być może zjadłaś 50 kcal a potem 1950 przy napadzie, ale takie 2000 się nie liczy. Właśnie, że się da być szczupłym i jeść 2000 kcal dziennie (to liczba dla osób aktywnych fizycznie, nie leżących cały dzień przed telewizorem). Chodzi o równowagę i systematyczne, racjonalne odżywianie, pnieważ to właśnie głodówka (a dla aktywnych osób jest nią dieta 1000 kcal,… ba, dla niektórych – nawet 1500 kcal) może być główną przyczyną naszych problemów.

Jak więc ma to wyglądać?

  • należy jeść co 3-4 godziny

  • należy jeść 3 posiłki dziennie i 2 (a nawet 3 przekąski)

  • przekąski mają mieć wartość energetyczną około 200 kcal (Hej! Wiesz, że w tym mieści się np. Słodki deser „ryż na mleku“ z karmelem – 202 kcal albo pyszny batonik proteinowy SANTE – 226 kcal (albo dwa paluszki batona twix – 250 kcal)? Tak, wiem że „są kalorie i kalorie” – że zamiast batona powinno się zjeść jogurt (najlepiej bez tłuszczu) i otręby albo owoce… ale wiesz co? Teraz, kiedy planuję sobie, że zjem ten cholerny ryż na mleku jako przekąskę i trzymam się mojego planu – nie mam ochoty na inne słodkości… a następnego dnia po zjedzeniu takiej przekąski budzę się z płaskim brzuchem, bez wzdęć, które mam zawsze po wieczornych rewolucjach z napadem obżarstwa i z wymiotami. Da się? DA SIĘ)

  • śniadanie 300-400 kcal

  • II śniadanie 200 kcal

  • obiad 500-600 kcal

  • podwieczorek 200 kcal

  • kolacja 300-400 kcal

  • ewentualnie III przekąska 200 kcal (UWAGA! tylko, jeżeli zostanie zjedzona na 3 godz. przed snem! – u mnie np. wchodzi ona do jadłospisu, bo późno chodzę spać i wcześnie wstaję)

Coooo? Tak duuużo? Albo inaczej – cooo? To ma być ta super metoda? Przecież to takie oczywiste oczywistości, które zna każdy, kto ma fioła na punkcie zdrowego odżywiania!!!! Ha! Zaskoczę Cię! Dopiero psycholog uświadomił mi, że mam zaburzone postrzeganie kaloryczności jedzenia. Owsianka na wodzie z kawałkiem banana i czarna kawa to o wiele za mało na 400 kcal. O wiele za mało jak na śniadanie. A byłam pewna, że to nawet za dużo… że jak dodam mleka i trochę rodzynek to będzie kosmos. Nie, wtedy będzie ok. Wcale nie utyję. I wiesz co? Dzięki temu nie będę za chwilę umierać z głodu i sięgać po pierdyliard przekąsek…To działa!

Na razie mam jeść cokolwiek – moją przekąską może być kawałek sernika albo baton. Może być kawałek fastfooda (którego i tak nie zjem, bo ich nie lubię). Ale mam mieścić się w planie i w kaloriach. Oczywiście jest to chwilowe. Nie można żywić się w ten sposób całe życie – wszystko w granicach rozsądku. Dopiero mam otrzymać konkretne wskazówki, co jeść, a czego nie jeść… Teraz mam się przyzwyczaić do nowego rytmu, dochować go i sprawdzić, jak na mnie działa.

Najgorsze jest to, że to tylko brzmi banalnie. Wcale nie jest tak łatwo zjeść tak dużo. I jeszcze jedno… Dziś miał minąć 4. dzień bez wymiotów. Wymiotowałam rano. Do lekkiego śniadania dodałam sobie kawałeczek sernika, żeby wyszło mi moje 400 kcal (nie planowałam sernika). Następnie dodałam trzy kawałki sernika. Kawały. I zwróciłam. Totalnie rozjechał mi się dzisiejszy rozkład posiłków. Natomiast wczoraj, przez to, że nie mogłam zjeść obiadu, zjadłam trzy małe przekąski w ciągu dnia, a kiedy wróciłam do domu, wieczorem znowu się obżarłam (wtedy powstrzymałam wymioty – „tylko” dziś rano się nie udało). Cóż… Trzymanie się planu wcale nie jest proste. Ale całkiem prosta i widoczna jest ta zależność, że trzymanie się planu naprawdę ogranicza do minimum myślenie o jedzeniu i tym samym maleje ryzyko napadu. Jak już wspomniałam, chodzi o napad wywołany głodem – nie emocjami.

Wiem, że moja odpowiedź może nie być satysfakcjonująca. Ale nie napisałam, że znam najłatwiejszy sposób na pokonanie napadów. Uważam, że dzięki psychologowi poznałam najskuteczniejszy sposób. Przecież nikt nie powiedział, że będzie łatwo wygrać z bulimią… Ale żeby wygrać, trzeba walczyć!

11.04.2015 r.

Walczę i wygram

(źródło obrazka: http://www.anthonyvennbrown.com/ za pośrednictwem Google.com)

Print Friendly

10 comments

    • Nie poddawaj się i KONIECZNIE idź do psychologa. To przyjacielski rozkaz :) I nie szkodzi, że jest gorzej. Ja też wystartowałam jak petarda. Stworzyłam bloga i byłam pewna, że teraz to już z górki. Zaledwie po dwóch dniach trzymania się planu (jak w poście powyżej) dopadły mnie pierwsze dołki (napady, jeszcze bardziej intensywne myślenie o jedzeniu). Ale to nic, trzeba iść dalej. Nie można pozwolić, żeby to świństwo zostało nam w głowach i siedziało tam przez resztę zycia, prawda? Trzymaj się, kochana ;*

  1. Hello, fajnie że trafiłam na twojego bloga. Mniej więcej w podobnym czasie zaczynam swoją walkę. Spostrzeżenia podobne, trzymam kciuki. Jak będziesz chciała pogadać to pisz śmiało na maila.
    Gratuluję odwagi, walczmy o siebie !

    • Weszłam tu właśnie, żeby się ogarnąć, bo w mojej głowie układał się już plan obżarcia się. I kurczę Twój komentarz sprawił, że zupełnie mi się odechciało jakichkolwiek napadów (nawet nie zajrzałam do tych moich wpisów „do powtarzania w razie napadu”). Twój komentarz podziałał o wiele lepiej. To naprawdę super, że nie jestem sama – chociaż ciągle o tym piszę, w chwili słabości moje myślenie płata mi figle. Dziękuję :) Walczymy!

  2. wlasnie znalazlam twoj blog i na pewno bede czesciej zagladac; doskonale wiem o czym piszesz a jak czytam o komulsach, obarstwie to jakby byly to moje mysli; tez walcze bo wiem ze warto, warto walczyc o siebie i swoje zdrowie; pozdrawiam

  3. Dziewczyno! Czytasz w myślach! Nie wiem czemu dopiero dziś znalazłam ten blog… Pisz, pisz, proszę Cię. Czasem nie mogę zebrać myśli i wytłumaczyć bliskiej mi osobie tak w 100% co czuje, a jak to czytam, to jest mi łatwiej. Wiem jaka to męka. Ciesze się, że podjęłaś się terapii. Ja swoją przerwałam po paru tygodniach ze względów finansowych :(. Teraz szukam pomocy nieodpłatnej, lecz muszę czekać do lipca. Mam nadzieję, że się nie wykończę przez ten czas :(.
    Pozdrawiam Cię serdecznie!

    • Hejka, Kaśka! Witam u siebie :) Bardzo mi miło, że jesteś i dziękuję za komentarz!

      Ten post to chyba ulubiony post na blogu, bo ma bardzo obiecujący tytuł. Zachęcam Cię jednak do przejrzenia też późniejszych wpisów, bo moje myślenie trochę ewoluowało od czasu, kiedy powstawał ten tekst. Z czasem, dzięki stosowaniu się do wskazówek psychologa, nawet rozmowa zaczęła mi bardzo pomagać z odepchnięciem napadu. Poza tym, z czasem zaczynasz rozumieć cały mechanizm napadu i jakoś lżej zabić to świństwo w zalążku, zanim nastąpi armagedon. Jeżeli chodzi o darmową pomoc, to polecam „Anonimowych Żarłoków” i stronę „Wilczo Głodna” Ani Gruszczyńskiej (i jej książki). Wiadomo, co osoba to choroba, co osoba, to metoda na walkę, ale zawsze będę polecać jej bloga. Dla pocieszenia – ja też przerwałam terapię z powodu wyjazdu zagranicznego. I jedne z największych przełomów w myśleniu i najbardziej trwałe „zdrowienie” zaszło w zasadzie tutaj. Pozostań silna i walcz :)

      Pozdrawiam Cię ciepło i wpadaj częściej, a gdybyś chciała po ludzku pogadać, to pisz maila. Staram się odpisywać na bieżąco!

      Ww.

    • Dziękuję za miłe słowa i wskazówki. Mimo moich częstych ostatnio (bo mam też w miarę dobre okresy) porażek, będę walczyć. 9 lat odkąd okazjonalnie zaczęłam praktykować, a 6 naprawdę intensywnej jazdy z tym szajsem… Nie wiem kiedy to minęło. Po takim czasie już nie pamiętam jak to jest „normalnie”. Czytam od wczoraj inne Twoje wpisy. Robisz kawał dobrej roboty! Trzeba w końcu zacząć ŻYĆ! A tę sukę pokonać. Tak jej nienawidzę… Tę nienawiść czasem udaje mi się przekształcić w dobre dla mnie czyny, jednak ten słomiany zapał dotychczas brał górę.
      Pewnie, że napiszę. Muszę sobie poukładać tylko pewnie rzeczy w głowie (po raz tysięczny chyba). Teraz nie pałam entuzjazmem, bo mam za sobą dwie akcje tego wieczoru. Już czuję ten spokój i akceptację tego co się stało. Ze zmęczeniem, ale i nadzieją mówię sobie: „Jutro będzie dobrze, na pewno lepiej i się uda”.
      Trzymaj się! :)

    • Tysięczny, a nawet i milionowy raz – każde poukładanie sobie w głowie pewnych rzeczy jest dobre. Żeby być w 100% szczerą, muszę przyznać jedno – nie wiem, jak to jest bujać się z bulimią dłużej niż dwa lata. Obecnie nie czuję się zresztą bulimiczką – jestem kimś, kto jest już drugą nogą w fazie totalnego zdrowienia, ale utorowane w głowie nawyki sprawiają, że w ekstremalnych chwilach napięcia rozladowuję je czasami jedzeniem (i tylko „od wielkiego dzwonu” zdarza mi się wymiotować). Ale to, co wiem teraz na pewno, to to, że bulimia to nie tylko zła relacja z jedzeniem. Dopóki nie poznamy siebie i nie poukładamy sobie w głowie tak ważnych rzeczy jak: relacja do siebie, ludzi, otoczenia, oczekiwania wobec siebie i innych, zasady, którymi się kierujemy, cele, do których dążymy albo chociaż wartości, którymi chcemy kierować się w życiu i wzięcie odpowiedzialności za swoje działania; dopóty nie będziemy w stanie ogarnąć samej bulimii. Ona jest chyba „tylko” reakcją wtórną na to, że nie radzimy sobie z życiem. To, że uzależniamy się od jedzenia jest samo w sobie chorobą, ale jest mnóstwo czynników, które nas do tego pcha. Dopóki ich nie odkryjemy, trudno będzie o zwycięstwo. Oczywiście, na sam początek trzeba prowadzić dzienniczek żywieniowy, trzymać się restrykcyjnie narzuconych ram – jedzeniowych, ale i tych związanych z powtarzaniem mantry o tym, że jesteśmy dobre, damy radę i że nasze błędy to nie tyle porażki, co nauka na przyszlość. Życzę Ci powodzenia i dziękuję za Twoje słowa <3 To, ze odwaliłam kawał dobrej roboty, widzę na sobie. Ale jeżeli to ma pomagać też innym, to jest mi z tym jeszcze lepiej.

      Pozostajemy w kontakcie :))

      Ww.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>